Pumping Derby in Japan | Część #5 – Tokio | Luty | 2015

Przyszedł czas na ostatnią część tej wspaniałej azjatyckiej przygody narciarskiej. W czwartej części opuściliśmy Alpy Japońskie i udaliśmy się w długą powrotną drogę, podczas której ostatnim interesującym punktem było Tokio. Metropolia w pełnym znaczeniu tego słowa, a poza tym jak wiadomo stolica Japonii położona nad Oceanem Spokojnym (Zatoka Tokijska) na Honsiu – największej z Wysp Japońskich.

Jednak za nim ujrzeliśmy światła gigantycznego miasta zorganizowaliśmy małą procesję pogrzebową na jednym z przydrożnych parkingów. Z honorami pożegnaliśmy split’a, który walczył bardzo dzielnie, aczkolwiek nie miał szans z solidną japońską brzozą. Gdziekolwiek teraz jesteś na pewno korzystasz z uroków puchu. Pokój z Tobą bracie!

20150213_120930

Podróż do stolicy zajęła nam jakieś pół dnia. Plan był prosty. Oddać samochód, modlić się żeby Kimmy (pracownik wypożyczalni) nie zauważył drobnych usterek, które nam się przytrafiły (np. nie działająca szyba), jeden nocleg w hotelu kapsułkowym i wycieczka na lotnisko. Czas naglił, ale na szczęście mieliśmy nawigację, która z całą pewnością chciała działać na wyraz efektywnie. Dosadnie rzecz ujmując chciała nam pokazać wszystko, dosłownie wszystko..

20150213_135001

Główne ulice w Tokio są dosyć komfortowe, jednak mniejsze, boczne uliczki to już jest wyzwanie dla parkowania. Czuje się poważną duszność w tym temacie. Sądzę, że nawet najbardziej doświadczony włoski taksówkarz nie miałby tutaj lekko. Dlatego duży respekt dla lokalnych przewoźników..

Po zdaniu samochodu – wszystkie usterki przeszły pozytywną weryfikację – i pożegnaniu naszego sympatycznego przyjaciela Kimm’iego udaliśmy się do hostelu..

Hostel to też nie były kanapeczki. Ilość miejsca i rozplanowanie pomieszczeń, szatni, łaźni, schodów itp. zaskoczyło nasze zmysły. Człowiek wchodzi do wieżowca, wyjeżdża windą na wskazane piętro i okazuje się, że przekraczając próg przenosi się do pudełka po zapałkach. A na dodatek my posiadaliśmy 2-metrowe pokrowce i ogromne torby. Nie było łatwo tego upchnąć, ale jakoś się w końcu udało. Czas ruszyć w miasto..

A miasto nie byle jakie. W liczbach przedstawia się to następująco:

  • Powierzchnia miasta wynosi 2187,65 km²
  • Gęstość zaludnienia 6016 os./km²
  • Ponad 13 milionów ludzi mieszka w samej stolicy
  • Prawie 35 milionów mieszka w całej prefekturze otaczającej Tokio

Obowiązkowo musieliśmy wstąpić przynajmniej do jednej świątyni..

Wyjechać na ostatnie piętro (48) jednego z najwyższych wieżowców w stolicy – Tokyo Metropolitian Government Building 1 (243,4m). Wydawać by się mogło, że w tak silnie zagrożonym sejsmicznie miejscu na globie nie powinny powstawać bardzo wysokie budynki tymczasem aktualnie jest z goła inaczej. Mimo, że do 1963 roku obowiązywał przepis, który zabraniał budowy budynków wyższych niż 31 metrów.

Widoczki bardzo pozytywnie działały na wyobraźnię..

Jeśli chodzi o pozostałą zabudowę miasta to również nie ma wstydu..

Narciarz o pustym żołądku nie funkconuje najlepiej, dlatego kolejnym etapem zwiedzania było odszukanie smacznej szamki. Oczywiście nie było to proste, ale podołaliśmy zadaniu. Obiad jak zwykle mega pyszny, zdrowy i niezwykle energetyczny..

Następnym krokiem był solidny odpoczynek w hostelu i już mieliśmy iść spać, gdyż zmęczenie wyprawą dawało się już ostro we znaki, gdy ktoś wpadł na pomysł małych zakupów. Dobrze, że zmusiliśmy się by wyjść, ponieważ prawdziwe życie Tokio zaczyna się po zmroku. Odwiedziliśmy kilka sklepów i kilka miejsc lokalnej rozrywki. Największym zaskoczeniem były kilku piętrowe salony gier wideo oraz salon dziwnej gry. Ten ostatni charakteryzował się tym, iż na pewno grało się na pieniądze, a poza tym maszyna głupiała taką ilością bodźców wizualno-dźwiękowych, że ciężko było się zorientować, o co w tym w ogóle chodzi. Generalnie super hardcore dla wtajemniczonych..

Jednym z punktów programu nocnego wyjścia był zakup śpioszków dla jeszcze wtedy nienarodzonego potomka Tomka Durkacza. Jak okazało się na miejscu Maciek jest jeszcze chyba nie do końca przygotowany do funkcji rodzicielskich..

Światła miasta mieniły się wieloma kolorami, ale my zmuszeni byliśmy do powrotu. Należy żałować, że mieliśmy tak mało czasu by zwiedzić tą arcyciekawą metropolię. Jednak tak już to bywa, kiedy narciarze planują wyjazd. Więcej dni na śniegu, a reszta mniej ważna. Szybka kima w kapsule, gdzie w telewizorze jest tylko jeden kanał i lecą na nim filmy dla dorosłych. Następnie rano bardzo komfortowy pociąg na lotnisko. Oczywiście wsiedliśmy do innego, ale fart, że jechał akurat w tą samą stronę..

Żegnaj Japonio. Dzięki za wszystkie pozytywne doświadczenia i do zobaczenia!

20150214_104959

Pumping Derby in Japan | Część #4 | Luty | 2015

Część czwarta cyklu opowiadającego o przygodach zarejestrowanych w Kraju Kwitnącej Wiśni właśnie wyświetla się waszym spragnionym atrakcji umysłom. Mimo, iż historia nie jest wcale skomplikowana to nie jest łatwo jej opisać. Pracy z tym wiele i nie wiem czy podjąłbym się tego wyzwania wiedząc ile godzin mozolnej harówki zajmie przygotowanie materiałów pod tą właśnie publikację. Jednak powiedziało się „A”, a liter w alfabecie nieskończenie wiele, a każdy alfabet musi mieć swój początek i swoje zakończenie. Podążając tym rymowanym tropem zapraszam na przedostatnią część Pumping Derby in Japan!

Już teraz mogę zdradzić, że jest to zasadniczo ostatnia część typowo narciarska. Finalna będzie wspomnieniem z Tokio. Tymczasem rozsiądźcie się wygodnie, herbata już zaparzona!

20150211_171344

Po armagedonie śnieżnym, który mieliśmy okazję przeżyć w Myoko byliśmy głodni nowej lokalizacji. Do wyboru było kilka możliwości. Po krótkiej burzy mózgów obraliśmy kierunek na ośrodek o nazwie Seki Onsen. Miejscówka leży nieopodal Myoko, aczkolwiek prowadząca do niej droga górska prawdopodobnie jest zimą niedostępna. Przynajmniej taka nieogarnięte, czy też wręcz nieodgarnięta ze śniegu była tego dnia. Droga okrężna, jak sama nazwa wskazuje nie jest krótka, ale żeby nie było nudno wiodła najwyższymi tunelami śnieżnymi, jakie udało nam się przejechać w Japonii.  Myoko opuściliśmy wczesnym rankiem..

Jak okazało się na miejscu pojęcie „wczesny ranek” w Seki Onsen oznacza zupełnie coś innego. Na odpalenie infrastruktury musieliśmy trochę zaczekać, aczkolwiek to pozwoliło nam na rozeznanie okolicy. Bonusem była możliwość przyglądania się rozruchowi jaki prowadziła japońska armia. Był to wstęp do solidnych ćwiczeń narciarskich. Jeśli widzieliście kiedykolwiek naszych poborowych podczas tego typu manewrów to potwierdzamy, że na tej długości i szerokości geograficznej kabaret jest równie dobrej jakości. Oczywiście najgłośniej śmiali się sami żołnierze. Rzecz jasna ci potrafiący zjechać pługiem z samej góry na sam dół z tych, którzy dotknęli nart pierwszy raz w życiu. Jednak tym gorzej jeżdżącym trzeba przyznać, że ich wywiad się nie popisał i jak na sam początek wybrał dla nich trasy o kolorze czarnym, które były usiane muldami niczym pola minowe w Afganistanie podczas wojny z ZSRR..

Kolejną ciekawostką jest fakt, z którym spotkałem się pierwszy raz w życiu, Mianowicie system odśnieżania pochyłych parkingów. Na każdym zainstalowane są zraszacze z gorącą wodą, które działają przez 24h. Śnieg i lód nie mają szans. Zapomniałem wspomnieć, że ten rejon to epicentrum gorących źródeł. W ten niezwykle efektywny sposób odśnieżają również całe ulice. Jest tylko jeden warunek, muszą być pod nieznacznym kątem..

Niektórym może syę wydawać, że jest to marnowanie zasobów naturalnych. Jednak z drugiej strony trzeba przyznać, że jeśli chodzi o odśnieżanie to nie mają lekko..

W internetach o Seki Onsen mowią „Japan’s best powder snow skiing” i nie są to słowa rzucone na wiatr. Miejscówka ma ogromny potencjał. Niestety nie mogliśmy go wykorzystać tego dnia, gdyż zapanowała lekka odwilż, która zamieniła puch w miękką kupę. Tak czy inaczej, jeśli ktoś szuka tzw. „pillows’ów” to tutaj znajdzie ich pod dostatkiem. W tym resorcie widziałem największego, jakiego spotkaliśmy w Japonii, aczkolwiek nie odważyłem się zaatakować. Sumienie dało nam niezłego, mentalnego klapsa. Widząc teren i nakładając na niego puszystość i ilość pudru dnia poprzedniego mogliśmy tylko i wyłącznie zacisnąć płaty mózgowe ze złości i żalu. Nic poza tym nie dało się już zrobić, życie.

20150211_090629

Tak w ogóle tego dnia, a był to już chyba 10-ty z rzędu pod względem intensywnej jazdy miałem pierwszy poważny kryzys. Po godzinie badania terenu stwierdziłem, że jedyną opcją na kontynuowanie dnia jest krótka drzemka..

Generalnie wszyscy byli jacyś rozstrojeni. W sumie po tylu dniach rąbania w puchu te kilka godzin opalania nam się należało jak nic!

Po dwóch godzinach odpoczynku siły wróciły i mogłem dalej atakować. Niestety najbardziej interesujące, pojedyncze krzesło prowadzące na sam szczyt wzniesienia uruchamiane było bardzo spontanicznie. Nie potrafiliśmy rozgryźć tej zagadki, dlatego postanowiliśmy uruchomić foki.

20150211_145828

Oczywiście krzesło ruszyło na moment przed pierwszym krokiem, kiedy już zestawy chodzące były założone. Ściągać czy olać? Stwierdziliśmy, że nie chce nam się sprzątać „skitouring’u” i rozpoczęliśmy pierwszą poważną, azjatycką turę. To był pierwszy błąd, gdyż w.w. krzesło zaczęło hulać na całego. Drugim okazał się brak mapy, ale jak już wspominałem jest ona towarem bardzo deficytowym i nieczytelnym, chyba, że ktoś biegle włada japońskim..

Reasumując wycieczka trwała bardzo krótko, aczkolwiek nawet te z pozoru beznadziejne momenty generują jakieś plusy. Naszym był taki, że zobaczyliśmy z góry kolejną dolinę, a ona oferowała bardzo zacny teren do jazdy. Nie udało nam się tam dotrzeć, gdyż już po prostu nie starczyło czasu, ale obiecujemy, że wrócimy..

20150211_110657

Do południa nie udało nam się obczaić żadnej konkretnej linii. Z każdą minutą śnieg robił się coraz cięższy, humory również. Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy odwiedziliśmy inną wystawę góry. Już na samym początku dnia o niej myśleliśmy, ale było tam tak stromo, że nie było widać dna. Nie było również żadnych starych śladów i stwierdziliśmy, iż nie jest zbyt dostępna. Nic bardziej mylnego!

Dzień dobiegał końca, śnieg zaczynał zlewać się z kolorem nieba, a my łapiąc drugi oddech cisneliśmy ile wlezie, zupełnie nie bacząc na upływający czas. Tutaj należy wspomnieć, że zjeżdżaliśmy do sąsiedniej doliny a butowanie z powrotem trwało przynajmniej 20 minut. To musiała być czysta zajawa..

Aż w końcu wyłączyli wyciągi i trzeba było udać się do domu na czterech kółkach marki Nissan..

Jednak nie bylibyśmy sobą, gdyby nie nasza ciekawość. Podczas naszej komicznej skitury widzieliśmy również tajemnicze miasteczko. Należało sprawdzić dla jakich ideałów istnieje? A, że nie było daleko..

Jak się okazało jest to mikro mieścina górska, ale taka na prawdę położona niezwykle ekstremalnie, czyli coś w stylu naszego Poronina a.k.a. „Tam gdzie diabeł mówi dobranoc..”. Zjawiskowe miejsce, trzeba zobaczyć na własne oczy żeby uwierzyć.

20150211_171549

Następnym krokiem było znalezienie szamy. O tej porze, a było już bardzo ciemno wcale nie było to takie proste. Poza tym byliśmy już mega zmęczeni. Stwierdziliśmy jednak, że szukamy czegoś maksymalnie lokalnego. Udało nam się, ale okazało się, że jest to kolejna pułapka, gdyż menu wisiało na ścianie i nie posiadało żadnej wersji tłumaczonej nawet na Esperanto. Zamówiliśmy najprostsze danie, jakie przyrządza się w tym kraju, zupę miso. Nie wiadomo czy była w kracie. Jedząc przysłuchiwaliśmy się prywatnej sesji karaoke, która odbywała się w pokoju obok. Niestety nie otrzymaliśmy zaproszeń na tą prywatkę..

Pozostał nam wyłącznie sen..

20150212_194547

Tak zakończył się nasz przedostatni dzień w górach. Stanęliśmy przed bardzo poważnym dylematem. Jak spędzić ostatni dzień..w raju? Postawiliśmy na sprawdzone miejscówki Tangram-Myoko, a właściwie ich kombo. Był to chyba strzał w dziesiątkę, gdyż wypróbowaliśmy ciekawy wariant, który pozwolił nam na jazdę po czystym terenie 3-4 dni po ostatnim opadzie, co uwierzcie nie jest w Japonii takie proste, ale gdzie jest..? (za wyjątkiem Alaski)

W trzeciej części wspominałem o szkolnych, zorganizowanych oddziałach narciarskich, które z niesamowitym zapałem ćwiczą jazdę synchroniczną. Tak to działa w realu..

20150212_101455

Na zakończenie dnia postanowiliśmy zaopatrzyć się w jedne z pierwszych prezentów. Wszak jakoś było trzeba wydać nadmiar jenów. Same tego nie zrobią!

Smutna część tej wycieczki, pierwsze poważne pakowanie..

20150213_112807

Japońskim górom składamy dziękczynne pokłony. Ugościły nas niezwykle miło i sympatycznie. Nie szczędziły sutych opadów pudru, dopuściły wyłącznie do jednej odwilży i pozwoliły bezpiecznie wrócić do domu. Pozdrawiamy Hakubę i okolice. Na pewno kiedyś wrócimy!

20150212_085421

Zdjęcia: Maciek Leszczyński (Pure Powder), Tomasz Durkacz oraz moje własne.

Pumping Derby in Japan | The Movie | Luty | 2015

Po wielu nocach, godzinach spędzonych nad żmudnym procesem produkcji w końcu jest! Film z Japonii we własnej postaci. Nie ma się czym ekscytować, gdyż wszystkie ujęcia z kamery pokładowej i nie za bardzo się przyłożyłem podczas filmowania, ale pamiątka to pamiątka.

Polecam także słowo pisane i zdjęcia!

Życzę miłej projekcji!

Pumping Derby in Japan | Część #3 | Luty | 2015

W poprzednich dwóch odcinkach mieliście okazję poznać jeden resort w granicach Hakuby oraz omówiliśmy sobie jak wygląda życie typowego narciarza w snowboardowej ojczyźnie Japonii, miejscu o nazwie Madarao. Jeśli ktoś nie miał przyjemności zakosztować tejże lektury to zapraszam do nadrobienia zaległości:

A tymczasem lecimy z kolejną częścią miłych wspomnień. Po kolejnym efektywnym i bogatym w puch dniu ruszyliśmy w kierunku Myoko. Miejsce określane w mediach freeride’owych, jako lokalizacja, do której nikt nie zagląda i tym bardziej nikt o niej nie wie. Jak okazało się na miejscu legenda ta jest już od bardzo dawna przeterminowana. Jednak za nim tam dotarliśmy nasza uwagę przykuł ośrodek leżący pod drugiej stronie góry Madarao . Było już dosyć ciemno, aczkolwiek nawet przy takiej widoczności i z takiej odległości można było wyczuć, iż posiada on duży potencjał. A poza tym musieliśmy sobie zrobić galerię zdjęć z największym grzybem śnieżnym, jaki osiadł na ludzkiej infrastrukturze i jakiego udało nam się odkryć podczas naszej wycieczki..

Do Myoko dotarliśmy już po zmroku. Okazało się, że w czasie podróży musieliśmy wykonać kilka niezaplanowanych manewrów drogowych i jak możecie zauważyć na zdjęciu były one dosyć karkołomne. Koperta w najbardziej zaludnionym, włoskim mieście to przy tym na prawdę malutkie piwko. Kolejna fotka zdradza tajemnicę tytułu odnośnie tej serii. Niestety nie udało nam się wziąć udziału w tym festynie sportu, a ponoć rywalizacja o tego typu charakterze jest niesamowicie popularną rozrywką po tej stronie globu. Zostać mistrzem Pumping Derby to zapewne wielkie wyróżnienie i zasłużony, dożywotni respekt wśród znawców tematu. Cóż, możemy sobie tylko wyobrazić ten splendor.

Miasto przywitało nas bez większego entuzjazmu. Przyjechaliśmy w momencie, kiedy jeszcze nic specjalnego nie działo się w chmurach, a okoliczne bary zaczęły się leniwie zapełniać spragnionymi „Brytyjczykami” różnej maści. Jako wzorowa drużyna sportowa, która świeci przykładem tak samo za dnia jak i po zmroku postanowiliśmy nie rzucać się w oczy. Dlatego też wykonaliśmy krótki zwiad w centrum – spacer, zakupy i lekka konsumpcja. Choć przypominam sonie, że Maćka trochę ciągnęło do jednej speluny. Zniósł to dzielnie idąc grzecznie spać.

Przed wybiciem północy w powietrzu można już było wyczuć to „coś”. Lekkie, przyjemne świerzbienie nosa zwiastujące rychłe zmiany w pogodzie. Chyba nie myślicie, że przyjechaliśmy do najbardziej sławnej z tajnych japońskich miejscówek na zwykły puder? Oj nie, my przyjechaliśmy po ten puder, który sięga po same pachy, a nawet wyżej! Chrapiąc spokojnie na przydrożnym parkingu nie spodziewaliśmy się tego, co czeka nas po otwarciu drzwi..

Słyszeliśmy odgłosy potężnych maszyn do odśnieżania, aczkolwiek trudno było nam sobie wyobrazić, że w 5-6h sypnie nam prawie po sam materac..

Powiem szczerze, że dało nam to ostro do myślenia. Każdą następną noc przed prognozowanym opadem parkowaliśmy nasz mobilny dom na ulicach o znacznym spadku tak, aby bez zamoty wyjechać ze śnieżnej otuliny i przypadkiem nie przeszkadzać lub o zgrozo nie być zmiażdżonym przez ciężki sprzęt do odśnieżania. Białe auto, biały puder w dużej ilości i ogromny buldożer, scenariusz czarnej komedii jak na zamówienie. Straszono nas również śmiercią prze uduszenie poprzez zasypanie. Śmieszyły nas trochę takie przestrogi, ale wierzymy, że tego typu sytuacje miały miejsce. W końcu Japonia to takie miejsce, gdzie wszelkiego typu abstrakcyjne scenariusze mogą się wydarzyć. Jeśli nie tutaj to nigdzie!

20150210_072453

Poza tym musicie przyznać, że wschody słońca w Myoko są bardzo romantyczne. Osobiście byłem o krok od oświadczyn. Niestety Maćkowi nie podobał się pierścionek, który dla niego wybrałem. Ponoć zbyt mały kamień..?!

Długo się nie zastanawiając wszamaliśmy szybkie śniadanie. Następnie Maciek pobiegł wyposażyć się kolejną „Zumę” do lokalnej wypożyczalni i za nim zdążyliśmy się zorientować siedzieliśmy w najmniejszej gondolce świata. Przytulna atmosfera i widoki za oknem nastrajały bardzo pozytywnie.

DCIM100GOPROG0090529.

Nie wzięliśmy pod uwagę tylko jednego, mianowicie okazało się, że nie tylko my sprawdziliśmy prognozę. Mit rzadko obleganej miejscówki prysł już w pierwszej kolejce do krzesła. Tak głodnych puchu homo sapiens nie widziałem nawet na Pilsku. Wystarczyło 1,5h by teren znajdujący się w pobliżu krzeseł, a nie było go mało zamienił się w ściernisko. Nadgorliwi Australijczycy potrafili je ubijać przez cały dzień. Wszak kto bogatemu zabroni?

Nieodwracalnie przyszedł czas na założenie foki i zgłębienie rejonu znajdującego się powyżej lasu. Pierwszą rzeczą, jaka przykuła moją uwagę były wielkie kule śnieżne, które do tej pory znałem wyłącznie ze zdjęć. Mieszkają one prawie na każdym drzewie. Natomiast drugą anomalią był ślad po fokach sięgający ponad kolana. Pierwsze w ogóle niespotykane, drugie rzadko spotykane w Europie. Ponadto pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się wymienić, podczas dnia deski z węższych na szersze. Niestety 109 mm pod butem topiły się niczym żelbetonowe kalosze. Trzeba było wyciągnąć coś większego kalibru, czyli 124 mm. Tego dnia dały sobie radę.

Rozkosz, jaką dawała jazda w tak głębokim puchu ciężko zamienić na słowa. Śniegu były takie ilości, że strach paraliżował i nie pozwalał pójść jeszcze wyżej. Tutaj mamy do czynienia z kolejną różnicą pomiędzy europejską zimą. U nas nie spotkamy takich ogromnych mas śniegu. Ilości które bez problemu potrafią zakryć drogi, domy i drzewa. Tutaj nikogo to nie dziwi i dla narciarza działa hiper intensywnie na wyobraźnię. Nawet nie ma potrzeby przechodzenia jakiegokolwiek kursu lawinowego (to tylko przenośnia!) przed przyjazdem, gdyż tysiące ton sześciennych gwiazdek komunikuje w prostym, widocznym gołym okiem języku, gdzie znajduje się granica rozsądku, a gdzie rozpoczyna strefa realnej głupoty, znanej również pod prostszą nazwą – pewna lawina.

Mimo ogólnej ekscytacji tego dnia poczuliśmy również pierwsze zmęczenie materiału. Na szczęście okazji do odpoczynku nie brakowało. Przede wszystkim nazajutrz miał dołączyć do nas znany polski telemarker, Tomasz Durkacz. Poza tym szła lekka odwilż, która jednocześnie zwiastowała kolejne opady. Po trzecie i chyba najważniejsze dla Maćka, musieliśmy znaleźć sklep, który posiada w ofercie splitboard’y. Spożyliśmy lekki obiad i obraliśmy azymut na Hakubę, gdzie mogliśmy odhaczyć wszystkie powyższe punkty programu.

20150206_140427

Mimo, że Myoko nie jest już „tajne” zdecydowanie warto je odwiedzić, gdyż jest jednym z bardziej wszechstronnych ośrodków narciarskich, a z całą pewnością jest jednym z większych w całej Japonii. Samo miasto również posiada swój niepowtarzalny urok.

Powrót do Hakuby odbył się bez większych przygód. Te same, długie i zakręcone serpentyny doprowadziły nas do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą eksplorację Japońskich Alp. Był późny, senny piątkowy wieczór. Nie kombinowaliśmy za bardzo. Od razu ustawiliśmy pojazd na znajomym parkingu, który jak się okazało wypełnił się weekend’owymi podróżniko-narciarzo-snowboardzistami. Lekkie suszenie betów w toalecie, szczotkowanie zębów, ciepły napój z automatu i mogliśmy spokojnie udać się na spoczynek. Nazajutrz czekał nas leniwy dzień, kilkanaście godzin snu przeobrażonego w drzemki, relaks w onsen i znakomita szamka. Wszak puchu nie zabraknie tutaj dla nikogo. Prognozowany, świeży opad miał nastać równo za dwa dni. Mieliśmy sporo czasu na regenerację sił i komfortową medytację na temat tego, co się wydarzyło, a wydarzyć miało..

Przy okazji poddaliśmy testom nasze nowe plecaki lawinowe i jak się okazało działały bez zarzutu. Polecamy Jetforce’a wszystkim tym, którzy lubią dużo i długo podróżować, szczególnie, jeśli korzystają z usług linii lotniczych. Na żadnym lotnisku nie musieliśmy nawet tłumaczyć, do czego służy ta cała machineria schowana w jego wnętrzu. Komfort, oszczędność i wygoda.

Tomasz przyjechał autobusem wprost z Tokio, wcześniej pokonując niebywałą odległość powietrzną pomiędzy Warszawą z małym przystankiem w Moskwie.

10509542_10202314231257405_3297774298017764720_n

Za raz po powrocie skonstruował ten ruchomy obrazek. Miło się ogląda!

Jako, że człowiek ten mierzy nieco ponad 2 metry nie mógł on technicznie nocować w naszym skromnym Nissanie. Dlatego też korzystał z gościnności pensjonatu i tym samym poznał wielu ciekawych ludzi oraz, co niemniej ważne miał dostęp do japońskiej telwizji! My natomiast wybierając zameldowanie w samochodzie skazaliśmy się na specyficzną samotność bez telewizora, a musicie wiedzieć, że Japońska telewizja to wielka i mistyczna przygoda. Owszem patrzono na nas z podziwem, aczkolwiek dotknięcie nas palcem nie wchodziło już w rachubę. Czasami ogarniał nas wielki smutek z tego powodu. Nikt się nie chiał z nami kolegować!

DCIM100GOPROG0070462.

Niemniej jednak czas odpoczynku dobiegł końca. Ktoś w końcu musiał przetrzebić nietknięty puch! Słowo ciałem się stało i następnego dnia zameldowaliśmy w ośrodku Tangram Ski Circus.

Tangram jest bliźniaczym ośrodkiem w stosunku do Madarao, aczkolwiek mocno lansowane są tutaj klimaty rodzinne. Z tego prostego powodu w odróżnieniu od ośrodka znajdującego się po drugiej strony góry nie spotkamy tutaj hordy snowboardzistów. W zamian możemy natknąć się na szkolne, zorganizowane oddziały narciarskie, które z niesamowitym zapałem ćwiczą jazdę synchroniczną. Koniecznie trzeba to zobaczyć.

20150208_161555

Połączenie obu ośrodków gwarantuje niebywałe możliwości eksploracji i szybkiego przemieszczania się po tym terenie. Rezultatem tych manewrów było znalezienie pięknej ściany zwieńczonej komfortowym trawersem powrotnym, czyli tego, co Polaczki lubią najbardziej. Uroku dodawał fakt, że miejscówka ta i jej możliwości były znane nam i może trzem lokalnym snowboardzistom. Prywatna ściana na Japońskim padole, bezcenna zdobycz!

Niektórym zamarzyła się sesja niczym z Wielkiego Żurnala..

Mając jeden, papierowy karnet na dwa resorty mieliśmy okazję odwiedzić ciągle śpiących przyjaciół w naszej ulubionej restauracji o typowo japońskiej nazwie – Heidi.

20150209_132210

Podziwialiśmy również specyficzne wynalazki tutejszej motoryzacji..

20150209_085737

Korzystaliśmy także z Taśmy Śmierci Psychicznej i wyobraźcie sobie, że nie można tam było stanąć z nartami na nogach, ale ze snowboardem już tak..Madarao?!

20150208_123149

W międzyczasie testowaliśmy także nowe umiejętności narciarskie. Po kilkudziesięciu dniach spędzonych wyłącznie w samochodzie człowiek zaczyna lewitować. Potwierdzone!

Natężenie sygnału wi-fi sprawdzaliśmy regularnie. Wcale bym się nie obraził gdyby jej – wifi – tam nie było. Kiedy była „On” czułem się jakbym był w Japonii trochę mniej..

20150208_162639

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić testu skuteczność kompresorów do czyszczenia sprzętu ze śniegu. Super prosty i skuteczny patent. Da się? Proszę również zauważyć, iż Maciej nosi na swoim lewym ramieniu standardowe wyposażenie wymagane do identyfikacji istnienia i ważności karnetu. Wszyscy tam takie noszą i nikt się nie wstydzi.

20150208_162050

Tymczasem niebiosa otworzyły swoje podwoje i zaczęło sypać, ale z taką intensywnością, jakiej jeszcze moje oczy nie widziały..

20150208_162802

Dobrze, że parasolki znajdowały się w tzw. „standardzie” naszego Nissana..

20150208_163401

W nocy trochę dosypało, dlatego zostaliśmy na jeszcze jeden dzień. Niestety toaleta w Madarao nie jest taka spoko, gdyż ma ustawiony termostat na kaloryferach. Jednak wszystko poza tym jest cacy. Podgrzewane deski klozetowe sprawowały się bez zarzutu. Wnętrznie w drewsnie, chyba sosna, kojący zapach. Śnieżne służby systematycznie dbały by każdego ranka poziom nowego śniegu nie przekroczył górnej granicy cholewki naszych butów. Chwała im za to!

Kolejnego dnia żarty się skończyły!

10945280_10152887308603241_7476174411930572870_n

Widząc, co zapowiadają prognozy teleportowaliśmy się do Myoko. Jak okazało się na miejscu staropolska ludowa maksyma „Klęska urodzaju” ma oparcie w rzeczywistości. Radości było, co nie miara!

Miejscami śniegu było tak dużo, że do Ch*ja Wacława nie dało się tego przepchać do przodu. Tego dnia żałowałem, że moje narty nie mają przynajmniej 140 mm pod butem i wagi 0,5 kg, obie. Myślicie, że to zabawne? Wyobraźcie sobie, że spadło tyle śnieżnobiałego puchu. Nigdy nie widzieliście w swoim życiu więcej. Lekkiego, sypkiego i rozpływającego się w ustach. Niestety jazda w nim nie sprawia takiej frajdy jak się spodziewaliście, bo..jest go po prostu ciut za wiele?!

Jest to chyba jedyne poważne zmartwienie japońskich freerider’ów. Zbyt duża ilość śniegu. Chcielibyśmy mieć takie problemy w Polsce. Żądamy takich komplikacji w pogodzie! Abstrachując od tej „olbrzymiej tragedii” jaka nas dotknęła humory nam dopisywały. Stwierdziliśmy, że podejmiemy wyzwanie. Przeypychaliśmy puder cały Boży dzień i ten następny także!

DCIM100GOPROG0110548.

Część czwarta, prawdopodobnie ostatnia już niebawem. Zapraszam już teraz! A na zachęte jeszcze jeden rzut oka na Myoko. Czas na trochę lokalnej kuchni i deser. Wiedzieliście, że lubią tam pakować słodycze do zamkniętych opakowań bez zdjęć i grafik na froncie opakowań? Proszę nie panikować, gdyż zawsze można zrobić odlew z tworzywa sztusznego i postawić obok. Co kraj, to obyczaj!

Zdjęcia: Maciek Leszczyński (Pure Powder), Tomasz Durkacz oraz moje własne.

Obóz narciarski w Dolinie Pitztal | Pitztaler Gletsher | Taschachhaus | Marzec | 2015

W zeszły weekend wybrałem się z pewną znajomą bandą – PinkAss – by poskrobać trochę krawędzią w lodowcu Pitztal. Lądolód ten otrzymał ode mnie roboczą nazwę „Edward”. Jest nadal potężny, jęzory są zimne niczym Lodowa Pani w Muminkach i ma wyjebkę na fakt, że jest go coraz mniej. Przecież nikomu nie obiecywał, że zostanie tutaj na milion lat, prawda?

20150320_090253

Szczegółów wycieczki nie warto opisywać, gdyż wszystkie przygody i dane techniczne idą na wyrypę i na niej pozostają. Żadna tura nie będzie taka same, nie ma się co łudzić. Aczkolwiek mam przestrogę! Mianowicie wybrałem się z antybiotykiem w kieszeni. Zwykłe zapalenie płuc. Nie polecam tego motywu, nie opłaca się. Z trzech wycieczek robiłem jedną plus tułaczka do winterraum’u i z powrotem, masakra. Szczególnie na lodowej pustyni, gdzie odległości są niestety pier*olne. W sumie najbardziej nie lubię człapać po płaskim, a to niestety norma podczas przechadzki po „Edwardzie”. Jak zwykle wideo do waszej dyscpozycji.

Przy okazji polecam subskrybcję kanału – klik! – oraz obejrzenia innych wypocin z tego sezonu!

A poniżej zdjęcia piźnięte aparatem telefonicznym. Ten, kto wymyślił, kiedyś tam dawno temu ten człon nazwy „aparat..” niewiele się pomylił, prze Żbik!

A i jeszcze z GP poszły słodkie samojebki..

Freestyle Dziadów | Andrychów | Marzec | 2015

Dwa tygodnie temu, w pewną słoneczną niedzielę postanowiliśmy olać sprawy freeride’owe i skosztować coś, co dawno temu smakowało nam wyśmienicie, ale później, niestety trochę nam się przejadło. Mowa oczywiście o freestyle’u, czyli fikanie na skoczniach i polerowanie krawędzi na poręczach. Okazja była dobra, gdyż był to Międzygalaktyczny Dzień Kobiet, co oznaczało, że w ośrodku Czarny Groń obowiązywała promocja na karnety. Całodzienna jazda dla Pań za 5 zł. Tego jednego dnia staliśmy się w trójkę kobietami, bardzo nieurodziwymi kobietami. De facto, kto chciałby r*chać takie brzydule? Choć podobno ta w dredach to niezła cichodajka i ma romans z typem w moro, ale ciii..

Dodatkowo tego dnia na stoku w Rzykach odbywały się testy nart Majesty. Fishmac razem z ekipą przywiózł solidną ilość desek, a my je solidnie skatowaliśmy na wszelkiego rodzaju poręczach, a także na bardzo przyjemnej skoczni.

Snowpark w Andrychowie jest na prawdę spoko. Wiadomo, że nie jest wielkości tych europejskich, ale już bardzo niewiele brakuje. Wyszejpowane najazdy, mnogość i zróżnicowanie przeszkód, działający kicker. Nie można narzekać, gdyż da się bez nudy śmigać cały dzień. Za naszych czasów można było tylko  wyłącznie pomarzyć o takim spocie. Owszem były snowparki, ale szejping polegał na obklejeniu przeszkód w loga sponsorów i wstawieniu kolorowych banerów. Szejping? Raz w roku, pierwszego dnia sezonu. Takie to były dziwne czasy?!

Jedno na pewno się nie zmieniło, mianowicie szarża pospolitych „Januszy” przez najazdy, a najlepiej całą rodziną. Niedojrzałe, uroczo głupie i pozbawione skrupułów.

Jeśli chodzi o testy najfajniej jeździło mi się na nowym Rock’n’Rolla i Destroyer, który akurat był dostępny w długości 190 cm. Jednak mimo swoich wymiarów szedł po metalu jak zły. Sorry Fischu, ale musiałem tą nartę przetestować nader wszechstronnie.

Na zakończenie dnia główna atrakcja. Jazda na parking tzw. „bydłowozem”. Przeżycie nie do opisania, koniecznie musicie spróbować! Krótko reasumując nasz krótki powrót do przeszłości był bardzo wzruszający. Kości zgrzytały, psychika mocno zesrana, ale jeszcze coś tam potrafimy mimo podeszłego wieku:)