Strzał na wilgotną prognozę w Tatry | Luty | 2015

Zima aktualnie płacze w Beskidach. Jest kiepsko i nie da się tego w żadne sposób ukryć. Postanowiliśmy się przemieścić w trochę wyższy rejon polskich gór. Padło na Tatralandię.

Nie pytajcie gdzie, nie pytajcie jak. Jednak bardzo przyjemny spocik na wycieczkę i do jazdy. Szczególnie,  kiedy na górze milkyway, lawinowa 5-tka lub deszcz meteorytów. Miejscówka warta grzechu!

20150226_112909

Poniżej film nakamerowany przez Braian’a. Phil Collins zaprasza!

Warto również zerknąć na wcześniejszą, głębszą nagrywkę -> Puchy

Mała galeria z telefonu. Tempo wycieczki było bardzo rześkie, dlatego nie udało mi się zrobić całej rolki:)

Pumping Derby in Japan | Część #1

Jesteście ciekawi, jak miewa się zima w Japonii. Ja też byłem i w końcu w lutym 2015 udało mi się zaspokoić tą ciekawość. Niezupełnie do końca, gdyż kraj długi i szeroki, aczkolwiek wiem już sporo i przy pierwszej lepszej okazji wracam dowiedzieć się więcej. Tymczasem zapraszam na mały cykl reportaży o nazwie Pumping Derby in Japan, czyli pompowanie puchu w kraju kwitnącej wiśni. A uwierzcie nam, było co pompować!

20150201_105632

Podróż każdego z nas trwała zaledwie kilkanaście godzin. Osobiście leciałem przez Helsinki i jedno, co mnie od razu uderzyło, to fakt, że w samolotach Finnair jest strasznie zimno. W ogóle Finowie to strasznie zimni ludzie. Tacy Austriacy ze Skandynawii. Po dotarciu do Tokio musiałem jeszcze tylko zaczekać na Maćka, który atakował z Monachium przez ZSRR.

Następnym krokiem był odbiór zaliczkowanej fury, która została podstawiona na parking przy samym lotnisku. Kimmy, sympatyczny pracownik wypożyczalni starał się wytłumaczyć wszystkie zawiłości, jakie czekają nas na japońskiej infrastrukturze drogowej. Zrozumieliśmy tylko tyle, że mamy tankować paliwo oznaczone czerwonym kolorem i za każdym razem zatrzymywać się na przejazdach kolejowych. Dodatkowo powtórzył przynajmniej tysiąc razy zwrot „Be careful!”. Jego niezwykle niepewny wzrok, kiedy odjeżdżaliśmy z parkingu – bezcenny!

To nie nasza fura, ale to mój pierwszy oryginalny, azjatycki posiłek. Ciekawostką i błogosławieństwem jest fakt, że nawigacja samochodowa (Garmin) posiada opcję wpisywania nr telefonu miejscowości i w ten łatwy sposób takie proste turysty jak my mogą dotrzeć do celu podróży bez konieczności nauki japońskiej, krzaczkowej pisowni.

Dotarcie do Hakuby zajęło nam jakieś 4h (350 km) i dostarczyło wielu pozytywnych emocji. Lewostronny ruch jazdy, niepewność co do przekraczania ustalonych progów prędkości oraz chroniczny brak stacji benzynowych przy autostradzie. W praktyce wygląda to następująco:

  • Pierwszego dnia mielibyśmy 3 stłuczki, wszystkie przez nieuwagę przy włączaniu się do ruchu. Na początku za każdym razem uruchamiałem wycieraczki zamiast kierunkowskazu.
  • Japończycy nie respektują ograniczeń prędkości na swoich drogach. Jest 50 jadą 100, jest 80 jadą 160. Aczkolwiek porządeczek na drodze jest. Nie spotkasz Typowego Janusza, który trąbi i świeci długimi, bo śpieszy się do schorowanej babci leżącej w szpitalu.
  • By zatankować trzeba zjechać a autostrady, lub być po prostu cierpliwym. W końcu stacja się pojawi. Tak więc lepiej mieć zatankowane pod sam korek.

Nocleg był małym wyzwaniem logistycznym. Jednak im więcej mijałoy nocy tym ogar tego elementu stawał się w pełni zautomatyzowany: szama, przerzut torb i pokrowców do kabiny, sikanie i kima. Oczywiście webasto działało tylko w naszej wyobraźni. Gdyby nie puchowe śpiworki od Pajaka i japońska pierzyna małżeńska od Kimmy’iego to pewnie czulibyśmy się jak kostki lodu w zamrażarce.

Na miejscu, praktycznie w każdej miejscowości turystycznej czeka na was parking wyposażony w łazienkę, toaletę z podgrzewaną deską klozetową (mrau!), kaloryfer i rząd automatów, które oferują napoje zimne, ciepłe a nawet zupy! Opcjonalnie będzie również świątynia, a także przeróżne rzeźby ze śniegu, bardzo popularne w Japonii.

Pierwszym ośrodkiem narciarskim, na jaki skierowaliśmy nasz azymut był Tsugaikekogen leżący w bliskiej okolicy Hakuby. Miejscówkę polecił nam Dave, Kanadyjczyk (już prawie Japończyk), lokalny przewodnik i właściciel Evergreen Outdoor Center. Jak na start był to strzał w dziesiątkę.

Tak wygląda..karnet:)

20150202_102027

Mimo, że było już kilka dni po opadzie, to udało nam się znaleźć kilka nieruszonych połaci puchu w granicach ośrodka. A musicie wiedzieć, że w tych granicach puch leży nietknięty po opadzie od 30 minut od maksymalnie 1h. Głodna szarańca Skandynawów, Australijczyków i samych Japończyków żądna świeżego pudru zjada wszystko szybko i intensywnie, nawet w bardzo małych, oddalonych i tajnych resortach.

W zasadzie rozpizgaliśmy wszystko, co nam pozostawili. Następnego dnia musieliśmy uruchomić foczki i tym samym znaleźć jeden z dłuższych i przyjemniejszych zjazdów, jakie udało nam się oddać w Azji.


Po dwóch dniach jazdy i trzech bez prysznica wbiliśmy do tzw. „onsen”, czyli tradycyjnej japońskiej łaźni publicznej (gorące źródła). Efekt był powalający. Podobno śpię na tym zdjęciu..?!

20150202_181316

Nie można również zapomnieć o pysznym jedzeniu przyrządzanym i jedzonym na różne sposoby..

Później już tylko kima. Z braku sił i braku laku nasze wieczorne rozrywki kończyły się na niesamowicie przyjemnej wizycie w toalecie, gdzie czekała na nas – nagrzewając się przez cały boży dzień – ciepła deska klozetowa. Jak się później okazało spaliśmy średnio po 10h, czasami nawet 11. Sportowcy-podróżnicy tak już mają. Do zobaczenia w następnym odcinku!

Zdjęcia: moje własne oraz Maciek Leszczyński (Pure Powder)

Mój kolega Maciek pizga pałder w Japołnii | Zapowiedź relacji!

Tak moi drodzy. Prawdziwy, lekki i głęboki po same nozdrza puder istnieje i jest go tyle, że można przecierać oczy ze zdumienia. Nawet codziennie przez 12 dni. A ukradł go pewien sprytny ród krasnali, który mieszka na odległych wyspach leżących na Pacyfiku.

Prawdopodobnie od jutra startuję opowieścią o Japonii. Niestety nie uda mi się kompletnie zdefiniować tego niezwykłego, azjatyckiego kraju ani za pomocą słów, tym bardziej zdjęć i filmów. To jest po prostu fizycznie niemożliwe. Jeśli miałbym pokusić się o porównanie to pierwsze, co przychodzi mi do głowy to..”Kraina OZ”?!

Wyregulujcie monitory. Będzie głęboko i soczyście!

pnkjapantv

Szczegóły już wkrótce, a tymczasem wytwór „frustracji”, który powstał podczas segregacji 50 GB materiału filmowego. Taki puch chcę widzieć w Polszy w tym tygodniu. Ściemniony opad nie wchodzi w grę!

Hyrca – Brenna – Całodzienna kontrola warunków na stoku

W środę wybraliśmy zakosztować czegoś zupełnie nowego. Trochę sypnęło, więc byliśmy podwójnie zmotywowani. Nie wspominając o wielkim polskim głodzie w odniesieniu do lekkiego puchu.

Na cel obraliśmy pewien nieczynny wyciąg w Brennej. Kiedyś dawno temu, kiedy ludzie jeździli na nartach 202 cm, karnety były papierowe, a wszystkie wyciągi narciarskie były w zarządzie spółek węglowych istniał ośrodek narciarski, który ulokowano na szczycie góry Hyrca. Aktualnie resort podupada i jest to bardzo delikatne stwierdzenie.

Dokładnie nie wiem odkąd jest nieczynny, ale chyba od  bardzo dawna. Pamiętam jak za dzieciaka tam śmigałem. Całkiem przyjemna i stroma trasa. Niestety szybko zarasta aktualnie samosiejką iglastą i liściastą tak, więc śpieszcie się! Za niedługo na Hyrce będzie się można się wybrać wyłącznie by zbierać szyszki.

20150128_121836

Oddaliśmy trzy bardzo przyjemne zjazdy. Puchu jak na lekarstwo. Wydawało nam się, że będzie ciut więcej, ale za to można było rozwinąć prędkość i poczuć TEN wiatr we włosach. Piękna sprawa.

Jak zwykle proponuję krótkie i treściwe wideo. Jednocześnie polecam subskrybować mój kanał na Youtube

Galeria jeszcze cieplutka!

Lucek wybrał się na foki! – Bieszczady – Styczeń 2015

Lucek wybrał się na profesjonalną bieszczadzką wycieczkę skitou’rowo-freetour’owo-przygodową z grupą doświadczonych narciarzy, którzy nie bardzo doświadczają innego rodzaju życia. W szczególności tego cywilnego. A, że jest on znany również, jako Lucekphoto.com toteż przywiózł trochę ekstra kolorowych foteczek.

W jego imieniu zapraszam do galerii. Jeśli pragniecie wejść głębiej w temat tego wyjazdu to zapraszam do lektury -> Bieszczadzki strzał na prognozę | Styczeń | 2015

Uwaga! Niektóe zdjęcia są z tzw. kategorii „+18″

Bieszczadzki strzał na prognozę | Styczeń | 2015

Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w weekend. Po raz kolejny nowożytna zima pokazała, że nic sobie nie robi z naszych freeride’owych planów i marzeń. Dwa dni intensywnego deszczu i plusowej temperatury sprawiły, iż na głowie każdego szanującego się freeride’era pojawiły się kolejne siwe włosy. Osobiście na moim skalpie się nie pojawiają, ale za to skalp ten łysieje na przedzie i jestem pewien, że nie jest  to wina wieku.

Tak się złożyło tym razem, iż o fakcie przejścia odwilży informowały prawie wszystkie poważne media meteorologiczne w tym mój ulubiony Dobrapogoda24 oraz banalny w interpretacji Meteo.pl, który nie zawsze jest dokładny, ale sprawdzany na bieżąco na kilka godzin przed akcją pokazuje rzeczywisty obraz przyszłych wydarzeń.

W przyrodzie zazwyczaj jest tak, że jeśli w Beskidach, Tatrach i innych pasmach krajowych gór szykuje się niezła dupa ze śniegiem to należy skierować swoje zainteresowanie na obszar Bieszczadów.

20150110_083602

Jak się okazało również tym razem ta reguła sprawdziła się idealnie. Dużą pomocą okazały się również zdjęcia i informacje zaserwowane przez Pawła Jaruzelskiego jednego z tzw. „bieszczadzkich lokalsów z Rzeszowa”;)

Nawet nie macie pojęcia jak pięknie było zobaczyć prawdziwą zimę. Nieodśnieżone drogi, tłuste zaspy śnieżne, czapy śniegu na drzewach i puch ponad kolanko. Magia, ekstaza i erekcja (ostatnio tak popularna w reklamach radiowych). Zrobienie tych 700 km w 24h było męczące, aczkolwiek niezwykle satysfakcjonujące.

Tym razem wziąłem do jazdy kredki (78mm), ale de facto przydałoby się coś w okolicy 100 mm, gdyż puch był soczysty, a jego ilość była na prawdę suta. Wykonaliśmy dwa zjazdy na Hyrlatej i zapewniamy, że jeszcze tam wrócimy. Być może jeszcze w tym sezonie!

20150110_105534

Tym razem wyłącznie fotki z telefonu. Miał być film, ale kamera odmówiła posłuszeństwa. Jednak najważniejsze, że Lucek z Klockiem zrobili swoje pierwsze foki. Gratki bo dali radę elegancko!

A tutaj fotorelacja Lucekphoto.com -> Lucek wybrał się na foki! – Bieszczady – Styczeń 2015

Völkl – Marker – Dalbello | Sales Meeting | Obergurgl | Grudzień | 2014

Jak już wspominałem wcześniej za pomocą Instagram’a (serdecznie zapraszam!) dzięki uprzejmości marki SAT z Poznania, dystrybutora marek Völkl, Marker oraz Dalbello miałem okazje wziąć udział w corocznym, globalnym spotkaniu handlowym rodziny MVD, któe odbyło się w austriackim Obergugl.

Termin „rodzina” nie jest tutaj przypadkowy. Wierzcie lub nie atmosfera tego bądź, co bądź biznesowego zjazdu w ogóle nie przypominała tradycyjnego, sztywnego i pomaptycznego spędu handlowców, głodnych sodomy pomieszanej z gomorą. W tym przypadku sytuacja miała się wręcz odwrotnie, co było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Ludzie związani bezpośrednio i pośrednio z markami wypisanymi powyżej żyją i wkładają mnóstwo wysiłku w to, by rozwijać wymyślone przez siebie produkty a przy tym pragną stworzyć wielopoziomowy kolektyw, który myśli i czuje, a nie tylko kalkuluje. Zagmatwane to, ale to tylko świadczy o tym jak zaskoczyła mnie ta sytuacja. Wyrażając się w skrócie, atmosfera była zajebista.

A co my tam w ogóle robiliśmy. Oglądaliśmy, słuchaliśmy, macaliśmy i co najważniejsze testowaliśmy produkty MVD na sezon 2015/16. Niestety nie mogę wam pokazać fotek nowości, gdyż to będzie możliwe dopiero po tegorocznym ISPO. Jednak mogę wam powiedzieć, czym zostaniecie uraczeni w następnym sezonie.

  • Nowy Dalbello Lupo z flex’em 130, odchudzony, gumowa podeszwa i piny do wiązań typu Tech (faworyt!)
  • Nowa Panterra z flex’em 130
  • Nowy model buta freestyle’owego z ciekawym rozwiązaniem klamry znajdującej się na podbiciu
  • Narta skiturowa Voelkl o wadze 1kg i mega design’ie
  • Nowe szaty graficzne w produktach linii freestyle i freeride
  • Pro model narty Ahmet’a Dadali
  • Nowe modele w linii freeride’owej

Poza tym nowe kaski, gogle i ochraniacze. Tydzień intensywnego obcowania z super nowinkami sprzętowymi. Wisienką na torcie była obszerna prezentacja nowego wiązania skitour/freetour o nazwie Kingpin, które dostępne będzie już w tym sezonie w naszym kraju. Jeszcze fajniejsze było testowanie tego cacka.

DSC_0261

Po tym, co zobaczyłem i dowiedziałem się na jego temat stwierdzam, że warto zainwestować trochę złota w to wiązanie. Mimo, że nie jest najlżejsze w tej kategorii to bije na łeb i szyję konkurencję pod względem szybkości przenoszenia sygnałów do narty, a także (lub przede wszystkim!) siły i stabilności, jeśli chodzi o trzymanie buta. Co jednocześnie przekłada się m.in. na bezpieczeństwo. A jak to pięknie trzyma i pracuje na twardym w połączeniu z nartą V-Werks BMT 94. Bajka!

DSC_0256

Ostatniego dnia wybraliśmy się na wycieczkę skiturową. Tatry są piękne, ale Alpy nie mają sobie równych. Przepiękna dolina. Trafiło się nawet trochę pudru. Z resztą sami zobaczcie. Ten gość w limonkowej kurtce i czerwonych goglach z plecakiem ABS to Miki, główny konstruktor Kingpin’a. Dużo od gościa można się było dowiedzieć. Łeb jak sklep.

A na zakończenie opowieści trochę fotek. Pstryknięte telefonem, ale udało mi się je (nieudolnie) podkręcić dla lepszego efektu.