Pumping Derby in Japan | The Movie | Luty | 2015

Po wielu nocach, godzinach spędzonych nad żmudnym procesem produkcji w końcu jest! Film z Japonii we własnej postaci. Nie ma się czym ekscytować, gdyż wszystkie ujęcia z kamery pokładowej i nie za bardzo się przyłożyłem podczas filmowania, ale pamiątka to pamiątka.

Polecam także słowo pisane i zdjęcia!

Życzę miłej projekcji!

Pumping Derby in Japan | Część #3 | Luty | 2015

W poprzednich dwóch odcinkach mieliście okazję poznać jeden resort w granicach Hakuby oraz omówiliśmy sobie jak wygląda życie typowego narciarza w snowboardowej ojczyźnie Japonii, miejscu o nazwie Madarao. Jeśli ktoś nie miał przyjemności zakosztować tejże lektury to zapraszam do nadrobienia zaległości:

A tymczasem lecimy z kolejną częścią miłych wspomnień. Po kolejnym efektywnym i bogatym w puch dniu ruszyliśmy w kierunku Myoko. Miejsce określane w mediach freeride’owych, jako lokalizacja, do której nikt nie zagląda i tym bardziej nikt o niej nie wie. Jak okazało się na miejscu legenda ta jest już od bardzo dawna przeterminowana. Jednak za nim tam dotarliśmy nasza uwagę przykuł ośrodek leżący pod drugiej stronie góry Madarao . Było już dosyć ciemno, aczkolwiek nawet przy takiej widoczności i z takiej odległości można było wyczuć, iż posiada on duży potencjał. A poza tym musieliśmy sobie zrobić galerię zdjęć z największym grzybem śnieżnym, jaki osiadł na ludzkiej infrastrukturze i jakiego udało nam się odkryć podczas naszej wycieczki..

Do Myoko dotarliśmy już po zmroku. Okazało się, że w czasie podróży musieliśmy wykonać kilka niezaplanowanych manewrów drogowych i jak możecie zauważyć na zdjęciu były one dosyć karkołomne. Koperta w najbardziej zaludnionym, włoskim mieście to przy tym na prawdę malutkie piwko. Kolejna fotka zdradza tajemnicę tytułu odnośnie tej serii. Niestety nie udało nam się wziąć udziału w tym festynie sportu, a ponoć rywalizacja o tego typu charakterze jest niesamowicie popularną rozrywką po tej stronie globu. Zostać mistrzem Pumping Derby to zapewne wielkie wyróżnienie i zasłużony, dożywotni respekt wśród znawców tematu. Cóż, możemy sobie tylko wyobrazić ten splendor.

Miasto przywitało nas bez większego entuzjazmu. Przyjechaliśmy w momencie, kiedy jeszcze nic specjalnego nie działo się w chmurach, a okoliczne bary zaczęły się leniwie zapełniać spragnionymi „Brytyjczykami” różnej maści. Jako wzorowa drużyna sportowa, która świeci przykładem tak samo za dnia jak i po zmroku postanowiliśmy nie rzucać się w oczy. Dlatego też wykonaliśmy krótki zwiad w centrum – spacer, zakupy i lekka konsumpcja. Choć przypominam sonie, że Maćka trochę ciągnęło do jednej speluny. Zniósł to dzielnie idąc grzecznie spać.

Przed wybiciem północy w powietrzu można już było wyczuć to „coś”. Lekkie, przyjemne świerzbienie nosa zwiastujące rychłe zmiany w pogodzie. Chyba nie myślicie, że przyjechaliśmy do najbardziej sławnej z tajnych japońskich miejscówek na zwykły puder? Oj nie, my przyjechaliśmy po ten puder, który sięga po same pachy, a nawet wyżej! Chrapiąc spokojnie na przydrożnym parkingu nie spodziewaliśmy się tego, co czeka nas po otwarciu drzwi..

Słyszeliśmy odgłosy potężnych maszyn do odśnieżania, aczkolwiek trudno było nam sobie wyobrazić, że w 5-6h sypnie nam prawie po sam materac..

Powiem szczerze, że dało nam to ostro do myślenia. Każdą następną noc przed prognozowanym opadem parkowaliśmy nasz mobilny dom na ulicach o znacznym spadku tak, aby bez zamoty wyjechać ze śnieżnej otuliny i przypadkiem nie przeszkadzać lub o zgrozo nie być zmiażdżonym przez ciężki sprzęt do odśnieżania. Białe auto, biały puder w dużej ilości i ogromny buldożer, scenariusz czarnej komedii jak na zamówienie. Straszono nas również śmiercią prze uduszenie poprzez zasypanie. Śmieszyły nas trochę takie przestrogi, ale wierzymy, że tego typu sytuacje miały miejsce. W końcu Japonia to takie miejsce, gdzie wszelkiego typu abstrakcyjne scenariusze mogą się wydarzyć. Jeśli nie tutaj to nigdzie! 20150210_072453 Poza tym musicie przyznać, że wschody słońca w Myoko są bardzo romantyczne. Osobiście byłem o krok od oświadczyn. Niestety Maćkowi nie podobał się pierścionek, który dla niego wybrałem. Ponoć zbyt mały kamień..?!

Długo się nie zastanawiając wszamaliśmy szybkie śniadanie. Następnie Maciek pobiegł wyposażyć się kolejną „Zumę” do lokalnej wypożyczalni i za nim zdążyliśmy się zorientować siedzieliśmy w najmniejszej gondolce świata. Przytulna atmosfera i widoki za oknem nastrajały bardzo pozytywnie. DCIM100GOPROG0090529. Nie wzięliśmy pod uwagę tylko jednego, mianowicie okazało się, że nie tylko my sprawdziliśmy prognozę. Mit rzadko obleganej miejscówki prysł już w pierwszej kolejce do krzesła. Tak głodnych puchu homo sapiens nie widziałem nawet na Pilsku. Wystarczyło 1,5h by teren znajdujący się w pobliżu krzeseł, a nie było go mało zamienił się w ściernisko. Nadgorliwi Australijczycy potrafili je ubijać przez cały dzień. Wszak kto bogatemu zabroni?

Nieodwracalnie przyszedł czas na założenie foki i zgłębienie rejonu znajdującego się powyżej lasu. Pierwszą rzeczą, jaka przykuła moją uwagę były wielkie kule śnieżne, które do tej pory znałem wyłącznie ze zdjęć. Mieszkają one prawie na każdym drzewie. Natomiast drugą anomalią był ślad po fokach sięgający ponad kolana. Pierwsze w ogóle niespotykane, drugie rzadko spotykane w Europie. Ponadto pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się wymienić, podczas dnia deski z węższych na szersze. Niestety 109 mm pod butem topiły się niczym żelbetonowe kalosze. Trzeba było wyciągnąć coś większego kalibru, czyli 124 mm. Tego dnia dały sobie radę.

Rozkosz, jaką dawała jazda w tak głębokim puchu ciężko zamienić na słowa. Śniegu były takie ilości, że strach paraliżował i nie pozwalał pójść jeszcze wyżej. Tutaj mamy do czynienia z kolejną różnicą pomiędzy europejską zimą. U nas nie spotkamy takich ogromnych mas śniegu. Ilości które bez problemu potrafią zakryć drogi, domy i drzewa. Tutaj nikogo to nie dziwi i dla narciarza działa hiper intensywnie na wyobraźnię. Nawet nie ma potrzeby przechodzenia jakiegokolwiek kursu lawinowego (to tylko przenośnia!) przed przyjazdem, gdyż tysiące ton sześciennych gwiazdek komunikuje w prostym, widocznym gołym okiem języku, gdzie znajduje się granica rozsądku, a gdzie rozpoczyna strefa realnej głupoty, znanej również pod prostszą nazwą – pewna lawina.

Mimo ogólnej ekscytacji tego dnia poczuliśmy również pierwsze zmęczenie materiału. Na szczęście okazji do odpoczynku nie brakowało. Przede wszystkim nazajutrz miał dołączyć do nas znany polski telemarker, Tomasz Durkacz. Poza tym szła lekka odwilż, która jednocześnie zwiastowała kolejne opady. Po trzecie i chyba najważniejsze dla Maćka, musieliśmy znaleźć sklep, który posiada w ofercie splitboard’y. Spożyliśmy lekki obiad i obraliśmy azymut na Hakubę, gdzie mogliśmy odhaczyć wszystkie powyższe punkty programu. 20150206_140427 Mimo, że Myoko nie jest już „tajne” zdecydowanie warto je odwiedzić, gdyż jest jednym z bardziej wszechstronnych ośrodków narciarskich, a z całą pewnością jest jednym z większych w całej Japonii. Samo miasto również posiada swój niepowtarzalny urok.

Powrót do Hakuby odbył się bez większych przygód. Te same, długie i zakręcone serpentyny doprowadziły nas do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą eksplorację Japońskich Alp. Był późny, senny piątkowy wieczór. Nie kombinowaliśmy za bardzo. Od razu ustawiliśmy pojazd na znajomym parkingu, który jak się okazało wypełnił się weekend’owymi podróżniko-narciarzo-snowboardzistami. Lekkie suszenie betów w toalecie, szczotkowanie zębów, ciepły napój z automatu i mogliśmy spokojnie udać się na spoczynek. Nazajutrz czekał nas leniwy dzień, kilkanaście godzin snu przeobrażonego w drzemki, relaks w onsen i znakomita szamka. Wszak puchu nie zabraknie tutaj dla nikogo. Prognozowany, świeży opad miał nastać równo za dwa dni. Mieliśmy sporo czasu na regenerację sił i komfortową medytację na temat tego, co się wydarzyło, a wydarzyć miało..

Przy okazji poddaliśmy testom nasze nowe plecaki lawinowe i jak się okazało działały bez zarzutu. Polecamy Jetforce’a wszystkim tym, którzy lubią dużo i długo podróżować, szczególnie, jeśli korzystają z usług linii lotniczych. Na żadnym lotnisku nie musieliśmy nawet tłumaczyć, do czego służy ta cała machineria schowana w jego wnętrzu. Komfort, oszczędność i wygoda.

Tomasz przyjechał autobusem wprost z Tokio, wcześniej pokonując niebywałą odległość powietrzną pomiędzy Warszawą z małym przystankiem w Moskwie. 10509542_10202314231257405_3297774298017764720_n Za raz po powrocie skonstruował ten ruchomy obrazek. Miło się ogląda!

Jako, że człowiek ten mierzy nieco ponad 2 metry nie mógł on technicznie nocować w naszym skromnym Nissanie. Dlatego też korzystał z gościnności pensjonatu i tym samym poznał wielu ciekawych ludzi oraz, co niemniej ważne miał dostęp do japońskiej telwizji! My natomiast wybierając zameldowanie w samochodzie skazaliśmy się na specyficzną samotność bez telewizora, a musicie wiedzieć, że Japońska telewizja to wielka i mistyczna przygoda. Owszem patrzono na nas z podziwem, aczkolwiek dotknięcie nas palcem nie wchodziło już w rachubę. Czasami ogarniał nas wielki smutek z tego powodu. Nikt się nie chiał z nami kolegować! DCIM100GOPROG0070462. Niemniej jednak czas odpoczynku dobiegł końca. Ktoś w końcu musiał przetrzebić nietknięty puch! Słowo ciałem się stało i następnego dnia zameldowaliśmy w ośrodku Tangram Ski Circus.

Tangram jest bliźniaczym ośrodkiem w stosunku do Madarao, aczkolwiek mocno lansowane są tutaj klimaty rodzinne. Z tego prostego powodu w odróżnieniu od ośrodka znajdującego się po drugiej strony góry nie spotkamy tutaj hordy snowboardzistów. W zamian możemy natknąć się na szkolne, zorganizowane oddziały narciarskie, które z niesamowitym zapałem ćwiczą jazdę synchroniczną. Koniecznie trzeba to zobaczyć. 20150208_161555 Połączenie obu ośrodków gwarantuje niebywałe możliwości eksploracji i szybkiego przemieszczania się po tym terenie. Rezultatem tych manewrów było znalezienie pięknej ściany zwieńczonej komfortowym trawersem powrotnym, czyli tego, co Polaczki lubią najbardziej. Uroku dodawał fakt, że miejscówka ta i jej możliwości były znane nam i może trzem lokalnym snowboardzistom. Prywatna ściana na Japońskim padole, bezcenna zdobycz!

Niektórym zamarzyła się sesja niczym z Wielkiego Żurnala..

Mając jeden, papierowy karnet na dwa resorty mieliśmy okazję odwiedzić ciągle śpiących przyjaciół w naszej ulubionej restauracji o typowo japońskiej nazwie – Heidi. 20150209_132210 Podziwialiśmy również specyficzne wynalazki tutejszej motoryzacji.. 20150209_085737 Korzystaliśmy także z Taśmy Śmierci Psychicznej i wyobraźcie sobie, że nie można tam było stanąć z nartami na nogach, ale ze snowboardem już tak..Madarao?! 20150208_123149 W międzyczasie testowaliśmy także nowe umiejętności narciarskie. Po kilkudziesięciu dniach spędzonych wyłącznie w samochodzie człowiek zaczyna lewitować. Potwierdzone!

Natężenie sygnału wi-fi sprawdzaliśmy regularnie. Wcale bym się nie obraził gdyby jej – wifi – tam nie było. Kiedy była „On” czułem się jakbym był w Japonii trochę mniej.. 20150208_162639 Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić testu skuteczność kompresorów do czyszczenia sprzętu ze śniegu. Super prosty i skuteczny patent. Da się? Proszę również zauważyć, iż Maciej nosi na swoim lewym ramieniu standardowe wyposażenie wymagane do identyfikacji istnienia i ważności karnetu. Wszyscy tam takie noszą i nikt się nie wstydzi. 20150208_162050 Tymczasem niebiosa otworzyły swoje podwoje i zaczęło sypać, ale z taką intensywnością, jakiej jeszcze moje oczy nie widziały.. 20150208_162802 Dobrze, że parasolki znajdowały się w tzw. „standardzie” naszego Nissana.. 20150208_163401 W nocy trochę dosypało, dlatego zostaliśmy na jeszcze jeden dzień. Niestety toaleta w Madarao nie jest taka spoko, gdyż ma ustawiony termostat na kaloryferach. Jednak wszystko poza tym jest cacy. Podgrzewane deski klozetowe sprawowały się bez zarzutu. Wnętrznie w drewsnie, chyba sosna, kojący zapach. Śnieżne służby systematycznie dbały by każdego ranka poziom nowego śniegu nie przekroczył górnej granicy cholewki naszych butów. Chwała im za to!

Kolejnego dnia żarty się skończyły! 10945280_10152887308603241_7476174411930572870_n Widząc, co zapowiadają prognozy teleportowaliśmy się do Myoko. Jak okazało się na miejscu staropolska ludowa maksyma „Klęska urodzaju” ma oparcie w rzeczywistości. Radości było, co nie miara!

Miejscami śniegu było tak dużo, że do Ch*ja Wacława nie dało się tego przepchać do przodu. Tego dnia żałowałem, że moje narty nie mają przynajmniej 140 mm pod butem i wagi 0,5 kg, obie. Myślicie, że to zabawne? Wyobraźcie sobie, że spadło tyle śnieżnobiałego puchu. Nigdy nie widzieliście w swoim życiu więcej. Lekkiego, sypkiego i rozpływającego się w ustach. Niestety jazda w nim nie sprawia takiej frajdy jak się spodziewaliście, bo..jest go po prostu ciut za wiele?!

Jest to chyba jedyne poważne zmartwienie japońskich freerider’ów. Zbyt duża ilość śniegu. Chcielibyśmy mieć takie problemy w Polsce. Żądamy takich komplikacji w pogodzie! Abstrachując od tej „olbrzymiej tragedii” jaka nas dotknęła humory nam dopisywały. Stwierdziliśmy, że podejmiemy wyzwanie. Przeypychaliśmy puder cały Boży dzień i ten następny także! DCIM100GOPROG0110548. Część czwarta, prawdopodobnie ostatnia już niebawem. Zapraszam już teraz! A na zachęte jeszcze jeden rzut oka na Myoko. Czas na trochę lokalnej kuchni i deser. Wiedzieliście, że lubią tam pakować słodycze do zamkniętych opakowań bez zdjęć i grafik na froncie opakowań? Proszę nie panikować, gdyż zawsze można zrobić odlew z tworzywa sztusznego i postawić obok. Co kraj, to obyczaj!

Zdjęcia: Maciek Leszczyński (Pure Powder), Tomasz Durkacz oraz moje własne.

Obóz narciarski w Dolinie Pitztal | Pitztaler Gletsher | Taschachhaus | Marzec | 2015

W zeszły weekend wybrałem się z pewną znajomą bandą – PinkAss – by poskrobać trochę krawędzią w lodowcu Pitztal. Lądolód ten otrzymał ode mnie roboczą nazwę „Edward”. Jest nadal potężny, jęzory są zimne niczym Lodowa Pani w Muminkach i ma wyjebkę na fakt, że jest go coraz mniej. Przecież nikomu nie obiecywał, że zostanie tutaj na milion lat, prawda?

20150320_090253

Szczegółów wycieczki nie warto opisywać, gdyż wszystkie przygody i dane techniczne idą na wyrypę i na niej pozostają. Żadna tura nie będzie taka same, nie ma się co łudzić. Aczkolwiek mam przestrogę! Mianowicie wybrałem się z antybiotykiem w kieszeni. Zwykłe zapalenie płuc. Nie polecam tego motywu, nie opłaca się. Z trzech wycieczek robiłem jedną plus tułaczka do winterraum’u i z powrotem, masakra. Szczególnie na lodowej pustyni, gdzie odległości są niestety pier*olne. W sumie najbardziej nie lubię człapać po płaskim, a to niestety norma podczas przechadzki po „Edwardzie”. Jak zwykle wideo do waszej dyscpozycji.

Przy okazji polecam subskrybcję kanału – klik! – oraz obejrzenia innych wypocin z tego sezonu!

A poniżej zdjęcia piźnięte aparatem telefonicznym. Ten, kto wymyślił, kiedyś tam dawno temu ten człon nazwy „aparat..” niewiele się pomylił, prze Żbik!

A i jeszcze z GP poszły słodkie samojebki..

Freestyle Dziadów | Andrychów | Marzec | 2015

Dwa tygodnie temu, w pewną słoneczną niedzielę postanowiliśmy olać sprawy freeride’owe i skosztować coś, co dawno temu smakowało nam wyśmienicie, ale później, niestety trochę nam się przejadło. Mowa oczywiście o freestyle’u, czyli fikanie na skoczniach i polerowanie krawędzi na poręczach. Okazja była dobra, gdyż był to Międzygalaktyczny Dzień Kobiet, co oznaczało, że w ośrodku Czarny Groń obowiązywała promocja na karnety. Całodzienna jazda dla Pań za 5 zł. Tego jednego dnia staliśmy się w trójkę kobietami, bardzo nieurodziwymi kobietami. De facto, kto chciałby r*chać takie brzydule? Choć podobno ta w dredach to niezła cichodajka i ma romans z typem w moro, ale ciii..

Dodatkowo tego dnia na stoku w Rzykach odbywały się testy nart Majesty. Fishmac razem z ekipą przywiózł solidną ilość desek, a my je solidnie skatowaliśmy na wszelkiego rodzaju poręczach, a także na bardzo przyjemnej skoczni.

Snowpark w Andrychowie jest na prawdę spoko. Wiadomo, że nie jest wielkości tych europejskich, ale już bardzo niewiele brakuje. Wyszejpowane najazdy, mnogość i zróżnicowanie przeszkód, działający kicker. Nie można narzekać, gdyż da się bez nudy śmigać cały dzień. Za naszych czasów można było tylko  wyłącznie pomarzyć o takim spocie. Owszem były snowparki, ale szejping polegał na obklejeniu przeszkód w loga sponsorów i wstawieniu kolorowych banerów. Szejping? Raz w roku, pierwszego dnia sezonu. Takie to były dziwne czasy?!

Jedno na pewno się nie zmieniło, mianowicie szarża pospolitych „Januszy” przez najazdy, a najlepiej całą rodziną. Niedojrzałe, uroczo głupie i pozbawione skrupułów.

Jeśli chodzi o testy najfajniej jeździło mi się na nowym Rock’n’Rolla i Destroyer, który akurat był dostępny w długości 190 cm. Jednak mimo swoich wymiarów szedł po metalu jak zły. Sorry Fischu, ale musiałem tą nartę przetestować nader wszechstronnie.

Na zakończenie dnia główna atrakcja. Jazda na parking tzw. „bydłowozem”. Przeżycie nie do opisania, koniecznie musicie spróbować! Krótko reasumując nasz krótki powrót do przeszłości był bardzo wzruszający. Kości zgrzytały, psychika mocno zesrana, ale jeszcze coś tam potrafimy mimo podeszłego wieku:)

Idealnie trafiony puder w tatrzańskim reglu dolnym | Marzec | 2015 | Część 2

Pierwszą część materiału już pokazałem w zeszłym tygodniu -> Idealnie trafiony puder w Tatrzańskim reglu dolnym | Marzec | 2015 | Cześć 1

Przyszedł czas, a właściwie w końcu go znalzłem by opublikować pozostałe materiały, które zgromadziliśmy w tamtą bogatą w doznania, lecz ubogą w słońce sobotę. Do dzisiaj ciężko mi uwierzyć, że udało nam się tak dobrze pojeździć mimo tak oczywistych warunków. Jeden z pewniejszych spotów w dziejach polskiego freeride’u;) Łojek przysłał trochę fotek..

A ja, jako że muszę zwolnić trochę miejsca na dysku stworzyłem krótki teledysk z całości klipów. Tak bardzo lubię jeździć w tym miejscu, że nawet w tej chwili czuje się spakowany i gotowy do startu!

The Real (Polish) Pumping Derby | Pilsko | Marzec | 2015

Z całą pewnością wielu z was obejrzało wcześniej nową wersję z serii „Piątek 13-stego„, do której podkład muzyczny skomponował sam Rysiek Rynkowski. Dodam tylko dla przestrogi, iż nie należy jeździć na nartach pod górę. Szczególnie poza trasą w lasach, borach i trzynastego bieżącego miesiąca. To bardzo niebezpieczne! Łojek jak zwykle się nie dostosował, perypetia jak na zamówienie..

Niewielu z was natomiast wie, iż ten dzień miał być jak puszysta, słodka beza. Niestety jak zwykle rzeczywistość okazała się brutalna niczym pasztet studencki z ketchupem jako dressing. Pędząc na złamanie karku w kierunku Korbielowa nie spodziewaliśmy się, że ten „piątunio” przejdzie do historii, jako „Pralka Dekady”, czyli 10 cm nowego puchu na 2 metrach żelbetonowego podkładu. Do dziś bolą mnie zęby. Jako ekstra bonus otrzymaliśmy złowieszczy ogród botaniczny, który rozrasta się szybciej niż ilość warstw nowej farby na słupach orczyków w tym luksusowym ośrodku narciarskim. Polska strona Pilska już nie jest taka sama jak 2, 3 i 4 lata temu. Niestety, ale przecież nikt nie obiecywał, że taka pozostanie.

Jednak zawsze są jakieś pozytywy. Jazda w sporej, dobrej ekipie za mały hajsik to czysta przyjemność, a poza tym dobrze wiemy, że jeździ się w każdych warunkach bez marudzenia, prawda?