Podstawowe zagadnienia oraz koszty organizacji wycieczki narciarskiej do Japonii

Wraz z upływającym czasem zbliżającym nas nieuchronnie do najpiękniejszej z pór roku pojawia się coraz więcej zapytań o bilans strat i zysków, jakie generuje narciarska podróż i pobyt w Japonii. Jako, że z natury jestem leniwy i nie za bardzo chce mi się odpowiadać na każdego maila z osobna postanowiłem przybliżyć szerszej publiczności potencjalne zawiłości i kosztorys tego typu wycieczki. Swoją wiedzę w tym temacie czerpię na podstawie  doświadczeń zarejestrowanych podczas ubiegłorocznej wyprawy do Hakuby, którą opisałem w cyklu Pumping Derby in Japan.

W tym wpisie postaram się odpowiedzieć na większość popularnych pytań, a także zaproponuję rozwiązania niektórych zagadnień,  z którymi spotka się polski narciarz żądny legendarnego, soczystego i bezdennego japońskiego puchu.

_DSC5637 コピー3

Na początek proponuję do konsumpcji niepozostawiający złudzeń i bezlitosny w swojej formie subiektywny FAQ

  • Lubię oszczędzać, jadę do Japonii na przysłowiowego Janusza z Polski

memy-z-typowym-polskim-turysta-na-wakacjach__41_Rozpocznę od najbardziej oczywistej z oczywistych prawd. Nie ważne ile wydacie, ile zmarnujecie, a ile zaoszczędzicie, musicie sobie zdać sprawę z faktu, iż jazda w japońskim puchu jest warta każdego jena. Nastawienie się na ekstremalnie budżetowy wyjazd jest złym pomysłem, gdyż by w pełni cieszyć się wszystkimi walorami (nie tylko narciarskimi), jakie oferuje ten kraj trzeba wydać określoną kwotę i dla wielu nie będzie ona wcale mała. Osoby, które lubią namiętną kalkulację powinny zostać w domu. Każdy podróżnik wie znakomicie, że pełną rozkosz i komfort przygody osiąga się w momencie, kiedy zapomina się o wartości przelicznika.

  • Jestem super koleżeński. Na wycieczkę do Japonii zabieram wszystkich znajomych z Facebooka

Travel-SMHDrugą ważną kwestią jest ilość osób, z którymi chcemy przepychać japoński puch. W tym temacie będę bardzo surowy. Optymalna liczba to (uwaga!) całe dwie osoby z krwi i kości. Maksymalna ilość to trzech uczestników, a wszystkie liczby powyżej to jest już niepotrzebny tłum. Pewnie wiele osób nie zgodzi się z tego typu matematyką, jednak sami decydujecie czy chcecie jeździć nietkniętym puchu czy przecinać przejeżdżone koryta w puchu. Większa grupa to gwarancja super atmosfery, jednak z moich doświadczeń wynika, że logistyka na miejscu, nocleg i przede wszystkim sama jazda nie przepada za konkurencją. Dlatego, jeśli jesteście hiper koleżeńscy, lubicie podróżować z dużą paczką znajomych lub wybierzecie ofertę wyjazdu komercyjnego to musicie mieć świadomość, iż w świeżym puchu zjedziecie sobie – posiadając dużo szczęścia i  jeszcze więcej ogaru – prawdopodobnie tylko raz dziennie. Oczywiście przy założeniu, że każdego wieczoru będzie sypać od nowa?!

Taktyka typu „Turnus” to nic innego jak marnowanie środków – czas, pieniądze, nerwy, puch. Wyobraźcie sobie, że Skandynawowie potrafią jeździć w grupach, których liczba przekracza 12 osób. Czy czerpią z tego przyjemność? Możliwe, ale na pewno nie z jazdy. Takie same wrażenia uzyskają spuszczając się po muldach w lokalnych norweskich ośrodkach narciarskich. Jednak kto bogatemu zabroni?

  • Spakuję foki, wtedy na pewno będę miał święty spokój i czyściusieńkie linie poza granicami ośrodków narciarskich. Tak jest! Wpadłem na świetny, innowacyjny sposób, który gwarantuje powder sukces.

lonely-skier-japan-hakubaJeżeli wyobrażacie sobie, że inni nie znajdą waszej super tajnej miejscówki, bo np. skorzystaliście z fok, to jesteście w dużym błędzie. Ludzie od razu wyczają, że coś kombinujecie i będą was śledzić, aż do skutku, bez względu na środki. Wy również będziecie stosować tego typu partyzantkę. Małe, lokalne japońskie resorty z dużą ilością świeżego puchu, o których nikt nie wie istnieję tylko w przewodnikach z przed pięciu lat. Teraz mamy XXI wiek, globalizację i wszechobecne wifi, dlatego musicie doskonale poznać teren, aktualne warunki atmosferyczne oraz możliwości potencjalnej konkurencji. Bądźcie zawsze o krok przed innymi, zawsze w głównym peletonie o poranku i koniecznie zabezpieczajcie tyły by nie utworzył się ogon, tudzież ogony. Brzmi histerycznie? Niestety to nic innego jak naoczny raport z pola walki. Znaną maksymę „There are no friends on a powder day!” traktujcie jak codzienną mantrę. Powtarzajcie za raz po jedzeniu, po każdym pierdnięciu i tuż przed snem. Nie ma litości na tym świecie, liczy się tylko puch!:)

  • „Czy zabiorą mi skipass, jeśli będę jeździł pod samymi krzesełkami lub w rejonie granic ośrodka?”

CloserLook-6Jak najbardziej służby patrolujące mogą to zrobić, aczkolwiek dzieje się tak zazwyczaj w naprawdę skrajnych przypadkach nieuwagi. System działa podobnie jak w Tatrach, czyli „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Jeśli strażnik nie widzi to mamy zielone światło, jeśli widzi to mamy czerwone a jeśli odjeżdża to stoimy nadal na pomarańczowym i cierpliwie czekamy na zielone. Jedyna różnica między naszymi a ichniejszymi służbami jest taka, że ci skośnoocy panowie i panie nie przypierdalają się bez powodu. Raczej uśmiechają się dając do zrozumienia, że kumają czaczę.

Podobno kiedyś za jazdę pod krzesłami groziła kara śmierci. Aktualnie resorty sobie wszystko przeliczyły i podchodzą do tematu trochę bardziej racjonalnie.

Zamykając temat dodam, że nie odpowiadam za wyczyny powstałe po wyjechaniu poza sznurki w japońskich ośrodkach narciarskich. Napinacie zawsze na własną odpowiedzialność. Nikomu nie zwrócę za skipass. Dlatego bądźcie czujni!

  • „Wydałem dużo papy, przeleciałem pół kuli ziemskiej, więc na miejscu wdrapię się i zjadę z każdej górki w zasięgu wzroku..przynajmniej dwa razy. Nie zatrzyma mnie nawet Chuck Norris”

chuck-norris-skiing-japanW tym przypadku nie trzeba się rozpisywać. Lepiej zabierzcie ze sobą plecak lawinowy i wszystkie niezbędne urządzenia – łopata, sonda, detektor lawinowy – zapewniające bezpieczeństwo podczas przebywania poza trasą. Średnie statystyki mierzące sezonowy opad są niewiarygodne. Od 14 do16 metrów i więcej. Liczby piękne, zachwycające i tym samym stopniu niebezpieczne. Z resztą jak już będziecie na miejscu z zamiarem wepchania się na każdy szczyt powyżej granicy lasu, szczególnie po sutym opadzie to zrozumiecie, że taka ilość sześcienna puchu to nie są przelewki. Jeśli macie wyobraźnię to zapewne nic wam nie grozi. Jeśli lubicie czasami zaryzykować to lepiej zastanówcie się 5 razy przed wykonaniem zjazdu. Japońska zima to zupełnie inna skala liczb.

  • Spakuję 3 pary nart tak, aby nie zaskoczyły mnie żadne warunki, nawet te najgłębsze!

wate-skis-powder-japanJest się czego obawiać! W tym zagadnieniu nie ma prostych odpowiedzi. Ja miałem ze sobą narty Volkl BMT 109 (109 mm) i Volkl Two (124 mm). Zdarzały się dni, kiedy 109 mm w zupełności wystarczyło. Zdarzały się dni, kiedy 124 mm dawało najwięcej frajdy. Zdarzały się dni, kiedy potrzebowałem narty 150 mm. Tak, więc czy warto wziąć kilka par nart o różnej szerokości? Z podróżniczego (logistycznego) punktu widzenia nie jest to komfortowe. Z perspektywy głębokości śniegu wskazane. Jednak gdybym znów wybierał się do Japonii wziąłbym lekką nartę od 115 mm do 130 mm (Volkl BMT 122) + lekkie pinowe wiązanie typu Marker Kingpin.

  • Pojadę pod koniec lutego lub na początku marca, bo dopiero wtedy pozwoliła mi mama/żona/kochanka – niepotrzebne skreślić

5-Easy-Signs-Shell-Make-A-Bad-WifePewnych aspektów życia oraz realiów zawodowych nie da się przeskoczyć, ale jeżeli macie możliwości to najlepiej odwiedzić Japonię w styczniu, najpóźniej w pierwszych dwóch tygodniach lutego. Marzenia o nieziemsko lekkim puchu po tym terminie mogą (ale nie muszą) prysnąć niczym bańka mydlana, gdyż japońskie góry nie należą do najwyższych (szczególnie na Hokkaido) i wraz z przyjściem odwilży pojawiają się łzy i intensywny zgrzyt zębów. Jeśli nie macie wyjścia i macie jedyną opcję by wybrać się w późniejszym terminie to warto się wtedy zastanowić nad okolicami Hakuby (główna wyspa, Honsiu), gdyż tam pagórki są nieco wyższe niż na Hokkaido, co daje więcej szans na wiadomo co.

  • „Będę spał w samochodzie. Trochę się pomęczę, ale zaoszczędzę i będzie,  o czym opowiadać wnukom”

cyganski-tabor-spanie-auto-hakuba-japoniaOj będzie, o czym opowiadać. Bez dwóch zdań, aczkolwiek nie jest to lekki bochen chleba. Nie jest to również cierpienie równe bosej pielgrzymce do Częstochowy z drewnianym krzyżem na plecach. Jeśli lubicie codziennie pachnieć perfumami, wkładać o poranku miękkie i ciepłe buty, a także spać w samych slipach to raczej sobie trzeba odpuścić tego typu cygański tabor. Opcja dla tych, którzy mają wyjebane w sytuacji, kiedy kumpel obok puszcza bąka w czeluściach swojego śpiwora, zęby mają nieprzyjemny w skutkach urlop od szczoteczki, a rankiem trzeba rozkuwać przednią szybę gdyż jest spowita lodem..od wewnątrz. Więc jak? Macie ikrę by skonsumować przyjaźń w konserwie japońskiej marki motoryzacyjnej zamkniętej na dnie zamrażarki?

Japoński Kalkulator

yen-01-7658151Mój bilans obejmuje wydatki na wyjeździe liczącym 14 dni. Podjęcie decyzji o wyprawie przyszło bardzo spontanicznie. Wszystkie formalności i zakup biletów załatwiliśmy w dwa tygodnie, aczkolwiek od dawna mieliśmy konkretny cel (Hakuba i okolice) i plan jego realizacji. Od samego początku założyliśmy, że nie będziemy przesadnie oszczędzać, ale też nie byliśmy szalenie rozrzutni. Próbowaliśmy zachować zdrowy rozsądek tam, gdzie był on wymagany. Tam, gdzie większy wydatek dawał komfort logistyczny, psychologiczny lub możliwość lepszej jazdy był on (wydatek) po prostu ponoszony. Nieraz portfel jęczał z bólu, ale kilka chwil później, pędząc w dół w puchu po same pachy nie mieliśmy wątpliwości, że były to pieniądze dobrze wydane. Tego typu retoryka tyczyła się również zakupów spożywczych i jedzenia w knajpkach. Wszak pieniądze są po to by je wydawać, a nie kolekcjonować. Serio, po co zbierać makulaturę? Ponoć opłaca się to tylko bezdomnym..

Potencjalny bilans strat, zysków oraz kilka praktycznych informacji z nimi związanych:

  • Bilet lotniczy – jeśli lubimy oszczędzać to tutaj mamy szalenie ogromne pole do popisu. Solidne zyski gwarantuje wczesne i intensywne szukania okazji. Ceny zaczynają się od 1000 – 1500 zł podczas fajnych promocji po 2 tysiące i więcej rezerwując 2-3 tygodnie przed wylotem. Na dzień przed wylotem zapewne też trafi się świstek lotniczy za tysiaka, ale to nie wycieczka do sąsiedniej gminy. Opcja dla zdeklarowanych hazardzistów. Jak zwykle w przypadku lotniczej podróży narciarskiej warto zwrócić uwagę na opcję bagażu, gdyż tutaj też możemy nieco oszczędzić, lub dużo przepłacić. Najlepiej sprawdzić w regulaminie przewoźnika, jakie opcje bagażu wam się należą a jakie nie, gdyż konsultanci czy też obsługa na lotnisku niestety lubi oszukiwać dla nikczemnego zysku lub z samej niewiedzy.
  • Wynajem samochodu  – moim zdaniem rzecz niezbędna. Jeśli chcecie zobaczyć „prawie wszystko” i być pierwszymi w kolejce do wyciągu, a także zjeżdżać w miejscówkach, w których jest dużo nienaruszonego puchu to musicie posiadać cztery kółka. Mobilność to priorytet. Od razu zaznaczę, iż wynajem fury nie jest prosty. W internetach piszą, że Japonia i Polska wymieniła notę dyplomatyczną, która mówi, iż polskie międzynarodowe prawo jazdy powinno być respektowane, aczkolwiek urzędnicy podstawowego szczebla czy też właściciele wypożyczalni zazwyczaj nie mają pojęcia o tym ważnym dla nas incydencie. Efekt jest taki, że z obawy o niewypłacalność ubezpieczenia nie chcą wypożyczać Polaczkom samochodów. Dlatego warto zadbać o ten szczegół przed wylotem. Wysyłajcie maile do wszystkich możliwych wypożyczalni. Liczcie na ich dobre serce i pazerność. Możecie się grubo rozczarować zostawiając sobie ten punkt programu na moment „tuż po przylocie”. Pamiętajcie również o wyrobieniu międzynarodowego prawka. Trwa to około tygodnia i jest zwykłą formalnością.  Nam udało się wynająć na 13 dni komfortowego vana (Nissan Serena) przystosowanego do kimania za około 2000 zł, czyli po tysiaku na głowę.
  • Opłaty za autostrady – tutaj sprawa jest banalnie prosta. Jednak my nie rozeznaliśmy sytuacji i fakty mocno zaskoczyły nas na miejscu. Mianowicie, jeśli nie ma potrzeby, dystans do pokonania jest krótki i nie ma dramatu z czasem to korzystajcie z dróg lokalnych. Japońskie autostrady są jednymi z najdroższych na świecie i jak możecie się domyślić nie ma opcji by uniknąć tych opłat. Przykładowo my wydaliśmy na paliwo prawie 700 złotych, a na same autostrady prawie 500 zł, przy czym skorzystaliśmy z nich tylko 3 razy (sic!). Faktem jest, że są bezpieczne i szybkie, ale dodatkowym atutem jazdy „na około” jest możliwość zakosztowania prawdziwej, małomiasteczkowej Japonii. Warto również wspomnieć, iż na japońskich drogach prawie nikt nie przestrzega ograniczeń prędkości. Policji też się nie wychyla, dlatego bez obaw można płynąć z ruchem. Zaznaczam, że na własną odpowiedzialność.
  • Pensjonat, hotel, spanie w furze – kolejny ważny wydatek, na którym możemy zaoszczędzić. Nie ma tutaj złudzeń. Im mniejszy komfort tym taniej, dlatego spanie w samochodzie (najlepiej typu van lub camper) jest najtańszą i najlepszą, bo najbardziej mobilną opcją. Wybierając tego typu rozwiązanie macie gwarant, że zawsze będziecie w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, a rezerwacja na pierwsze, poranne krzesełko to czysta formalność. Jak już wspominałem koszt takiego cygańskiego życia to około 2000 zł za wypożyczenie (14 dni) plus opłaty drogowe (paliwo i autostrady). Pensjonat to już pewnego rodzaju uzależnienie, szczególnie, jeśli chcecie zwiedzić kilka resortów. Jednak jest z pewnością tańszy niż hotel. Za 14 dniowy pobyt zapłacicie minimum 2 tysiące złotych (za osobę) pod warunkiem, że wcześniej zarezerwujecie sobie miejsce i wpłacicie zaliczkę. Plusem jest fakt, że niektóre oferty posiadają w zestawie darmowy skipass, ale wtedy w jakimś stopniu jesteście naznaczeni jedną miejscówką. Hotel, opcja dla bogatych i najbardziej zblazowanych narciarzy. Podobnie jak pensjonat jest bardziej komfortowy niż samochód, ale w pakiecie otrzymujemy pewnego rodzaju łańcuch, którym jesteśmy przywiązani do jednej budy. Doliczając do pensjonatu lub hotelu wynajem samochodu i związane z tym opłaty robi się nieprzyjemna sumka dla portfeli i kart kredytowych. Nie wypożyczając samochodu będziecie w głębokiej dupie. Nic nie zobaczycie, a o natychmiastowej reakcji na solidny opad w innym resorcie będziecie mogli sobie tylko pomarzyć.
  • Ceny skipass’ów – w dużej większości resortów to papierowe listki, które prawie za każdym razem trzeba okazywać wyciągowym. Mała niedogodność, ale brak bramek to brak większych zatorów i kolejek, czyli duży plus. My wydaliśmy na karnety około 1500 zł (na osobę) w pięciu ośrodkach narciarskich. Jeździliśmy 11 dni. Jednodniowy karnet to wydatek 140 – 180 zł. Można zaoszczędzić kupując opcję dwu lub trzydniową, jeśli wiemy, że tyle dni spędzimy w danym resorcie. Inną opcją jest zakup skipassów od właścicieli pensjonatów, gdyż zazwyczaj sprzedają je znacznie taniej. Warunek tylko jeden, trzeba w danym pensjonacie mieszkać, albo znać osobę, która mieszka. Poza tym obsługa kas jest bardzo miła i zawsze można poprosić o rabat. Inną znaną opcją jest mail do biura promocji danego ośrodka z prośbą o darmowe skipassy. Oczywiście taka prośba winna posiadać odpowiedni załącznik argumentów w formacie cyfrowym (foto, wideo, link) typu jestem polskim mistrzem świata w jeździe poza trasą, mam GoPro i nie zawaham się go użyć, jestem znanym fotografem/wideografem i posiadam własną lustrzanką itp. Do odważnych świat należy!
  • Kuchnia – pod każdym względem jest wyjątkowa. Tutaj proponuję nie oszczędzać i próbować wszystkich możliwych potraw. To samo tyczy się odwiedzin w sklepach spożywczych. Osobiście celebrowaliśmy każdą chwilę spędzoną w spożywczaku. Ilość i egzotyka produktów, które można tam nabyć jest jednocześnie ekscytująca i zatrważająca. Na jedzenie podczas naszej wyprawy wydaliśmy jakieś 800 zł na osobę. Oczywiście jedząc codziennie sushi można wydać 10 razy więcej mamony. Im większe aspiracje w tym temacie tym większe wydatki. Smaczny, kompletny obiad będzie was kosztował jakieś 30-40 zł.
  • Inne koszty – zawsze się znajdą, bez względu na to jak dobrze zaplanujemy wycieczkę. Za jeden nocleg w hotelu kapsułowym w Tokio zapłacimy około 100 zł (rezerwując wcześniej), za pociąg na lotnisko również skasują nas 100 zł. Pamiętajcie również o pamiątkach. One także mają swoją cenę!

Podsumowanie

Reasumując powyższe liczby 14 dniowy, narciarski pobyt w Japonii kosztuje na dzień dzisiejszy minimum 7 tysięcy złotych (łącznie z biletami lotniczymi). Przy założeniu, że śpimy w samochodzie i nie szastamy pieniędzmi na prawo i lewo. Kwota ta może wzrosnąć wraz ze wzrostem komfortu, jakim chcemy się otoczyć. Mieszkając w pensjonacie, posiadając wypożyczony samochód i codziennie odwiedzając sushi bar lekką ręką wydamy ponad 10 tysięcy złotych i więcej. Generalnie ceny oscylują w granicach tych, które możemy spotkać w zachodniej Europie. Oczywiście niektóre wydatki można podzielić. W tym przypadku im więcej osób tym taniej, jednak wiąże się to również z wiadomymi niedogodnościami podczas samej jazdy w puchu i ogólnie.

Osobnym tematem finansowym jest zwiedzanie Tokio lub innych atrakcji turystycznych, gdyż mowa o wyprawie skoncentrowanej wyłącznie na aspektach narciarskich. W niektórych przypadkach kwoty te mogą zmaleć lub znacznie wzrosnąć, ale to już zależy od naszych umiejętności i wyobraźni.

Sami musicie sobie odpowiedzieć na pytanie czy tego typu sumy są przystępne dla waszego portfela. Od siebie dodam, że do Japonii warto się wybrać nawet bez nart, gdyż kraj ten oferuje niezapomniane doznania oraz emocje. Ludzie są niezwykle uprzejmi, a sam puch taki jak mówią, zmysłowy w pełni znaczenia tego słowa.

Jeśli macie jakieś przemyślane i konkretne pytanie to śmiało piszcie.

Życzę udanej wycieczki!

Pamiętajcie, że tego typu puch zalepiający japę jest wart każdego grzechu!

Reklamy

Zdjęcia Freeride 2014/15

Jakiś czas temu uzupełniłem galerię freeride o fotki z minionego sezonu. Niestety jakoś tak wyszło, że podczas wycieczek zdjęcia pstrykane były wyłącznie smartfonami. Znak czasu? Hmm..o dziwo nikt jeszcze nie zabrał na tury tableta z jabłkiem na masce, dlaczego? Czas i nowe trendy pokażą czy ten sezon będzie przełomowy pod tym względem. W użyciu były również kamery pokładowe, aczkolwiek jak każdy wie nijak ma się to do robienia dobrych technicznie zdjęć. Niemniej jednak, mimo tych wszystkich niuansów zapraszam do oglądania..

Gdzie podziali się profesjonalni fachowcy z lustrzankami wielkości solidnego tostera? Odpowiedź może być tylko jedna. Nie było ich na miejscu lub byli, ale dali sobie wolne. Często warunki „termiczne” były takie, że można żałować ich nieobecności lub świadomej bierności, aczkolwiek zazwyczaj sama, czysta jazda jest o wiele bardziej kusząca niż czasochłonna i przez to irytująca sesja foto. Tak więc chyba mamy remis w tej nierównej potyczce. Jednocześnie żałuję, że nie ma profi pamiątek do albumu, ale z drugiej strony cieszę się, że można było intensywnie pośmigać bez pizdrzenia się do obiektywu:)

_DSC3013

Z tego miejsca wielkie dzięki dla tych, którym się chciało wynieść i wyciągnąć aparat, czyli Lucekphoto.com | Tomasz Dębiec | Maciek Leszczyński | Kamil Łojek | Paulina Pinkas

Może w tym sezonie uda się strzelić coś konkretnego. Trzymam kciuki za to postanowienie.  Tymczasem czekamy na zimę, mogłoby już rypnąć białym!

cover-yt

Zapraszam również do galerii freestyle. W tym sezonie żądnych wygibasów nie było, ale jeśli tylko zima dopisze to jest plan i są miejscówki!

aram-pinki

Pumping Derby in Japan | Część #5 – Tokio | Luty | 2015

Przyszedł czas na ostatnią część tej wspaniałej azjatyckiej przygody narciarskiej. W czwartej części opuściliśmy Alpy Japońskie i udaliśmy się w długą powrotną drogę, podczas której ostatnim interesującym punktem było Tokio. Metropolia w pełnym znaczeniu tego słowa, a poza tym jak wiadomo stolica Japonii położona nad Oceanem Spokojnym (Zatoka Tokijska) na Honsiu – największej z Wysp Japońskich.

Jednak za nim ujrzeliśmy światła gigantycznego miasta zorganizowaliśmy małą procesję pogrzebową na jednym z przydrożnych parkingów. Z honorami pożegnaliśmy split’a, który walczył bardzo dzielnie, aczkolwiek nie miał szans z solidną japońską brzozą. Gdziekolwiek teraz jesteś na pewno korzystasz z uroków puchu. Pokój z Tobą bracie!

20150213_120930

Podróż do stolicy zajęła nam jakieś pół dnia. Plan był prosty. Oddać samochód, modlić się żeby Kimmy (pracownik wypożyczalni) nie zauważył drobnych usterek, które nam się przytrafiły (np. nie działająca szyba), jeden nocleg w hotelu kapsułkowym i wycieczka na lotnisko. Czas naglił, ale na szczęście mieliśmy nawigację, która z całą pewnością chciała działać na wyraz efektywnie. Dosadnie rzecz ujmując chciała nam pokazać wszystko, dosłownie wszystko..

20150213_135001

Główne ulice w Tokio są dosyć komfortowe, jednak mniejsze, boczne uliczki to już jest wyzwanie dla parkowania. Czuje się poważną duszność w tym temacie. Sądzę, że nawet najbardziej doświadczony włoski taksówkarz nie miałby tutaj lekko. Dlatego duży respekt dla lokalnych przewoźników..

Po zdaniu samochodu – wszystkie usterki przeszły pozytywną weryfikację – i pożegnaniu naszego sympatycznego przyjaciela Kimm’iego udaliśmy się do hostelu..

Hostel to też nie były kanapeczki. Ilość miejsca i rozplanowanie pomieszczeń, szatni, łaźni, schodów itp. zaskoczyło nasze zmysły. Człowiek wchodzi do wieżowca, wyjeżdża windą na wskazane piętro i okazuje się, że przekraczając próg przenosi się do pudełka po zapałkach. A na dodatek my posiadaliśmy 2-metrowe pokrowce i ogromne torby. Nie było łatwo tego upchnąć, ale jakoś się w końcu udało. Czas ruszyć w miasto..

A miasto nie byle jakie. W liczbach przedstawia się to następująco:

  • Powierzchnia miasta wynosi 2187,65 km²
  • Gęstość zaludnienia 6016 os./km²
  • Ponad 13 milionów ludzi mieszka w samej stolicy
  • Prawie 35 milionów mieszka w całej prefekturze otaczającej Tokio

Obowiązkowo musieliśmy wstąpić przynajmniej do jednej świątyni..

Wyjechać na ostatnie piętro (48) jednego z najwyższych wieżowców w stolicy – Tokyo Metropolitian Government Building 1 (243,4m). Wydawać by się mogło, że w tak silnie zagrożonym sejsmicznie miejscu na globie nie powinny powstawać bardzo wysokie budynki tymczasem aktualnie jest z goła inaczej. Mimo, że do 1963 roku obowiązywał przepis, który zabraniał budowy budynków wyższych niż 31 metrów.

Widoczki bardzo pozytywnie działały na wyobraźnię..

Jeśli chodzi o pozostałą zabudowę miasta to również nie ma wstydu..

Narciarz o pustym żołądku nie funkconuje najlepiej, dlatego kolejnym etapem zwiedzania było odszukanie smacznej szamki. Oczywiście nie było to proste, ale podołaliśmy zadaniu. Obiad jak zwykle mega pyszny, zdrowy i niezwykle energetyczny..

Następnym krokiem był solidny odpoczynek w hostelu i już mieliśmy iść spać, gdyż zmęczenie wyprawą dawało się już ostro we znaki, gdy ktoś wpadł na pomysł małych zakupów. Dobrze, że zmusiliśmy się by wyjść, ponieważ prawdziwe życie Tokio zaczyna się po zmroku. Odwiedziliśmy kilka sklepów i kilka miejsc lokalnej rozrywki. Największym zaskoczeniem były kilku piętrowe salony gier wideo oraz salon dziwnej gry. Ten ostatni charakteryzował się tym, iż na pewno grało się na pieniądze, a poza tym maszyna głupiała taką ilością bodźców wizualno-dźwiękowych, że ciężko było się zorientować, o co w tym w ogóle chodzi. Generalnie super hardcore dla wtajemniczonych..

Jednym z punktów programu nocnego wyjścia był zakup śpioszków dla jeszcze wtedy nienarodzonego potomka Tomka Durkacza. Jak okazało się na miejscu Maciek jest jeszcze chyba nie do końca przygotowany do funkcji rodzicielskich..

Światła miasta mieniły się wieloma kolorami, ale my zmuszeni byliśmy do powrotu. Należy żałować, że mieliśmy tak mało czasu by zwiedzić tą arcyciekawą metropolię. Jednak tak już to bywa, kiedy narciarze planują wyjazd. Więcej dni na śniegu, a reszta mniej ważna. Szybka kima w kapsule, gdzie w telewizorze jest tylko jeden kanał i lecą na nim filmy dla dorosłych. Następnie rano bardzo komfortowy pociąg na lotnisko. Oczywiście wsiedliśmy do innego, ale fart, że jechał akurat w tą samą stronę..

Żegnaj Japonio. Dzięki za wszystkie pozytywne doświadczenia i do zobaczenia!

20150214_104959