Hardkor Nie Disko

Piotr Pinkas Freeskiing Blog


1 komentarz

Ukraina | Czarnohora | 2007

-=Ukraina-Czarnohora=-

16-21.04.2007

PROLOG

Sam nie wiem kto wpadł na pomysł aby udać się w ten niedaleki rejon naszego zaśmieconego globu.Podejrzewam, iż Tomek, ewentualnie Paweł, Marka nie podejrzewam ale to właśnie Bush przedstawił mojej skromnej osobie plan operacyjny całej wycieczki.Na początku oczywiście podszedłem do tego pomysłu bardzo sceptycznie,no bo po jaka cholerę bede się teleportował na jakieś poradzieckie odludzie o nazwie Ukraina?!

Nieco później stwierdziłem,że może być bardzo zabawnie. Calą zimę spedziłem zamknięty w pewnym pomieszczeniu w Szczyrku, więc w sumie, czemu nie. Na początku ciężko było wyciągnąć od organizatorów jakieś konkretne info, wiadomo, w tej kwestii na Ziemi nic się nie zmieniło. Z czasem gdy dni do wyjazdu zbliżały się w nieubłaganym tempie, a śnieg jakimś „cudem” znikał z powierzchni polski ,do mojego ucha zaczeły napływac pierwsze konkrety.

Informacja nr 1.Data: 16-21

Info nr.2 Kto jedzie: Paweł Lachowski, Tomasz Dębiec, Bushman Lachowski i Piotr Pinkas <-czyli ja

Info nr.3 Kupno ubezpieczenia zdrowotnego nie ma najmniejszego sensu!?

Zakupy jednak rozpoczeliśmy od wynalzaku który zrewolucjonizował światową turystyskę..prawdopodobnie..a mianowicie na pierwszy ogień poszły tzw.”matki”. Jest to urządzenie dmuchane za pomocą siły własnych płuc, przypomina materac ale nie da sie na nim pływać, bzykać tez pewnie ciężko będzie (za mala wyporność) ale mimo to zapewnia niespotykany komfort podczas snu. Pamiętajcie: „Tego co da ci matka nigdy nie zaoferuje Ci karimatka!”

No to jedziemy-poniedziałek godzina 18-kierunek Duszniki Zdrój – po przejechaniu 20km powrót, zapomnieliśmy zabrać matki – napędzamy się z powrotem – mamy matki – w końcu kompletnie uposażeni uderzamy w kierunku docelowym. W drodze zatrzymaliśmy się, aby zgarnąć Tomka, proszę nie pytajcie jak nazywała się okolica w której mieszka, chyba nie ma jej w atlasie, aczkolwiek miejsce bardzo urokliwe. W każdym razie Tomek jest osobą dla której góry są drugim lub nawet pierwszym domem, zna sie chłopak na tych klockach. Paweł rownież kumał turystykę górską, Marek i Piotrek znali tylko górlaskie opowieści dziwnej treści. Gdy Tomasz przeszedl boarding w furgonetce udaliśmy się, aby przekimać tę noc u Henryka, który bardzo kulturalnie Nas ugościl. Rano własnoręcznie przygotował bardzo smaczne kanapki z turbo pomidorami.

Dzień NR 1

Wtorkowy ranek rozpoczął się bardzo sennie, chyba dlatego, że była piata rano a my od trzech godzin śniliśmy o wielkich fortunach, cycatych blondyknach i Ojcu Dyrektorze. Soczyste pocałunki, dziekówka za kimę i moment później byliśmy na granicy w Krościeńku. Nie obyło się bez problemów, gadka-szmatka z ukraińskimi celnikami, źle wypełniona, dziwna, ankieta..blebleble..i już jesteśmy poza granicami Szatańskiego Impreium Orła.

Harmonogram tego dnia wydawał się banalnie prosty, mianowicie podejscie pod granicę śniegu, rozbicie obozu, siusiu i kima. Niestety nic co banalne zazwyczaj takie nie jest, więc kiedy pokonaliśmy już wszystkie dziury na niesamowicie zniszczonych drogach okazalo się, że Pan Straznik Parku Narodowego nie ma ochoty wpuścić na terytorium jego juryzdykcji – bo za późno, bo na nartach zjeżdzać nie wolno, bo nie mamy przewodnika i takie tam. Szybka zmiana koncepcji, jedno spojrzenie na mapę i juz byliśmy świadomi, że nie zaatakujemy dzisiaj korony Ukrainy, Howerla 2058 m.n.p.m, tylko nieco mniejszą „koronę” o imieniu Rebra 2001 m.n.p.m

Następnym krokiem było przejechanie wąwozu, poprzez most po ktorym jeżdżą autobusy, a ja osobiście balbym się przejechać na rowerze!? Kiedy dotarliśmy do takiego momentu drogi w którym prześwit naszej limuzyny wydawal sie o 1,5 metra za maly poprosiliśmy bardzo przyjaznych tubylców o przegarażowanie samochodu. Dzięki urokowi osobistemu Busha oraz umiejętnościom lingwistycznym Pawła wszytko poszło jak po maśle i godzinę później w pełni spakowani rozpoczeliśmy atak!

Jego przebieg możecie obejrzeć na fotkach. Osobiście myślalem, iż ze zmęczenia wyrzucę swój ekwipunek na pierwszym zakręcie, Bush przed zakrętem, ale mimo wszystko daliśmy radę.

Dzień NR 2

Nie kojarzę nawet kiedy zasnąłem, wydaje mi się, że nikt nie kojarzy, byliśmy padnięci. Nazajutrz powital Nas piękny słoneczny, dotkliwie mroźny, środowy poranek. Spalismy w opakowaniach, mając na stopach po kilka par skarpet. Mimo, iż Nasze wyposażenie posiadało najnowocześniejsze gadżety techniczne takie jak np „gotuje sie tylko 6min” lub „nasz welna produkowana jest z rasowych baranów”. Stopy miałem koloru śnieżno białego, a na dużym palcu mogła zawisnąć karteczka określająca datę zgonu, warunki totalnie prosektoryjne.

Kiedy wynużyłem się z namiotu nie mogłem sie nadziwić obrazkowi który ujrzałem, wielka piątka dla Ukrainy za zapierające dech w piersiach krajobrazy!
Paweł odpalił gaz, zmontował szybką szamkę, następnie wykonaliśmy jeszcze szybsze pakowanko oraz spontaniczny warsztat. Mianowicie dopasowanie rozstawu wiązań za pomocą łyzki stołowej. Dobrze zorganizowana wyprawa odznacza się wysoką kreatywnością..następnym razem na bank weźmiemy srubokręt..dopiero po upływie godzinie udalo sie ustawić porządane parametry, prawie dokładne.

Rzeczy skitraliśmy w lesie, choć pewnie pozostawienie rozlożonego namiotu nie wiązało by się z żadnymi przykrymi konsekwencjami. Na tej wysokości spotkanie turystów graniczyło z cudem, a przecież byliśmy tylko na 1200m n.p.m. Nigdy nie miałem przyjemności pojawić się po polskiej stronie karpat, ale z opowieści wielu zapalonych turystów slyszałem, że są niezwykle popularnie zatłaczane sandałami przez różnego rodzaju pielgrzymów. Ukraińska strona była pozbawiona tego typu „atrakcji”. Lokalne niedźwiedzie są pewnie zawiedzione faktem, że żaden turysta z centralnej polski nie dokarmia ich batonem o smaku kokosa (co może tłumaczyć dalekie migracje tych zwierząt), ale każdy medal ma dwie strony, mianowicie ciężko było również spotkać osobniki z członem „Gąsienica” w nazwisku i pazernym bloczkiem mandatowym w ręku..te osobniki również migrowały w poszukiwaniu batonów, tym razem kakaowych.

Sprzęt narciarski mocno dopięty do plecaków, 48 paskow ściska moją zapadnietą klatkę piersiową, wspomnienie „wspinaczki” dnia poprzedniego kosekwetnie zabija mój wrodzony „usmiech”, ale nie ma że boli, kije w dloń i napinamy w górę. Dojście do białego podłoża zajeło nam jakieś 15minut i od razu natrafiliśmy na bardzo „optymistyczny” fragment wycieczki, okazał się nim krzyż, solidnie wykrzywiony przez mala lawinkę, miejsce śmierci lub/oraz spoczynku ukraińskiego strzelca wyborowego (World War Two)…chwila kontemplacji myślowej, pamiątkowa fotka i wspinamy się dalej. Po przejściu przecinki leśnej znajdującej się nad sporym wąwozem na którego dnie płynął rześki potok, znaleźliśmy się na polanie z której można już było dostrzec cel dnia aktualnego, mianowicie szczyt Rebra 2001 m n.p.m.

Śnieg wyglądał jakby sią już zmęczył tym leżeniem na glebie, aczkolwiek na pierwszej poważnej ściance smakował profesjonalnie. Kiedy znaleźliśmy się na szczycie tej prawie pionowej ściany Naszym oczom ukazało się rozległe wypłaszczenie które znajdowało się centralnie pod szczytem. Na miejsce obiadu oraz siesty wybraliśmy zagłębienie pod kilku metrowym nawisem. Razem z Bushem byliśmy nieco spóźnieni w stosunku do Pawła i Tomka, więc przy „stole” zameldowaliśmy się jakieś 30 min później. Na tym etapie wydawało mi się, iż jest to kres moich sił. Jednocześnie nie spodziewałem się, że uda się dotrzeć do tego punktu, a w obrębie kilku km nie dostrzegłem żadnego orczyka..???

Na pierwsze danie zjedliśmy dziecięcą kaszkę o smaku brzoskwiniowym z dodatkiem czekolady energetycznej, na drugie danie również kaszkę, deser wyglądał podobnie. W sumie była tylko kaszka i soczyste wspomnienie schabowego z buraczkami.

Słońce paliło w japę więc trzeba było podnieść dupę i zasuwać dalej. Jako, iż podejscie zaśnieżoną stroną Rebry zajeło by pewnie kilka godzin wybraliśmy stronę nieco stromszą, jednak szybszą za sprawą pokrywającej jej trawy długowłosej, która wyglądała bardziej stabilnie.

W połowie drogi słonce znudziło się Naszą obecnością i leniwie zakryło się chmurami. Kiedy już dotarlismy na szczyt jedyną rzeczą jaką można było zobaczyć to włane buty. Mgła i chmury przykryły całą okolicę na tej wysokości. Nic nie szkodzi, adrenalina oraz satysfakcja sprawiały ciężką do opisania ekstazę. Żadna zła aura nie mogła popsuć nam humorów.

Na początku można było dostrzec gór na której przed wojną Polska wybudowała obserwatorium, działało zaledwie kilka lat. Później wpadł do nas Adolf i obserwatorium oraz te tereny przepadły..chyba na zawsze. Na szczycie Rebry znajdowały się jeszcze słupki graniczne które informowały, iż kiedyś była to Nasza ojczyzna.

Włożyliśmy platykowe sofixy, cykneliśmy kilka fotek dla dobrodusznych sponsorów i w końcu po 6 godzinach marszu staneliśmy na krawędzi Rebry. Cały zjazd trwał jakieś 30 min ale były to najbardziej soczyste minuty mojego życia..naprawdę było warto!

Na dole dopadł nas deszcz więc kiedy dotarliśmy do pola biwakowego nie mieliśmy już ani jednej suchej nitki na sobie..najbliższy kaloryfer znajdowaś sie w rumunii,ciężka rozkmina. Znajdowaliśmy się w bardzo niekomfortowej sytuacji, mimo zapewnień (kłamstw) producentów wszelkiego typu asortymentu odzieżowego, począwszy od ubrań, aż po namiot. Osobiście nie dawałem wiary, iż ów rzeczy odporne są na wodę, a w konsekwencji zimno, tym bardziej, że nieuchronnie zbliżała się noc, bardzo zimna noc. Może brzmi to jak biadolenie rozpuszczonego bananowego chłopca, ale w tamtym momencie nikomu nie było do śmiechu.

Kiedy znaleźliśmy się na miejscu pochowania naszego namiotu zapadła decyzja, że tę noc przekimamy w znajdującym się nieopodal szałasie pasterskim. Został on namierzony podczas zejścia do bazy. Po 10 minutach spaceru przywitaliśmy się z progami naszego hostelu .Warunki wewnątrz były surowe, ale przynajmniej żaden deszcz nie kapał nam na czapki, które w sumie zamieniły się w czepki kąpielowe. Po zrzuceniu mokrych betów rozlożyliśmy się na drewnianych pryczach i zrobiliśmy wypas jedzonko, które smakowało jak kolacja w pałacu prezydenckim IV RP. Po takim wysiłku nawet spleśniała podeszwa rybackiego gumiaka dysponowała by smakiem truskawek z bitą smietaną. Późzniej pamiętam, że przez chwile rozmawialiśmy, była godzina 18-19 ,następnie znlazłem się po tamtej stronie rzeczywistości. Nawet nie spodziewałem się, i chyba nie tylko ja, jak bardzo zmienią się Nasza aktualne realia następnego poranka..


Dzień NR 3

Całą noc brutalnie dmuchało przez szczeliny szałasu, prycze były akurat umiejscowione przy ścianach w tzw. epicentrum złych warunków atmo. Według mnie była to najgorsza noc jaką tam spędziliśmy, nie jestem w stanie obliczyć ile razy w ciągu tych kilku godzin się przebudziłem. Przed nadejściem brzasku Tomek postanowił rozpalić ogień w pobliskim szałasie technicznym który posiadał ogromną dziurę w dachu, a pod nią fachowe miejsce na palenisko. Nastał poranek i wtedy nie mogłem się nadziwić własnym patrząc przez własne oczy, przecierałem je intensywnie i nie wierzyłem w to co widzę. Nocą spadło jakieś 20 cm świeżego, białego śniegu, nówka, nie śmigana. Część ludzka zabrała się za montaż śniadania, inna część za osuszanie, a przede wszystkim pilnowanie, aby garderoba pozostawiona przy ogniu nie spłoneła. Niestety, łupem świetlistego płomienia padly dwie pary rękawiczek:]

Jak zwykle „bardzo szybko” się zebraliśmy. Wędzone rękawiczki założone na dłonie i marsz w górę. Zaczeliśmy się wspinać zaraz obok szałasu, wydawało się, że czeka Nas bardzo piękny dzień, ale niestety pięć minut później byliśmy zmuszeni zmienić zdanie. Pogoda diametralnie się zmieniła, czarne chmury zbliżały się jak zdeterminowany komornik po rentę zadłużonej emerytki. Plan dnia obejmował wejście na szczyt góry, właśnie, jakiej góry?! Nie pamiętam nazwy, ani ile mierzyła w metrach. Po dwóch godzinach wspinaczki stwierdziliśmy, że nie ma to chyba żadnego sensu, gdyż warunki nie pozwalają na osiągnięcie maksymalnej satysfakcji wizualnej jaką dała by piękna słoneczna pogoda. W tamtym momencie zapomnieliśmy jak błyskawicznie może zmienić się górski pejzarz pod względem atmosferycznym, jednak w sumie dobrze, że nie zaryzykowaliśmy ponieważ aura wcale nie musiała się zmienić i wtedy moglibysmy zostac w ciężkiej d..

Mimo, to bylismy już dosyć wysoko i zjazd wydawal się bardzo przyjemny. Zauważyliśmy również bardzo fajny przesmyk leśny, który aż prosił się o ładna linie. Długo się nie zastanawiając..klikklik i świeży powder wydobywał się spod ogonów naszych strzał. Był to chyba najzabawniejszy zjazd oraz najbardziej skomplikowany. Wszędzie leżały powalone drzewa, gałęzie i różne inne elementy które chciały powalić Nas na glebę. Ja zaliczyłem dwa drzewa, Tomek i Pawel chyba po jednym, ale Bush żadnej, urodził się w dzikim buszu więc wiedział jak poruszać się w tym terenie.

Później było już tylko śmieszniej. Dojechaliśmy do strumyka i tam rozłożyliśmy piknik w celu skonsumowania kolejnej kaszki. Gdy konwersowaliśmy podczas gotowania, zupełnie jak stare czeszki przy klepaniu knedli, stało się coś czego w żaden sposób nie da się racjonalnie wytlumaczyć. Mianowicie Tomasz Dębiec trzymając w ręku kubek pachnącej kawy nagle, jakby za sprawą jakiejś nadprzyrodzonej siły, wylał ją na siebie i plecak swojej Lubej. W przeciągu 0,03 sekundy spokój w tym bardzo spokojnym i cichym zakątku świata zaklócił, bezlitosny, śmiech trzech osób, który trwał nieco ponad 20 min. Szydercze docinki padały z każdej strony przez następne 58 godzin.Tomasz skrupulatnie zacierał ślady na plecaku..heh..do teraz pojawia się banan na mojej twarzy kiedy sobie przypomnę sposób w jaki to zrobił. Zbuntowany mięsień jego ręki chciał zrobić mu psikusa:)

Później musieliśmy jakoś przeskoczyć ten wartki strumień i nie zmoczyć się za bardzo. Wszytskim się udało..jakimś cudem:) Śmiejąc się i co krok przypominając Tomkowi o świeżym, kofeinowym, incydencie ruszyliśmy w górę. W miarę jak wychodziliśmy z wąwozu pogoda zaczynała się klarować, wyłaniając się z lasu poczuliśmy, po raz drugi tego dnia, ciepłe promienie słoneczne. Było naprawdę miszcz, czarne frachtowce zostały wyparte przez białe owce, mgła wyparowała w nieznane. Dzień wcześniej, idąc tą ścieżką śnieg sięgał nam ledwo po kostki, dzisiaj znajdował się na wysokość kolan. Podejście było bardzo strome, konkretnie dawało w kośc, ale wyobraźnia cały czas emitowała relację zjazdu, który miał odbyć się po zdobyciu tego wzniesienia, a była nim góra Szpyci 1864 m.n.p.m.
Po 50 minutach wspinaczki zostaliśmy sowicie wynagrodzeni. Za 1wsze miejsce był bombowy widok, 2gie msc gwarantowało bakalie zatopione w czekoladzie, miejsce 3cie 0.25 l zimnej wody ze strumyczka..i wszytko wygraliśmy egzekwo..olimpiada życia:]

Zjazd był niesamowity, po tej stronie pasma górskieo było chyba najwięcej śniegu. Znlazł się również nie lichy drop, który prawie wszyscy zaliczyli..oprócz mnie..nie trafiłem sobie, ale i tak kozacko się zjeżdżało, aż żal było opuszczać to piękne miejsce.

Wróciliśmy do szałasu, aby się posilić i spakować rzeczy. Śnieg przy kompleksie domków wsiąknął w ziemię tworząc niezłe bagno, stał się wspomnieniem. troszkę nam zajęło dotarcie do srebrnej limuzyny. Wcześniej musieliśmy poszukać nowej kładki ponieważ stan wody w rzece podniósł się dwukrotnie dzięki ekspresowym opadom i odwilży. Na miejscu pozostawienia samochodu czekała już starsza Pani, ktróa grzecznie oznajmiła, że trzeba uiścić oplatę parkingową. Po jej zapłaceniu udaliśmy się w poszukiwaniu wygodnego pensjonatu. W drodze mineliśmy się 0,5 mm z przechodniem który wyłonił się nie wiadomo skąd..chyba wylazł z czarnej dziury drogowej. Na całe szczęście miał szczęście tego wieczoru.

Kwaterka którą nam polecono przy lokalnym sklepie monopolowym była całkiem przytulna. Wewnątrz oczywiście spotkaliśmy ziomka który kiedyś dawno temu przeżył jakiś „ważny” epizod życiowy w polsce, a oprócz tego, epizod alkoholowy przy barze. Tak się rozgadał, że ciężko było typa powstrzymać.
Zasmakowaliśmy znakomitej kolacji, skaldającej się z miejscowych przysmaków do tego naturalnie piwko i można było udać się na spoczynek. Aha..wcześniej, rzecz jasna, prysznic, myśleliście, iż zapomnieliśmy o prysznicu, że lubimy zapach przepoconej pachy?! To był prysznic życia, po trzech dniach transformacji w lep na muchy w koncu nadeszło orzeźwienie i świeżość. Właczyliśmy, a następnie szybko wyłaczyliśmy śmiertlenie niebezpieczną dla życia farelkę i zasneliśmy w objęciach (kimałem z Bushem;). Natomiast rankiem planowaliśmy targnąś się na Howerlę 2058 m.n.p.m-Koronę Ukrainy..yeah!

Dzień NR 4

Spało się niesamowicie błogo w miętkim, normalnym, turbo-komfortowym lóżku. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Pozbieraliśmy bagaże, uregulowalismy rachunek za czynsz, który okazal się oczywiście nieco wyższy niż przypuszczaliśmy i opuściliśmy ciepłe gniazdko. Po zapakowaniu furacza trzeba było zmasakrować jakieś śniadanie. Tomasz wpadł na świetny pomysł by zakupić ukraińskie pierogi. Podczas wcześniejszych eskapad w te rejony zakosztował on tego smakołyku i „zapragnął” abyśmy również poczuli ten niepowtarzalny smak i aromat. Podjechaliśmy więc do centrum gdzie zaparkowaliśmy pod wielkim bilbordem który przedstawiał naczelnego gajowego ukrainy (znajdowal sie na 98,8% tablicach reklamowych w tym kraju). Pierogi były sprzedawane na targowisku które z lekka przypominało konkretny slums, wszędzie błoto, a w koło same drewniane budki, każda posklejana z miliona płyt różnego rodzaju oraz koloru. Tomek wiedziony swym niezawodnym instyktem podróżniczym przypomniał sobie w której barwnej budce można bylo zakupic szamę, a dokladniej która budka oferuje wersję lux. Po krótkiej konwersacji z miłą panią i zakontraktowaniu reklamówki pierogów, które swoją wielkością przypominały drożdżówki, a nie to do czego przyzwyczaiły nas babcie, mamy i panie przedszkolanki. W celu konsumpcji udaliśmy się na parking i pod czujnym okiem gajowego oraz jego narzeczonej rozpoczeliśmy sytą ucztę. Hitem w tym sąsiednim państwie są firmowe reklamówki, mianowicie jeżeli spacerujesz w ręku ze zwykłą przeźroczystą reklamówą z auchan lub innego lidla to jesteś w oczach tubylców Lamusem Roku. Tam liczy się wyłącznie silna marka, najlepiej ze złotym nadrukiem. Nam dostał się Hugo Boss, czarny ze złotymi inicjałami, niepowtarzalny design oraz mocna rączka sprawiły, iż od razu zyskaliśmy duży szacunek mieszkańców i znaczny repsekt oficerów mundurowych.

Te pierogi były takie tłuste, że prawie można było przez nie oglądać świat z drugiej strony, aczkolwiek fakt ten decydował o ich znakomitym smaku i wartości energetycznej. Dwie sztuki wystarczyły aby danego dnia nie myśleć już o żadnym innym posiłku. Syci, z bananami na facjatach wyruszyliśmy na spotkanie ze srogim strażnikiem parku narodowego. Liczyliśmy na to, że pan który nie wpuscił nas pierwszego dnia trochę zmięknie i pozwoli nam przejechać, ale się przeliczyliśmy. Koleszka miał chyba po raz kolejny „okres analny” i strasznie zaczął marudzić tak więc narta ziomuś! Byliśmy w kropce i musieliśmy przedyskutować co dalej. Opcje były dwie, atak na inną górkę lub powrót (o zgrozo!) do kraju!? Mimo, że nogi mocno przypominały nam o odpoczynku postanowiliśmy finalnie, iż się tak łatwo nie poddamy. Odnaleźliśmy na mapie drugi strzeżony wjazd do tego parku i udaliśmy się w tamtym kierunku. Popoludniu dotarliśmy na miejsce, okazało się, że pan nr 2 jest niesamowicie wyluzowany i w sumie nie przejmował się faktem i przyczyną naszej podróży. Zakupiliśmy „nieobowiązkowe”, pamiątkowe, bilety, szlaban w górę i jedziemy..100m dalej koniec jazdy, fura nie daje rady,droga okazała się ekstra wymagająca, znów potrzebny był wysoki prześwit. Na początku się wachaliśmy, ale jednak zdrowy rozsądek wygrał..i co dalej, non top jakies kłody pod nogami? Nagle zza zakrętu wylonił się śmieszny grubasek w swojej terenowej machinie marki Uaz. Do celu, czyli ostatnich domostw, wśród których miał znajdować się dom turysty, brakowało nam 6km. Na nogach nie da rady, tak więc poprosiliśmy grubaska aby nas podrzucił. Zgodził się, naturalnie odpłatnie. Gdy dotarliśmy do domniemanego domu turysty gdzie zaczynała się wspinaczka okazalo się, iż znowu doszło do nieporozumienia, nieporozumienia liczbowo-walutowo-przelicznikowego. Grubas dostał nasze ostatnie pieniądze które posiadaliśmy, głupkowato się uśmiechnął i odjechał..

Kilka chwil później okazało się rownież, że Bush nie da rady smignąć na szczyt ponieważ zaczął go atakować jakiś chytry wirus grypy. Dom turysty okazał się fikcją więc Marek musiał z buta pociągnąć do fury. Wysoka piątka, soczyste, męskie, pocałunki i moment rozstania, każdy poszedł w swoją stronę. Podejście bylo morderczo strome i wypompowało ze mnie resztki resztek sił. Po raz kolejny dotarliśmy do granicy śniegu rozbijając tam obóz. Wcześniej znaleźliśmy kompleks szałasów, ale większość tych chatek wypełniona była rozrzuconym gnojem, a w jednym ukrywał się prawdopodobnie jakiś recydywista uciekający przed służbami porządkowymi. Było to tylko przypuszczenia, rownie dobrze mógł być to zabójca Johna F. Kennediego lub Yeti, ewentualnie E.T.

Nasz ogromny namiot został postawiony na pagórku z którego roztaczał się widok na piękną dolinę. Ulożyliśmy się w kokonach i zapadliśmy w zimny sen..

Dzień NR 5

Sobotni poranek okazał się dla mnie najwiekszą traumą jaką przeżyłem podczas całego pobytu w dzikiej ukraińskiej puszczy. Miałem tak zmarznięte stopy, iż musiałem biegać jakieś 20 min wokół obozowiska aby wszystkie palce mogły poczuć się jak podczas ciepłego dnia na plaży w Dębkach. Po tej wymuszonej rozgrzewce oraz zjedzeniu śniadania i schowaniu rzeczy nam zbędnych, ruszyliśmy w stronę szczytu. Z perspektywy w której się znajdowaliśmy nie mogliśmy jeszcze dostrzec celu eskapady, mianowicie korony Karpat -> Howerla 2058 m.n.p.m.

Pogoda tego dnia była po prostu jak z bajki. Niebo praktycznie nie posiadało chmur, słoneczko przypiekało policzki, a mróz sprawiał, iż Nasze oddechy przypominały wyziewy typów z reklam gumy odświeżającej jamę ustną i coś tam jeszcze. Po 40 min wyszliśmy po raz kolejny z lasu i wtedy Naszym oczom ukazał się pierwszy zarys dużej góry. Wyglądała niebanalnie, z tamtego punktu widokowego byliśmy w stanie zobaczyć cały „chodnik” jaki prowadził na sam szczyt. Droga zapowiadała się zupełnie subtelnie ale jak się później okazało była o wiele dłuższa i trudniejsza. Wdrapywaliśmy się krok po kroku co chwila przystając i spoglądając ile za nami, a ile jeszcze przed. W połowie wspinaczki znajdował się bardzo elegancki żleb którym postanowiliśmy zjechać w drodze powrotnej. Po dwóch godzinach hardkorowego spaceru osiągnięta została wysokość 2058 metrów. Nie jestem w stanie opisać jakimi widokami mogliśmy się raczyć stojąc na dachu Ukrainy. Widzieliśmy Rosję, Rumunię oraz Polskę..a przynajmniej tak Nam się wydawało. Temperatura również była odpowiednio ostra więc po strzeleniu kilkunastu fot szybko założyliśmy narty i pognaliśmy w dól. Śnieg zaraz poniżej szczytu był bardzo twardy i mieszał się z lodem, jazda była średnio przyjemna, aczkolwiek kiedy dotarliśmy do wcześniej wspomnianego żlebu warunki zmieniły się diametralnie, oczywiście na plus. Puch był taki jaki powinien być zawsze, taki jaki powinni sprzedawać w każdym supermarkecie, po prostu ideał. Zjazd byl przekozacki, mimo, iż zajął nam tylko jakieś 20 min. Było już trochę po 12 kiedy wjechaliśmy do doliny, kilkadziesiąt min lekkiego trawersu i znaleźliśmy się w miejscu wczorajszego biwaku. Po uraczeniu się ciepłą herbatką którą musieliśmy przefiltrować, kilka razy, przez gazę medyczną ponieważ znajdowała się w niej tona igliwia oraz 0,5 tony innego syfu. Wodę czerpaliśmy z roztopionego śniegu, dlatego była ona niesamowicie energetyczna i smakowała jak szyszka. Obejrzeliśmy sobie fotki, kilka żartów, pożegnalne spojrzenie i ruszyliśmy w stronę samochodu. Do przejścia było jakieś 10km, z czego 4 km z górki, ale później, na moje nieszczęście, 6 km po prostym, więc mówię sobie relax, jednocześnie wyobrażam drogę krzyżową. Pierwsza część pokonałem w trzewikach narciarskich, później znalazłem buty które zostawiłem za hibernowane w krzakach. Marsz był na prawdę dyskomfortowy, a byliśmy zmuszeni do tego makabrycznego spaceru za sprawą grubaska od Uaza który oskubał nas z ostatnich miedziaków. Przez całą drogę wymyślałem najbardziej wysublimowane tortury którym poddał bym tego kierowcę..jęczał byś i piszczal byś!

Po dotarciu do gabloty, padłem trupem. Dopiero po”kilku”minutach zacząłem się ogarniać. Po spakowaniu gratów cykneliśmy ostatnie pamiątkowe zdjęcie i skierowaliśmy się w stronę domu. Naturalnie powrót nie mógł się obejść bez zasadzki. Problemem była zamknięta granica wiec skierowano nas na drugą która wyglądała bardzo kameralnie. Po 6 godzinach w kolejce, obejrzeniu 1 miliona ludzi mrówek, sprzeczce z ukraińską służbą celną w końcu udało nam się postawić nogę po polskiej stronie.

Była już niedziela,bardzo pozna noc,ewentualnie bardzo wczesny poranek. Eliminując wszystkie ograniczenia prędkości oraz zasady zdrowego rozsądku mkneliśmy do rodzinnych posiadłości. Po drodze musieliśmy jeszcze podrzucić ukraiński keczup Henrykowi. Biedak musiał wstać o 5 rano żeby go odebrać, ale mimo to jak zawsze na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Godziny mijały, a my zbliżaliśmy się coraz bardziej do szarej rzeczywistości. Odstawiliśmy Busha w grodzie Kraka, rzecz jasna, w kompletnym moro oraz kamizelce taktycznej, w której udał się szturmować dworzec główny. Następny przystanek w domu Tomka gdzie zostaliśmy ugoszczeni pysznym żurkiem i jeszcze pyszniejszym ciastem..za co dziękujemy teściowej oraz małżonce Tomasza!

Kiedy już znaleźliśmy się w Bielsku, prawie u celu, okazało się, że musimy jeszcze poczekać całe 30 min na skrzyżowaniu, ponieważ ktoś zapragnął zorganizować rodzinny rajd rowerowy..również „dziękujemy!”

EPILOG

Myślę, że już wszystko co miałem do powiedzenia już napisałem. Podsumowując całą akcję: jeszcze nigdy nie przeżyłem czegoś tak fascynującego i kreatywnego. W górach można przejść samego siebie, wznieść się na wyżyny swoich możliwości, zarówno fizycznych jak i psychicznych, a przy tym porozkminiać życiowe rozterki na łonie przepięknej natury i świetnie się przy tym bawić. Ukraina jest niezwykle kontrastowym krajem, polecam!

Z tego miejsca chciałbym podziękować Markowi,Tomkowi i Pawłowi za to, iż wplatali mnie w tą przygodę oraz całej rodzinie która była niesamowicie „zachwycona” pomysłem wypadu na Ukrainę, ale wiem również, że wewnątrz gościła mnóstwo wsparcia:]

Dziękuję również G. za to, że trzymala kciuki!!!

Podziękowania dla sponsorow z to, że wydali trochę zielonych, aby zrealizować nasze kaprysy i zachcianki.

W głowach nowe wyzwania więc jeśli będziecie grzeczni cały rok to w następnym lipcu o tej samej porze przedstawię relację z kolejnej wyprawy..wysoka 5 dla wszystkich którzy postawnowili strawić ten aprofesjonalny artykuł!

Text: Piotr Pinkas

Foto: Tomasz Debiec oraz Piotr Pinkas

Wsparcie Techniczne: HUMANNATION UVEX VIKING DYNASTAR LANGE LOOK ATOMIC-NEWSCHOOL-TEAM FREESTYLE.PL TROTYL.PL


1 komentarz

Snowtropolis | Prawdziwa historia!

Seks i Zbrodnia vol.4 = Grande Finale

Materiał ten, niczym dobre wino z Toskańskich piwnic przeleżał cały rok na moim twardym (nie giętkim!) dysku. Z pewnością dojrzał dostatecznie, by się ukazać. Z pewnością Wy również jesteście dojrzalsi niż rok temu, można nawet użyć stwierdzenia, iż już jesteście na tyle dorośli by go zobaczyć.

Saga zatytułowana „Seks i Zbrodnia” powstała na potrzeby polskiego showbizu, gdyż jak wiadomo ostatnio rodzime produkcje, te nagie i te ubierane i te taneczne złapały niezłą zadyszkę. Zleceniodawca chciał pozostać anonimowy, jednak możemy zdradzić, iż co niedzielę chadzacie się modlić do jego przedsiębiorstwa i nie mówimy tutaj o galeriach handlowych.

Na początek zaprezentujemy materiał video, który powstał zupełnie przypadkowo, lecz na nieprzypadkowym kolosalnym kacu.

Kolejnym materiałem dowodowym będą te o to fotografie.
W rolach głównych: Marek, Basia, Paulina, Ciocia Żaba, Rafał i Piotr.

Wszyscy obecni i ćwiczący!

Ich Liebe Landshaft

Pozostawiam bez komentarza..

ML Bushman

Pozytywka Barbara

Ciocia Klocia

Sharkie Was There!

Za moment już nie będzie tak różowo..

Przepraszam, ale nie wkłada się palców między szczęki rekyna!

Oj tam, oj tam..

„Do wesela się zagoi!”

Jedziemy na narty, tak więc mamy W-Y-E-B-A-N-E na WSZYSTKO!

Dojeżdżamy – Marek Szczytuje!!!

W tym miejscu powinno znajdować się kolejne videłko z najgrubszymi ewolucjami narciarskimi jakie do tej pory mogliście zobaczyć, ale niestety jestem leniwy i jeszcze nie złożyłem, tak więc zapraszam ponownie za jakiś czas..

Seks i Zbrodnia vol.3 = 31.07-1.08.07.2K10

Obóz treningowy nr 3. Kontrastując do poprzednich zgrupowań ten miał charakter mocno rozrywkowy. Rozrywka ów, przejawiała się w godzinach „nocnych” i „wczesno porannych”. Jeżeli chodzi o charakter „rozrywek”, to bardzo łatwo możecie się domyślić, w skrócie- „K*rwy, Konserwy, Muzyka Bez Przerwy!”

Mam dzisiaj lekkiego kaca, tak więc nie będę się rozpisywał. Polecimy na szybkości:

- Maciek otrzymał nowe przydomek. Od dziś możecie wołać na niego „Maciek Pada” (i nie chodzi tutaj o zdolność melanżową!)
– Gotujący Chopak jak zwykle serwował nam przysmaki z gryla. Bushman Po Prostu Gotuj!!!
– Moja Wakacyjna Dziewczyna się tym razem nie zjawiła?!
– Przepraszam, że wkładam rzeczy do nie swojego wózka będąc na zakupach w markecie!
– Zwierzak ma tłusty tyłek od grania na PS i jest nowym wielbicielem porno w naszej kameralnej ekipce.
– Leszczu się chyba przeraził naszym biwakowym – softhomo – zachowaniem?!
– Set-up w lodóweczce był bardzo przyjemny, pogoda na zewnątrz optymalna, Lajon, jak zwykle, na pełnym komforcie!
– To nie moja wina, że zwiedziliśmy NRDowski i Polski Zgorzelec. Jak się okazało ostatnio, niestety, była to ostatnia okazja. Na kolana i buziak w kolano..menty!

Wideło Weryfikacja
Sami obczajcie jakie fajne z nas chopaki!

Okiem Rybiego

Zbok..

Bez Gryla???

Cebula z rana jak smetana..

Mieszka Tu Jakiś Cwaniak?!

Trochę później wali z japy, ale ciężko się pochamować mając takie słodycze wokół siebie..

Poczytaj mi Tato..Sex & Crime..

Prawie jak gryl..

Kempink..

Ręczny leci..

JuHu..Double Ręczny..

Troszkę intymności w czasie kiedy chłopcy szlifują swoje skilsy wewnątrz..

A..takie tam naklejeczki..

Maciek!..PADA!!!

Niezły Czosnek..boshe!?

„Nie będę pisał „LOVE” na murach..blablablatralala”

Projekcja „The A Team-The Movie” – oglądaliśmy do momentu, w którym skończyła się wóda. Później nikt już nie miał wystarczającej wrażliwości psychicznej by ścisnąć to ścierwo..




Bo Pić To Trzeba..


To w środku to niezły „kat”..

Śniadanieobiadkolacja..GRYL!

Nie posmarkaj się Synek..!

KKMBP! i Maciek! PADA!!!

One Love – SOKOŁÓW

Gotujący Przystojniak..Mmmmm..ślinka cieknie na samo wspomnienie:*

„Wypierd.. z tym bufetem!”

Czosnek Powraca 2

Gogel Erf

Biwak jest jak Wojna – nie powalczysz bez osprzętu..

SoftHomo Team (w tle widzimy Lajona)

A na S&C vol.4 jedziemy busem. Finał wakacyjnego biwakowania 2K10 już w ten weekend..jupi!

Seks i Zbrodnia vol.2 = 17-18.07.2K10

Mineło juz trochę czasu od drugiej edycji z serii „Sex & Crime„, która jest obchodzona w mieście Senftenberg, NRD.
Na ten trip zgłosiło się prawie milion ludzi!!! W trakcie losowania okazało się, że wiele „piłeczek” wypadło z maszyny losującej, jak zwykle zresztą. „U Nas w Katowicach”, takie „piłeczki” określane są terminem „Miękkie Prynty”, tak więc następnym razem, Miękki Pryncie, sprawdź swój kalendarz w Windowsie, a dopiero później obliguj się na wyjazd!;]
W piatek 16 lipca zostały ogłoszone oficjalne wyniki, do ścisłego finału weszły 2 osoby i organizator, czyli Bushman a.k.a Polski Trener Szwedzkiego Rekina i Zosia ZOA G dziewczyna promująca swój pseudonim na Google Maps. Skromnie, aczkolwiek treściwie..

W drodze „tam” idelanie piękna pogoda, jak zwykle zresztą..

Pier…ciepłe kółko na niebie..

ŚniadanieObiadKolacja..GryL!

Mój Gotujacy Chopak..

Moja Wakacyjna Dziewczyna..

W drodzę po Perłę..

Ku**, Konserwy, Muzyka Bez Przerwy..

1wszy konflikt Gotującego Chopaka i Wakacyjnej Dziewczyny..
Cukinia czy Batat ?!?

Takie kasy wyzwalają bardzo wysokie mniemanie o własnej osobie podczas własnej ciąży..widzieliśmy naocznie jeden przykład..epic!

Sexy As Allways

Komercyjnie As Allways..ale na prawdę działa pytkę! w

Ambasador Freestyle.pl

Powierzchnia reklamowa w Snowtropolis jest już zapełniona w 99% tymi logosami..yeah for it!;]

Meet „Wieśniara”..

Słaby Mezalians..

W końcu zostali „wyłącznie” przyjaciółmi. Tak, też w życiu bywa, jak zwykle zresztą..

A o to specjalna, bonusowa, zajaweczka Sex & Crime vol.3..oj będzie się działo!

Seks i Zbrodnia vol.1 = 3-4.07.2K10

Kolejne wakcja zaowocowały kolejnym wojażem w dobrze znaną i wielbioną miejscóweczkę, potocznie nazywaną, Snowtropolis. Osobiście zrobiłem sobie roczną przerwę, jeśli chodzi o korzystanie z tegóż ośrodka przygotowań „olimpijskich”. Wielu działaczy oraz sam Trener mieli do mnie dużo żalu z tego powodu, aczkolwiek nie zostałem wydalony z kadry Polskiego Związku Nietykalnych, oraz programu przygtowań do upragnionego występu na U-Rurce podczas nadchodzącej, ogromnymi komercyjnymi, krokami olimpiady w sportach zimowych…uff, jakież szczęście!
Sama lodówka przeszła wielomiesięczną renowację kosmetyczno-konserwującą, a efekty prac są jak zwykle..słabo widoczne. Podczas długotrwałego reaserchu informacji typu „czy będą stały jakieś przeszkody?” zostaliśmy zapewnieni!, iż będzie full opcja na pełnym gwizdku. Jak się okazało na miejscu, ktoś brzydko skłamał. Jak się okazało później, kłamie on notorycznie wielu potencjalnych użytkowników tej wspaniałej chłodni, ale wszystko po kolei..

Podróż odbyła się w wyśmienitym gronie. Starzy wyjadacze, którzy już nie raz połamali zęby na rurkach, boxach, melanżach i podczas szerzenia szeroko-pojętego chaosu na forach internetowyh oraz społecznościówkach.
– Rafał Ramatowski, Ramat, król tureckiego wybrzeża..
– Marek L., Bushman, książę bielskiej sceny rozrywkowej..
– Szymon Brzozowski, Zwierzak, człowiek meduza z ciemnej otchłani Rybarzowic..
– Błażej Wiencek, ten co mieszka w carnej d.. zwanej dalej Grodziec..

Bielskie realia..

Rozpoczynamy od serwisu machiny – jedna opona nacięta, w drugiej przetarty bieżnik, na szybach plamy dziwnego pochodzenia, klimatyzacja miała focha!? Słowem: wtf, kto podbił przegląd?

Na razie jeszcze zajawa, ale 40 stopni i pięć spoconych, męskich ciał to nie lada wyzwanie..

Fura, skóra, menopauza i gruby tynk na japie..

Pan Pilot i Pan Pilot

Bez Komentarza!

Don’t ask..!

Gdzie się podziały Szwedzkie Blondyny?!

Generalnie 5 milionów postojów. Za każdym razem „ubikacja” była wyłącznie pretekstem..

Rekreacja..


Są Wakacjeeeee..!

No ale bez przesady Synki!!!

Kto ma ochotę na prenumeratę?

Tam Gdzie Nie Można Się Odlać!

Ależ mnie się nie chciało rozkładać tego wig-wama..

Moving Picture – Sex & Crime

Stołówka otwarta od 12.30 do 13.00..i ani minuty dłużej!

The Main Meal..

Seks i Zbrodnia in Real Mode



Nocą „trochę” dłużej..

Wakacyjne zajawki..

GOL!

Kilka fotek akcji, które zostały pstryknięte przez Artura – Artified.de









Podczas drogi powrotnej uderzyliśmy na wybory prezydenckie – II Tura Jarek vs Bronek




Sharkie Was There!

..a na Płytach Adolfa zgubiliśmy tylną blachę. Upór i łzy spadkobiercy machiny dały efekt, po 50 dodatkowych kilometrach!?

Najbliższy wyjazd 17-18 – trój osobowy – Bush i Zosia i Peter Perfect..stay tuned!

KrisKamp vol.2-Where is Kris 17-20.09.2008
Witam po raz kolejny będziecie miały, drogie dzieci, przyjemnośc przeczytać facsynującą nowelę przygodową z doborową obsadą. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, iż ten wyjazd był niezwykle szczodry, mianowicie, nie popsuliśmy żadnego sprzętu RTV oraz AGD, wszystkie gadżety narciarskie oraz jednonarciarskie wyszły z tej potyczki bez szwanku i nikt nie musiał cegłować się z szybą. Następnie wymienie sytuacje które wzbudziły nasze lub obce wzburzenie:

1. Rene nie poznał Krisa.

2. Kris nie poznał Rene’go.

3. Pan z recepcji znowu poddenerwowany.

4. Rosyjski Aeroflot.

5. Węgierski Gulasz Ski Team.

6. 3 stopnie celsjusza nocą.

7. Potrącenie Niemieckiego Karola przez Wojara.

8. Philu musisz sobie nowe narty kupić.

9. Chińczyk rowerzysta z pedałkowatym uśmieszkiem.

10. Niemcy nas nie lubią, wcale!

Powracając do historii. Chwile temu zastanawiałem się ile razy można napisać opowiadanie o tym samym miejscu i praktycznie z tymi samymi osobami w tle..no ile..1,2,3,4,5,6,7,8,9,0? Ja juz mam na koncie 4 i 5 własnie produkuję. Hmm..nie chce mi sie trochę, ale zrobię to dla was, bo wiem, że i tak tego nie skomentujecie [klawiatury wam odłączyli,rodzice?;]

Jazda LA-Senftenberg odbyła się beż żadnych konkretnych zakłoceń, może tylko irytował nas pewien raper o francuskich korzeniach który podążał w ślad za czerwoną mazdą w jednookiej skodzie.Gdy już zjawiliśmy się na dobrze znanym biwaku, okazało się, że jest czysto, a przecież w zeszłym tygodniu odbył się RiskCamp. osobiście byłem w ciężkim szoku, tak jakby wogóle się nie odbył. Pamiętam, że po poprzednie edycji brodziliśmy w śmieciach i odpadach które sięgały po kolana. Na hali niestety również czystki, rosyjska ekipa skoczków akrobatycznuch (Aeroflot) zniwelowała nasz niecny plan i w konsekwencji zabrali prawie wszystkie przeszkody z hali. Całe szczęście, że polak potrafi, trochę pokombinowaliśmy, troche szufelkowania było no i stanął rail i później drugi rail, a jeszcze później niemiachy dołożyły pikniki. Bardzo fajnie prezentowała się chopa i tutaj duże brawa dla Aeroflotu, ponieważ codziennie ją szejpowali rankiem. Natomiast koło 15 przenosili się do jeziora by tam w towarzystwie 8 oficjeli oddać swoje artstyczne skoki.

Dni mijały spontanicznie, do 15tej włączaliśmy opcje „Co tu robić” a poźniej ładowaliśmy się do lodówki na kilka gdzoin. Wieczorkiem oczywiście prywatka na której dyskutowane były bardzo ważne tematy np. czy Rene odbył stosunek seksualny za wielką wodą? Jakby to powiedzieć, odpowiedź była niejasna, była bardzo zawiła, wręcz mglista, może przytoczę staropolskie powiedzenie-„Koń nie wierzba, sam się nie zwali”.

Trenując intensywnie(przed najważniejszymi imprezami sezonu)w naszym małym, niemieckim ośrodku doszły nas słuchy,że gdzieś,coś się dzieje. Wpierw znikła ciężarówka śniegu,następnie wczesnym rankiem tir wyładowany po brzegi białym powderem. Podążąjąc za tymi dziwnymi zjawiskami udało nam się dojść do pewnych konkluzji, mianowicie w eNRDowskim Zgorzelcu miał odbyć się jakiś Jam śnieżny. Szybko obgadaliśmy temat, stwierdzając, iż skoro tir śniegu tam pojechał to będzie kosmos jeśli chodzi o setup i wszystko inne. Życie po raz kolejny nas wyjaśniło, kiedy się zjawiliśmy na msc ujrzeliśmy 4 przeszkody, tira nie było,ale wszystko wydawało się rozsądnie ustawione. Spędziliśmy tam jakieś 4h, niemcy na początku przyjaźnie z nami koncertowali na przeszkodach, jednak po kilku chwilach zosatliśmy sami na placu boju. Chyba dlatego, że Wojar potrącił gremańskiego Karola na jendej narcie.

Tak właśnie wyglądały tegoroczne treningi w Senftenbergu, w tym roku już tam nie jedziemy bo pizga jak 150 ale z a rok pewnie znowu odwiedzimy to urocze miejsce..do zobaczenia Senftenberg, do zobaczenia Łysy!

Aha..a rene w końcu wyjaśnił mi mój sens życia, mianowicie, jeżeli nadal nie będę trenował od 7 rano do 21 to całe życie będę średni! (wyciągnijcie sobie z jego słów wnioski, dla siebie..średniaki!)


..i na kanale yotube!
..może więcej fotek ukaże się niebawem na pnk.ownlog.com




























KrisKamp vol.1 22-24.08.2008

Nadszedł ten wspaniały wakacyjny moment, kiedy trzeba było podjąć niezwykle poważne decyzje odnośnie odwiedzin w Snowtropolis. Po ubiegłorocznych przygodach nikt nie miał wątpliwości, iż tym kolejnym razem wypad do miasta Senftenberg będzie owocny we wszelkiego rodzaju dziwne historie, te mega nadzwyczajne oraz te najbardziej zwyczajne.
Powinienem zacząć od początku czyli pakowanie,zbiórka ludzi i masa problemów w trasie, ale historia tegorocznego, 1wszego wypadu, może być opowiedziana od środka, od 3/4 lub od..końca.Tak więc zapraszam na debiut odwróconej powieści krótkometrażowej..

Niedziela, godzina 16.30 czasu lokalnego.Wszystko już spakowane i gotowe do podróży.Załoga czerwonej mazdy- Marcela, Twoja Stara oraz Krzyś- gotowa do długiej heroicznej drogi. Wszystkie skoczki zniecierpliwione,ale w całości, jednak ostatnia persona posiada krwawiącą lewą dłoń. Zapewne szanowna publiczność jest ciekawa dlaczego? Żeńskiej części podpowiadam od razu, iż Krzysiu nie dostał okresu kończynowego, co to to nie, moje drogie Panie. Młodzieniec po prostu nie wypełnił wcześniej otrzymanych zaleceń starszego kolegi. Wraz ze swoim mentorem, a zarazem kuzynem, Twoją Starą wybrali się na basen. Wcześniej osoby te musiały wyciągnąć swój ekwipunek, hydroniezbędnik, mówiąc krótko różne dmuchane gadżety. Krzyś otrzymał klucze i miał uważać, aby nie zostały wewnątrz samochodu?!3 min później jego mimika twarzy powiedziała mi wszystko zanim jeszcze otworzyły się jego usta. Niestety relaksacyjny optymizm minął, pojawiła się niepewność i złe samopoczucie, a bardzo brzydkie słowo które Krzyś wymawiał kilkadziesiąt razy na minutę podczas całego pobytu zamieniło się w czynny, analogiczny tryb działania. Młodzieniec otrzymał soczystą, białą cegłę i w końcu mogł sobie wyj…!

Co zresztą prezentuje ten oto materiał filmowy. (Operator kamery-Maru)

Ten dzień, jak każdy ostatni w hali, był lekko zamulony. Większość rozmyślała o drodze powrotnej, niektórzy mocno zdziwili się, iż muszą odjechać tak szybko, jeszcze inni rozwijali swoją odkrytą pasję freeskiingową, nieliczni rozkminiali jakieś dziwne handplanty na mikro wyboju, łysy marzył zdrowych chłopcach, ćpuny zdezerterowały, a Kris nadal przebywał u swojej siostry. Niedziela w hali właśnie tak wygląda, super z dupy. Wydaje mi się, że duży wpływ na ten fakt ma psychologia, mimo, iż prawdopodobnie jestem najmądrzejszym człowiekiem w Polsce to nie będę się zagłębiał w ten wątek..hehe:)
Przejdźmy lub wróćmy do niedzielnego poranka. Najgorsze „dzień dobry” jakie pamiętam, zimno mokro i Krzyś śpiący zaraz obok mnie, czy może wygenerować się coś bardziej paskudnego? Pewnie, że może, jak się wykluje to dam znać. Całe szczęście, że wieczorem zaufałem przepowiedni meteorologicznej Grześka. Cerat miał niesamowitego nosa do pogody.Trzy tygodnie obserwacji lokalnych zachowań klimatycznych dały piorunujące efekty.Jeżeli świeciła mega lampa a Gzesiu mówił, że będzie wieczorem padał i wiało to z całą pewnością tak będzie i niestety było. Pogoda była na mega wypasie wtedy kiedy my byliśmy akurat w hali, poza nią wicher i deszcz. Całe szczęście, że namiot nie dał dupy, trochę się gimnastykował na wietrze, ale jeśli chodzi o wodoodporność zachowywał właściwości pampersa.
Późnym wieczorem wszyscy spali, tyle pamiętam, znaczy się byłem w fazie REM i tak mi sie wydaje, że wszyscy mieli REM odpalone..Marcela wyobrażała sobie Japonię, T. Stara dręczył się popsutymi nartami, Krzyś miał wyj… na fazę REM, Wojar śnił o „aktorkach”, Grafo pstrykał foty swojego snu, Bartek i Rafał nadal nie potrafili pojąć jak można wydać 1 milion euro na narkotyki, a co działo się w umysłach „ćpunów”..hmm..na bank był gibon i żal, że Kris odjechał, ale poza tym moja wyobraźnia nie potrafi rozszyfrować tej tajemniczej zagadki.
Za nim rozpocznę kolejny rozdział muszę zaznaczyć, iż zwrot „ćpuny” nie jest zwrotem niepoprawnie-chamskim, na miejscu był używany permanentnie i w formie zabawowej, nikt nie miał nic złego na myśli, nikt nie chciał nikogo urazić, po prostu była to pierwsza myśl jaka wpadła do naszych umysłów po ujrzeniu tego obłędnego wzroku, ale o tym w dalszej części.
Za nim jednak uderzyliśmy w kimono odbyła się wieczorna sesja na której głównymi i jedynymi aktorami były tzw „Ćpuny” czyli Crata i Rafał, mimo, iż nadal termin ten brzmi jakbym ich przeraźliwie obraził to naprawdę w realu brzmiało bardzo zabawnie.Wracając do tematu, chłopaki codziennie próbowały nas przekonać, na miliardy sposobów,iż tryb życia jaki prowadzili był wymuszony przez tamtejsze okoliczności, towarzystwo oraz wolne poniedziałki i wtorki. Główny argument brzmiał następująco „..no ale co tu robić?!?”, następnie naszym oczom ukazywały się emocje bezsilności ponieważ nikt nie mógł oprzeć się pokusie sprzedania drapieżnej riposty lub po prostu powstrzymać działkę wybuchowego śmiechu.Nie pamiętam kiedy ostatnio się tak sprośnie śmiałem, moje mięśnie twarzy wręcz błagały bym przestał i wszyscy przeżywali podobny stan..tylko nie Cerata i Rafał, oni zachowywali całkowitą powagę, jak dwa pomniki. Na początku nikt tego nie zauważył, jednak w pewnym momencie Wojar otworzył oczy i wskazał na tą dwójkę, gdyż nie mógł mówić, i wtedy już płakaliśmy ze śmiechu. Raczej nie poczujecie tego tak intensywnie jak nam było dane to przeżyć, ale to doświadczenie pokazało, iż na trzeźwo też się da (z małą pomocą „uzależnionych:).
Właśnie tej nocy powstała idea KrisKempu oraz praktycznie cały biznes plan którym prawdopodobnie posłużył się Kris.Imperium Krisa już za niedługo będzie większe od imperium Majkrosoftu, a sam Kris będzie rządził światem..zobaczycie!
W sobotę hali zmontowaliśmy małą sesję foto/video. Ogólnie jeździło się bardzo przyjemnie, siadły jakieś nowe triczki, odświeżyło się te starsze. Mnie osobiście trochę męczył kac, przyczyna wiadomo jaka, nie trudno się domyślić. Podczas konwersacji z Ćpunami,która już później zaczęła przypominać batalię słowną, wpadłem w wir browarkowy który zakończył się w momencie kiedy browarek przestał się lać, pusty żołądek należycie wszystko zmiksował i doprawił, a rano po przebudzeniu nie poczułem zasadniczej różnicy względem tego kiedy się położyłem. Wieloletnie doświadczenie sprawiło, że jakoś wybrnąłem z tej opresji, ale co wam będę opowiadał, też macie nałogi przecież..prawda?!
Piątkowy wieczór wyglądał podobnie jak sobotni, dużo śmiechu i dobrej zabawy, no i deszcz naturalnie, bez niego nie można się dobrze bawić. Rafał i Cerata rozpoczęli swój skecz trochę wcześniej niż w niedzielę (prawdę mówiąc, w niedzielę nie mogliśmy sie doczekać) i dali kilka bisów.Dla przykładu podaję dowcip o „Wielkiej Kuli Ibupromowej

Po latach spotkało sie trzech przyjaciół z LO. Chcac, nie chcąc rozmowa zeszła na teściowe.
– Ja – mówi ten z IVd który skonczyl medycyne – zalatwię gdzieś cyjanek i dodam ku*wie do kawy.
Ten po politechnice ( z IV c), zapodaje swój pomysł :
– Wezmę ku*wa pożyczkę, kupie starej pipie Renault Clio i przetnę przewody hamulcowe. Niech sie rozwali na drzewie,suka.
Gość z klasy sportowej, którego losy rzuciły na AR, mówi :
– A ja kupie dwadzieścia tabletek Ibupromu, wezmę to wszystko do gęby, przeżuje, zrobię z tego kule, wysuszę ja w mikrofali, i zostawię na stole w kuchni.
– Ale po co ? – pytają koledzy
– Wejdzie ta stara raszpla do kuchni, zobaczy kule i powie ” Ale wielka kula Ibupromowa”. A ja wtedy wypadną z łazienki i pierdolnę ja siekiera w plecy.

A teraz sobie wyobraźcie, że opowiada to Cerata który całe 3 tygodnie śmigał w hali i palił dziwne papierosy z kolegami.

Piątek w hali był chyba najlepszym dniem, euforia związana z postawieniem nart na „świeżym” śniegu, zimno, para leci z ust, orczyk, jib i spora hopa, miszczostwo! Szkoda, że kilk przeszkód ściągnięto, po tym dniu np. łamanego boksa..ehhh..ta enerdowska fantazja.Za nim jednak znaleźliśmy się na hali doszło do bardzo tragicznego incydentu. Po zaparkowaniu na biwaku i ujrzeniu dziwnych oczu które były zamontowane w głowie Ceraty, ale z całą pewnością nie fukcjonowały tak jak powinny i wybraniu msc na rozbicie namiotu, postanowiłem przeparkować furę. Wsiadam do wozu, palę silnik i patrzę, że biegnie Wojar i zabiera z maski czerwonej mazdy pasztet i kilka bułek, jego radośc z faktu, że zdążył, zdaje się wypełniać całe jego serce. Też się cieszyłem, że nie będzie musiał jeść bułek z pasztetem i kamieniami. Aby wykonać manewr zmiany lokalizacji parkingowej musiałem:

- cofnąć
– skręcić przednie koła w prawo
– ruszyć do przodu

Wykonuję więc te punkty idealnie, prawie jak na egzaminie, ale coś mi nie gra,przejechałem po czymś, myślę korzeń pewnie, przecież wszędzie w koło drzewa. Dojeżdżam,otwieram,zamykam dowiaduję się, że Pan Piotr Wojarski oparł swój plecak o przednie prawe koło, a w plecaku znajdował sie laptop, a na twardym dysku miał z 50 giga fajnych filmów „przyrodniczych”. Niestety nic nie obejrzymy, matryca odmówiła współpracy, manifestowała za pomocą tzw. pęknięcia…sory my freind!?
Aby choć trochę się usprawiedliwić podaje do wglądu materiał zdjęciowy.
Czasami gdy wypije się za dużo tego..

Dzieje się coś w tym stylu..a póżniej więcej uwagi poświęca się bułce z pasztetem, aniżeli laptokowi za kilka tysi..

Podróż jak podróż, beznamiętna. Przynajmniej od Zabrza gdzie się trochę pogubiłem, ale mimo wszystko warto mieć T. Starą na pokładzie gdyż zawsze jest on skłonny zasypać cię nowinkami technicznymi w stylu „jak to działa?”.
To tyle z mojej strony, poniżej prezentuję pełną prezentację foto oraz video które zmontowałem.
Dodam jeszcze tylko, iż już za niedługo pojaw się relacja z RisCampu opisana przez Ceratę (teraz już się nie wywiniesz,musisz napisać..ciśnijcie go!)

Oficjalne video KrisKamp 08 vol.1

*Jeśli chcecie się dowiedzieć jak wyglądały wycieczki na terenie hali podczas RiskCampu to zjarzyjcie na Elementary.ownlog.com

Zdjęcia dokumentalne Marceliny



Zdjęcia profeska (więcej cukierków na blogasku!) Grafa





























..i kilka moich fot PNK


























..info dla pływaków, mianowicie kąpaliście się w sadzawce. Obczajcie jakie tam jest jezioro!

SNOWTROPOLIS-Senftenberg 21-23.09.2007 ->
Ostatni Tegoroczny Wojaz

Kolejny miesiac,kolejny wypad w dobrze znane miejsce,sniegiem i zimnem sie charakteryzujace.
Tym razme pojechalismy z bardzo duzym opoznieniem ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo.Tym razem wyszlo,iz bylismy konkretnie wyspani,niestety byl jeden wyjatek,mianowicie Wojar.Chlopak mial bardzo duzo nauki i wedlug informacji ktore Nam dostarczyl spal w tym tygodniu tylko 7 godzin lacznie,tak wiec podczas podrozy mozna blo uderzyc kolege Piotra ostrym kamieniem w czolo a on i tak nie wykazalby zadnych symptomow reakcji,poprostu byl nieprzytomny jak mohery przed glosnikiem w godzinach szczytu podczas transmisji z samego piekla.
Czerwona rajdowka okazala sie bardzo laskawa i po 4,5 godziny szarzowania po polskich”autostradach”dotarlismy na wzniesienie biwakowe.Okazalo sie,iz jest to okres gogowy zoledzi.Charakteryzuje sie on tym,iz zoledzie,dojrzewaja plciowo cale lato aby miedzy 21 a 23 wrzesnia spasc na glebe i sie poruchac.Niektorzy odczuli to na placach poniewaz ich karimaty nie posiadaly mechanizmu antygodowego skierowanego w kochajace sie zoledzie.Na szczescie”kilka”osob bylo wyposazonych w matki(o ktorych juz nie raz wspominalem) ktore posiadaly ten cenny system obronny.Kilka innych osob spedzalo noce kimajac w ubikacjach lub pod prysznicami.Wedluch ich relacji,te luksusowe kwatery o galzurowatym podlozu,twardym oraz przerazliwie zimnym dysponowaly mikro grzejnikami ktore mialy zapewnic ciepla i higieniczna noc..hmm,sen polaczony z szumem wodospadu moze byc naprawde relaksujacym przezyciem.
Nie bede sie juz rozpisywal o wewnetrznym przezyciach lysego Pana z recepcji,gdyz jego emocje siegnely tym razem zenitu.Lekko sie wkurwil ale wzielismy poprawke na pochodzenie i liczbe obozowiczow.Tym razem zjawilo sie 20 osob.Taka liczna grupa generowala smieci z predkoscia malego miasteczka na wschodzie polski.Glownymi produktami ubocznymi bylo szklo i papir bletkowy ktory byl wydawany za pozwoleniem mgr Radka Czastka.
Pierwszego dnia mialo msc zdarzenie ktorego nie sposob tutaj pominac.Niestety nie bylismy swiadkami tejze dramatycznej historii.Aczkolwiek z opowiesci tubylcow wynikalo,iz pewna grupa chlopcow postawila na nogi jeden zastep policji,2 odzdzialy strazy pozarnej oraz jeden pojazd ambulatoryjny i obudzila prokuratora generalnego miasta senftenberg.Prowoderem tego zmaieszania byl oczywiscie osobnik posiadajacy obywatelstwo czysto polskie.Jego brawurowa jazda oraz kompletny brak umiejestnosci,male doswiadczenie za kolkiem,brak fantazji podczas driftu w zakrecie doprowadzily do prawdziwego nieszczescia ktorego ofiara padla betonowa donica niewinnie stojaca zaraz przy zakrecie ktory mial zostac poskromiony przez tego mlodocianego kierowce,Jakuuba D. ze slaska.Kolko zostalo rzucone,wachacz padl trupem a fura zaladowana na lawete,natomiast rodzice reaktywowali bilet miesieczny uprawniajacy do bezpiecznej jazdy MZK.
Na stoku jak na stoku,pelna napina,cisnienie i brak odpuszczania triku.Nie wazne,ze boli,najwazniejszy jest fakt,iz juz za moment rozpoczyna sie narodowy puchar freeskiingowy.Kazde zawody to medal,fanty oraz uscisk dloni waznej persony i najwazniejsze-RESPEKT,powtorze-RESPEKT srodowiska!
Tak wiec wsiadamy na przyrzady w silowniach i zapierd….”plecy same sie nie zrobia!”

Nastepny odwiedziny zimowej halii w NRD dopiero za rok,meldujemy sie bankowo!

SNOWTROPOLIS 29.08-02.09.2007 czyli..

-=COMACO? TOUR-ONLY FOR THE SEXY PEOPLE!=-

Kolejny epizod dobrze znanej historii z cyklu wydajemy hajs na zimna kokaine.Tym razem pojechala wieksza grupka super fajnej mlodziezy z poludnia,najladniejszy byl chyba Michas,chlopak mial takie powodzenie u miejscowych,ehh..ale o tym pozniej,zacznijmy od poczatku.

Start standardowo mocno opozniony,nie ma nawet o czym wspominac.Pozniej poscig prowadzony na polskiej autobanie,niebieskie autko gonilo autko czerwone.Final niebezpiecznego wyscigu mial miejsce we wroclawiu gdzie zostalismy rozbrojenii i odeskortowani az pod niemiecka granice i 50 km dalej.

Wjazd do miesciny Sentftenberg nie owocowal w jakies atrakcje.Miejscowa ludnosc powitala Nas zdecydowanie sceptycznie,chlodne spojrzenia,mamrotanie pod nosami,zacisniete piesci,normlana enerdowska”goscinnosc”.Nikt nie rzucal konfettii,horda kolorowych balonikow nie byla przeznaczona dla Nas,soltys,pan Uve Wurst nie ofiarowal Nam kluczy do bram miasta..trudno,nie zrazilismy sie!

Po wesjciu na hale lysy kolega kasjer zrobil dziwnie wykrzywiona mimike,prawdopodobnie orientujac sie,iz w tym tyg bedzie musial bardzo wolno i wyraznie konwersowac po angielsku oraz na migi.Wykupilismy karneciki,lokniecie przez szybe i tutaj prawdziwa niespodzianka,mianowicie siedem przeszkod jibbowyc oraz bardzo przyzwoita i wyjszepowana skocznie,optymalnie.

Pierwszy dzien na 200% zajawie,rozkminka nowych trikow,szlifowanie znanych,przypomnienie starszych,walka na sniezki,posiusiane spodnie oraz wielka niespodzianka w postaci dobrze znanej mordki Radka Cz. i znanej z dobrego wasidla mordki Siemanka.Chlopcy troszke sie spoznili ale jak dumnie chwalil sie Siemanko cala droge zamykal budzik w swoim bolidzie,nawet w germanskich wsiach,nie baczac na trzy fotoradary ktore wylegujac sie w sloneczku fotografowaly legendarnego czarnego wasa z polski.

Wieczorkiem gruby bal polaczony z grilowaniem.Gdzies kolo poznej godziny 23 wszyscy byli juz nieprzytomni ze zmeczenia i ssali swoje kciuki w namiotach.

Nastepnego ranka obudzilem sie o nieco freestylowej porze-6.00-hmm..i nudzilem sie okropnie,ogarnalem zgliszcza ktore pozostaly po nocnej debacie,wszamalem sniadanie,powkurwialem spiacego Radka,pozniej milo konwersowalismy o problemach ze snem,a pozniej jak juz wszyscy sie wygrzebali pojechalismy na poszukiwanie prawdziwego fussbalu.Niestety na miescie mieli tylko gumowe imitacje,coz niemiachy wygladaja,jak na moj gust,jak duze dzieciaki o wkurwionych minach,szczegolnie Ci”troszke”starsi.

W nastepnych dniach katowalismy wszystkie te dziwne drewniane i metalowe gadzety,noca rozkoszowalismy sie specjalami z grilla oraz zlotym trunkiem z butelek.W piatek Siemano oraz Czastek Nas opuscili..nigdy nie wybacze wam,ze nie przyszliscie po powrotnego buziaka,lobuzy!?

Pytanie:Siemanko,zauwazyles te trzy kolejne fotorerporterskieradary ktore czychaly na czarna,poprzeczna cipete nad Twoja warga..?

W tym samym momencie w ktorym S i R sie zawineli zawitali do hangaru Tomek M oraz Michal B.Rozkminilismy kilka dobrych gatunkowo trikow,poszly jakies foty i znow wieczorna wielka bomba imprezowa.Na Nasze nieszczescie zaczelo mocno srac deszczem wiec obylo sie bez zwyczajowej % integracji narodowej ale grill sie odbyl mimo wszystko.Jak juz sie wszystkim wydawalo,ze jest 2 lub nawet 3 rano okazalo sie,iz nie ma jeszcze cudownej 23 wiec poszlismy spac.

Sobota natomiast byal hitem hitow.Sparwca tego zjawiskowego motywu byl niemiecki fan Slayera,wyslany przez swych pracodawcow w celu poszerzenia Naszej wiedzy o obiektach campingowych oraz glownej misji czyli zawarcia stosunku fizycznego z Michasiem.Ulotki rozdane,Michas sie zbyt nie opieral,ales kla.Slayer byl bardzo upierdliwy ale w koncu po wysuszeniu swoich blond wloskow,zawieszeniu szalika,walnieciu resztek Naszego browara,wysluchaniu plyty metalowej oraz wizycie w rezydencji ekipy z walbrzycha dal sobie spokoj,rzucil dwa oczka na pozegnanie i ruszyl w droge powrotna do piekla.

Niedziel byla,jak to zazwyczaj bywa w niedziele,bardzo leniwa..pozbieralismy sie do 15 i ogien w kierunku kraju.Wczesniej nalezy wspomniec,iz Naszym zdolnym majsterkowiczom udalo sie rozboric mechanizm wozka z hipermarketu:

Cel: moneta o nominale 2 ojro
Czas wlamania: 3 godziny
Satysfakcja z wyjecia monety: bezcenna!
Kolejna misja przeszla do historii!

Chcialbym na zakonczenie przylaczyc sie do apelu ziomOw z Zielonej Gory ktory brzmi dosyc niebanalnie-„Wiecej imprez HipHopowych w Zielonej Gorze..cogdzieco..comaco?!-> POSLUCHAJCIE KONIECZNIE!

Filmiki i foty Piotra”WOJaR”WOJARSKIEGO zobaczycie tutaj-> klik!

Foto und Texto PnK


SNOWTROPOLIS 13-15.07.2007

Nadeszla pora letnia,zwolennicy slonecznych kapieli z duma smaza swoje nagie torsy na publicznych basenach.Niestety dla pasjonatow zimowych zajawek ta pora roku kojarzy sie z wielka posucha,ewentualnie z igielitowym szumem.Lodowce po raz kolejny daly za wygrana i sie potopily brutalnie.Jedyna alternatywa jest rzucenie sie w wir pracy,wyscig po szczeblach kariery,sprzedaz grzybow przy drodze szybkiego ruchu,osiedlowa silka..jednym slowem wszystko co przyspieszy bicie zegara w oczekiwaniu na soczysta polska zime.

Na szczescie cisnienie na jazde jest o wiele wieksze i nie pozwala zapominac o pasji.Idac z duchem tej prostej prawdy udalismy sie na spontaniczny weekend do niemickiego kurortu Senftenberg.Zabieralismy sie za ten trip jak przyslowiowy pies do jeza,ale w koncu udalo Nam sie zebrac wiekszosc i przeglosowac date wyjazdu.W piekny trzynasty poranek lipca uzbrojeni w paszporty,namioty,szminki i dlugie obcasy udalismy sie w kierunku niemieckiej autobany aby tam zakosztowac prawdziwej wakacyjnej przygody.

W sklad zespolu wszedl: Zwierzak-KurdeBalans Jr-Grafo-Wojar-Pnk.Do granicy dotarlismy po morderczej 4 godzinnej modlitwie o nieco bardziej komfortowe warunki.Prawdopodobnie 3 krotnie przekroczylismy mase dopuszczalna Naszego bolidu,nie mowiac o 5 kg butli butanu bez atestu oraz 20 GB nielegalnego porno-dokumentu na dysku laptopa nalezacego do Wojara.Niewinne usmiechy oraz zapewnienie,iz nie bedziemy dystrybuowac nagich filmow germanskiej mlodziezy sprawily,iz bez problemu wjechalismy do tej”lepszej”czesci europy.Przejechanie 60 km dzielacych nas od Snowtropolis zajelo nam godzine..?!Kiedy juz definitywnie dotarlismy na miejsce okazalo sie,iz bedziemy mieli przyjemnosc biwakowac zaraz obok Radka Czastkiewcza(tak,tego Radka Czastkiewicza),Zielonego oraz Zielonego Juniora.

Na poczatku bylismy nieco otepieni podroza ale szybko okazalo sie,ze wycieczka bedzie hitem.Goraco polecam to miejsce,jest wysmienite jesli chodzi o letnie przygotowania przed wszytkimi waznymi startami w freestaylowym pucharze swiata pod patronatem Ligi Polskich Rodzin.

Mysle,ze obrazki beda mowily same za siebie..jesli chodzi o warge Zwierzaka to zaatakowal go wielka zmutowana pszczola.

Natomiast namiot Zielonego Juniora zostal przeniesiony wprost z kolorowej kreskowki.Wymiarami przypominal pudelko od zapalek..jib!


Dodaj komentarz

Rumunia | Góry Fogarskie (Munţii Făgăra) | 2009

-=Rumunia-Góry Fogarskie (Munţii Făgăra)=-

Wstęp
Kolejna włóczęga przygodowa, kolejna porcja „orientalnych” multimediów okraszona komentarzem. Pomysł, aby owdiedzić Rumunię powstał już dwa lata temu. Kiedy już wszystko zostało dopięte na, prawie, ostatni guzik okazało się, iż rozkminiłem sobie rozpoczęcie sezonu rolkowego. Nie pamietam dokładnie, ale chyba jakieś max dwa tygodnie przed terminem zero. Niestety tego dnia słońce nie świeciło dla mnie, po 2h zabawy skręciłem sobie lewy staw skokowy. Oczywiście na początku wydawało mi się, iż po prostu jest to jakaś lekka kontuzja, wprawdzie opuchlizna była dobrze widoczna, towarzyszył subtelny ból, ale czego się nie robi, aby oszukać własną psychikę, szczególnie w takich momentach. Realia okazały się nieco bardziej bolesne, przez moją głupotę i brak wyobraźni cała wycieczka pozstała w kraju, a marzenia o zamku Drakuli tylko i wyłącznie w głowach niedoszłych uczestników.
Rok później poszedłem ponownie odświeżyć swoją zajawkę wrotkową, tym razem stłukłem dosyć poważnie nadgarstek pływając w pool’u. Gupota do kwadratu? Otóż tym razem nie! Korzystając z nabytego wcześniej doświadzenia założyłem rolki dopiero po powrocie z Rumunii.. (jednak pojechałem, z dosyć poważnie „pęknietym chlebem” – spełnione fantazje snowboardowe)
Wyjazd wydawał się na początku, jakoś mało realny. Ciężko było o jakiś konkret informacyjny, wiele ciekawych zagadnień pozostawało bez rozwiązania, ale to chyba po prostu była streskupa:p
Pojechaliśmy w 4 osoby: Tomasz Dębiec, Maciek Leszczyński, Szymon „Zwierzak” Brzozowski i ja. Mimo, iż jeszcze w grudniu zdeklarowało się jakieś 12 osób?! Mówiąc szczerze nie wyobrażełem sobie i nadal nie wyobrażam tylu osób jeśli chodzi o taką formę wyprawy, gorzej niż w Zakopcu podczas majówki. Szkoda, że Monia się poturbowała i szkoda, że Kubę zatrzymała edukacja, a Pawła kontuzja, nie wspominając o Marku który nie wiem o czym sobie myślał odmawiając sobie tej przyjemności. Na szczęście życie nie kończy się na kwietniu 2009..w przyszłym roku nie ma, że boli!

Dzień nr 1

Dzień pierwszy charakteryzował się tylko i wyłącznie przeglądaniem dostępnych czasopism, nadrabianiem zaległości literackich oraz obserwacją przewijającego się, za oknem samochodu, krajobrazu..
Rejon naszej eksploracji to Góry Fogarskie. Stanowią one najwyższe pasmo górskie odgraniczające Transylwanię od południa Karpat Południowych, a zarazem są najwyższymi górami Rumunii. Kilka szczytów przekracza wysokość 2500 m, a większość pozostałych 2400-2450 m n.p.m.

Jak można się łątwo domyślić wszystko zaczęło się na ojczystym gruncie..

Nielegalne oprogramowanie logistyczne zostało uzbrojone..

Ruszyliśmy w pełnym składzie z Krakowa. Później zerwał mi się film, nie pamiętam kiedy przejechaliśmy przez Słowację, ale ponoć bez szału jeśli chodzi o to państewko.
Świadomość powróciłą dopiero po zawitaniu na Węgry..

Pierwsze tankowanie, pierwsze kadry..

Pierwszy gulasz oraz nieodparte wrażenie, iż ten język jest bardzo intrygujący..

Po przestudiowaniu karty obiadowej wszyscy przyjęli „ładna minę do złej gry”..

..i, aby ukryć zażenowanie z powodu braków lingwistycznych większośc skierowała swoje zainteresowanie w obszary które są jej znane nieco bardziej..

Restauracja wydawała się bardzo elegancka. Jednak jak się okazało tylko na okładce..

Tak czy inaczej gulasz był na pełnym wypasie, napoje i narkotyki również..

I tak sobie jechaliśmy, wertując, czytając i piejąc nad wyższością naszej, pięknej polskiej rzeczywistości w porównaniu z rzeczywistością krajów które mijamy..

Ostatnia chwila by dowiedzieć się czegoś więcej na temat celu wyprawy..

Tak minął cały Boży dzień, aż w końcu dotarliśmy do długo oczekiwanej Rumunii.
Typek ze straży granicznej był zniesmaczony wiadomością, iż przyjechaliśmy, aby pospacerować sobie po górach. Zasugerował, aby skoncentrować się na lokalnych kobietach..może następnym razem..

Dzień nr 2

Ostatnia fota „Dnia nr 1″ przedstawia pokaźny market w którym można było się zaopatrzyć w rodzimye soki Tymbarka, oraz np. alkohol etylowy na którego etykiecie dumnie widniała cyfra 94%..do herbatki jak znalazł:]
Po wykonaniu niezbędnych zakupów spożywczych ruszyliśmy w dalszą drogę. Jeśli kogoś interesuje cennik, to wygląda on podobnie jak w poldonie, czasami jest nawet nieco wyższy..witamy w unii:/
Po kilkunastu kilometrach oraz odrzuceniu kilku ekskluzywnych restauracji drogowych dotarliśmy do tej która wyglądała na najbezpieczniejszą..i otwartą.
Po wejściu zostaliśmy dokładnie i bez żadnych skrupółów przeanalizowani przez lokalną gangsterkę. kelner przypominał cyrkowego wodzireaja, ale posiadał swój unikalny, fachowy styl. Ponoć zupka była pyszna, jak ona się nazywała..?
Tutaj znowu urywa się mój film, prowadziłem furgon przez prawie całą madziarską krainę. Opuszczając polski krajobraz żeganliśmy się na moment z widokiem między-sezonowym, mówiąc prościej, brudna zima przeistaczała się w niewinną wiosnę. Na węgrzech wiosna była już pełnoletnia, w Rumunii wręcz przechodziła menopauze. Nie była to moja pierwsza wizyta na węgrzech, aczkolwiek tym razem stwierdziłem, iż posiadanie obywatelstwa tego kraju oraz, jednocześnie, zajawki na śnieg może być przyczyną poważnej depresji..wszędzie jest płasko, nie przepadam.
Ponoć całą noc podróżowaliśmy poprzez rumuńskie miasta, wioski i wsie. Obudziłem się tylko raz, w momencie kiedy zaistniało ryzyko, że uderzymy w bok czarnej Łady która nie raczyła nas powiadomić o momencie zmiany kierunku jazdy.
Później już tylko migawki..pokonywanie 1000 km nie jest moim hobby i nigdy nim nie będzie.
W koncu dotarliśmy na miejsce, miejsce garażowe naszego pojazdu. Niestety trochę przesadziliśmy z prędkością i okazało się, iż o tej porze, możemy co najwyżej kontynuować nasz sen, co też uczyniliśmy.
Wstałem jak tylko pierwszy słoneczny promień przebił się przez zasieki skonstruowane z chmur i mgły. Cała reszta śniła jeszcze o swoich pierwszych dziewczynach..

Tak na prawdę nie miałem pojęcia gdzie jesteśmy i co to za zabudowania. Wykonałem mały rekonesans i okazało się, iż jest to jakiś hotel i jakaś kolej gondolowa. Chmury satcjonowały bardzo nisko tak więc niewiele było do podziwiania.

Po wykonaniu niezbędnych czynności BHP spotkałem się z resztą załogi, która pokazała mi bardzo ciekawy przykład na praktyczne wykorzystanie otaczającego krajobrazu..

Jak widać polska edycja „Gwiazdy Tańczą Na Łajnie” zyskała ogromną popularność również w krajach południowej Europy..

Później pojechaliśmy sprawdzić czy serpentyny drogi TransFogarskiej są przejezdne. Po 300m okazało się, iż nie ma na to szans..



To też wróciliśmy do poprzedniego punktu i zaczeliśmy pakunek naszych plecaków „małolitrażowych”. Trochę nam to zajeło, ale efekty przerosły, jak zwykle, najśmielsze tezy radzieckich inżynierów.

Czy warunki techniczne Dziennika Ustaw o Turystyce Wysokogórskiej dopuszczają taki brak wyobraźni..?

Z całą pewnością zakazują takich o to ekscentrycznych zachowań..

(..swoją drogą ciekawe gdzie zostało to „znalezione”..pedofil!?:)

Do pokonania mieliśmy według mapy i słupków informacyjnych jakieś 14 km. Biorąc pod uwagę fakt, iż każdy z nas niósł na plecach cieżar porównywalny do masy własnej statystycznej teściowej, nie było nam do śmiechu.
Już po kilkuset metrach mieliśmy serdecznie dość tego bagażu. Zawsze tak jest na początku, wszystkie te paski, sprzączki i inne pierdoły wkurw. oporowo. Później wiadoma sprawa, człowiek jest tak zmęczony, ze ma wyjeb. na wszystko. Tomek na dodatek dostał plecak w prezencie..hehe..darowanemu koniu nie patrzy sie w uzębienie, nieprawdaż?:>

Na tym początkowym etapie podjra zgasł. Z czasem było gorzej niż lepiej..a i tak gówno było widać?!

Wlekąc się zakrętami co rusz natykaliśmy się na jakieś dziwne ślady dużych łap które z pewnością nie zostały pozostawione przez okoliczne zajączki. Czasami można było napotkać jakąś niedojedzoną, ciężką do identyfikacji, padlinę. Droga na prawdę była sroga. Ciągneły się te serpentyny jakby prowadziły wprost do piekła. Co kilkaset metrów były poprzecinane śnieżnymi, tudzież kamiennymi lawinami.

Ten lokal nie nadawał się nawet na latrynę publiczną..

Twoja Stara jest Easy Go..!

W końcu, dotarliśmy do miejsca które mówiło, iż już można założyć foki. Tak więc Tomek i Zwierzak sobie założyli, natomiast Maciek i Piotrek „założyli”, iż bedą mieli teraz lekki brak przewagi. Jak wiadomo nie od dziś, jesteśmy bez motywacji, jeśli widzimy, że ktoś wyprzedza nas o kilkadziesiąt (set) metrów świetlnych..i to nie tyczy się tylko wycieczek!?!

Popatrzcie sobie uważnie na urządzenie które trzyma Tomasz. Nazywa się to Alpine Trekker, działa w pupę i mozna kupić to tutaj-> [Hiver.pl] ..przed sezonem na bank sobie takie sprawię!

Ha..okazało się, że teoria którą przedstawiłem powyżej nie sprawdza się zawsze. Ruszyliśmy wraz Maćkiem i naszą determinacją ostro do przodu. Do słupka który mówił nam, iż do góry jeszcze 7km tyrania, dotarlismy jako drużyna zwycięska..sukces był słodki jak golonka z bitą śmietaną!

Później okazało się, iż ta piękna okolica..



..będzie naszym nowym domem, toaletą i ogrodem przez najbliższe kilka dni. Po wytypowaniu ustronnego miejsca, przystąpiliśmy do obiadu.

Osobiście w tym momencie zniesmaczył mnie jeden, ewentualnie dwa, fakty. Mianowicie zastanawiałem się dlaczego w takim wspaniałym miejscu ktoś wybudował tę, nikomu niepotrzebną, krętą drogę oraz postawił te eleganckie słupy energetyczne..?

Zapewne na ten pomysł wpadł Wielki Komunistyczny Wódz na literę „Czał”, aczkolwiek trochę sobie skorzystaliśmy z jego zwariowanych budowli, ale to w kolejnych dniach tej fascynującej historii.

Po obiadku godzina była jeszcze bardzo młoda, a my nabraliśmy sił witalnych które trzeba było w jakiś sposób zamordować, gdyż ciężko na rześkości zasnąc w tych warunkach. Szybko narodził się plan zjazdu z pobliskiego zbocza.

Chmury i mgła nadal spowijały wszystko co znajdowało się nad nami, przed nami i za naszymi plecami. Po wdrapaniu się na zbocze próbowała nas chyba udusić..


Ciągle coś nam bzyczało nad głowami, nie mieliśmy za bardzo pojęcia co może wydawać takie dźwięki. Znaczy domyślaliśmy się, żeby nie wyjśc tutaj na całkowitych gupków, ale przez tą ścianę mgły ciężko było się ogarnąć. Mgła na chwilę ustąpiła, a obieky nad naszymi głowami pojawiły się tak niespodziewanie jak „Bolek” na zjeździe Libertasu..

Naszym śmiałką nie wystarczya jednokrotna próba. Mimo, iż warunki były dosyć mizerne na tej wysokości, Oni poszli zakosztować tej słodyczy raz jeszcze..

„Słuchaj Maniek, weź zasupełkuj te dziwne warkocze, zabierz w łapę te swoje śmieszne kredki i napinamy do góry!”

Następca Człowieka Żarówy w akcji…

Nagle mgła ustąpiła, a naszym oczą pokazał się piekny górzysty, energetyczny i serpentynowy krajobraz..

Emocjonalny terror..

Ciemność zbliżała się wielkim krokami, czas pakować się w kokony..

Ostatnia herbata tego dnia..

Dzień nr 3

Według mojego termometru biologicznego ta pierwsza noc spędzona pod „gołym niebem” była najzimniejsza, choć na Ukrainie przeżyliśmy większe hardkory, nie wspominając w jakich temperaturach „pracowała” ekipa która wybrała się pojeździć w okolice Borżawy. Tym razem mieliśmy dużego farta jeśli chodzi o ten aspekt.
Poranek powitał nas w sposób niezwykle gościnny, trochę czasu mineło, aby słońce zajrzało do naszej doliny, ale lepiej później niż wcale.

W końcu mogliśmy się przypatrzyć oldchoolowej gondolce. Wyjeżdżała tylko i wyłącznie wtedy kiedy zebrało się 10 śmiałków. Początkowo rozkminialiśmy jakieś dziwne manewry typu zejść do dolnej stacji (tam gdzie fura pozsotała) i wyjechać sobie, ale całe szczęście, iż nasz kolektyw działał według zasad strikte demokratycznych:]


Każdy poranek rozpoczynał się tradycyjnym parzeniem herbaty, później uroczysta szama, beznamietne mycie naczyń, pakowanie softwear’u, składanie i kitranie hardwear’u. Jeśli te wszytskie, dobre uczynki zostały odchaczone to mogliśmy ruszać w górę.

Jednym ze „sponsorów” tej wyprawy miał przyjemnośc zostać producent kaszek dla niemowląt. Generalnie bardzo smaczne i pożywne, aczkolwiek nie należy ich mieszać z suszonymi owocami, zaraz po zjedzeniu makaronu frutti di mare..ale otym później..hyhy:)

Zapomnaiłem dodać, iż uczestniczy tworzyli również swoje indywidualne tradycje. na przykład Człowiek Meduza vel Predator miał w zwyczaju znikać na kilka chwil wraz ze swoją komercyjną reklamówką. Twierdził, iż spaceruje ze względów sanitarnych, aczkolwiek kogo chciał zwieść tą tanią historią. Dobrze weidzieliśmy, iż ten synek koloportuje bibułę..!

Aby skitrać namiot i „teściowe” trzeba było przejść przez płytki, ale przerażająco zimny, rwący potok. Podczas całego wyjazdu prawie nikomu nie udało się wpaść..


Ostatnie spojrzenie na wycięte, dzień wcześniej, kreski..

Wspinaczka na ostatnią „półkę” doliny trwała jakieś 2h. Biegacze zazwyczaj docierali do celu nieco szybciej..


..jednak prawdziwi turyści pozostali wierni konserwtywnym sposobom teleportacji..

Po drodze można było podziwiać pieknie wypiętrzone, w sposób naturalny, „przeszkody”..

..oraz te które wypiętrzyły się nienaturalnie..

Na „szczycie” znajduje się jezioro Bâlea Lac, które mimo własnej woli, musiało połączyć się symbiotycznym związkiem z górną częścią kolejki, schroniskiem Bâlea Cascadă, hotelem, reastauracją i niestety usługą skuterową. W okolicy znajdował się również kilometrowy tunel, do którego prowadzi pierwsza częśc Trasy Transfogarskiej przecinającej masyw północy i południowy. Droga ta zimą jest totalnie zasypana, nikt nie dba o jej odśnieżanie, ponoć jest przejezdna dopiero w „okolicach” czerwca.
„Plotka” mówi również, iż gdzieś w okolicy jeziora swoją rezydencję, jedną z wielu, posiadał sam dyktator „Czau”.

Kiedy nasza skromna wprawa, w całości, docierałe w pobliże jeziora, zazwyczaj napotykała na zdziwione spojrzenia „turystów” którzy podziwiali naszą „wspinaczkę” z lotu ptaka, czyli z gondolki. Prawie każdego dnia zasiadaliśmy na tarasie, zamawialiśmy pyszne zupy, a Redaktor Dębiec, jako najstarszy stopniem, kupował złocistego Ciucia, którego przemianowaliśmy na Ćwoka. Jak nie trudno można się domyślić, Ćwok został jednym z głownych motywatorów pierwszej części wspinaczki na poszczególne szczyty:]
Okąd zaksoztowaliśmy tego złocistego likieru nasza przygoda nabrała zupełnie innej barwy, barwy szczęścia..

Lunch Time na wysokości 2030 m n.p.m…

Redaktor Dębiec wypatruje najśmielszej z linii..

..wzruszenie na twarzy spowodowane tęsknotą za ojcowizną..

Prócz wszystkich opcji gastronomicznych suszyliśmy w tym czasie garderobę, szczególnie jeśli ktoś zapomniał, iż w okresie od 1-3 maja nie zakupi w swoim ojczystym kraju żadnych butów o specyfice typowo górskiej..

Bacznie obserwowaliśmy ewolucje freestylowe..

..i co najważniejsze korzystaliśmy z humanitarnej toalety (za wyjątkiem Człowieka Meduzy, który załatwiał szambo podczas koloporterowania).
Jak już się napełniliśmy nasze żołądki i wybraliśmy koncepcję zjazdu następowała druga część programu, czyli wspinaczka na jeden z dostępnych szczytów. Tutaj nie było już przelewek, robiło się coraz stromiej, a pokrywa śnieżna z super miętkiej przeistaczała się super twardą skorupę..dobrze, że towarzyszyła nam przynajmniej, żółta lampka na nieboskłonie.
Tego dnia dogoniliśmy ekipę rumuńskiej młodzieży. Wśród tej grupy zapalonych poszukiwaczy przygód znajdowało się kilku chłopców i jedna dziewczynka. Za wyjątkiem jednej osoby wszyscy jakoś sobie tam radzili z praktycznym posługiwaniem się sprzętem narciarsko-snowboardowym. Po krótkiej sesji foto wyruszyli oni w sąsiadującą dolinę. Zjazd który zajął części lepie jeżdzącej jakieś 6 min, osobie która na nasze oko miała narty może 2gi raz w życiu na nogach, zajął ten dystans niebagatelne 30-40 min. Takiej skomplikwoanej linii zygzaków nie widzieliśmy od lat, kreatywność oraz skręty „przechodzone” wprawiły nas w nie małe osłupienie. Oczywiście jego „koledzy” byli zaabsorbowani wyłącznie sobą. Początkowo myśleliśmy, że wyjadą sobie z tej doliny jakimś szlakiem który prowadzi w dół, jak się później okazało nie było tam żadnego szlaku, ale o tym później..

Made it yeah!

Że so..?

Już z tej wysokości widoczki były zacne..


Większa Rozdzielczość


Na tym etapie jeden z uczestników stwierdził, iż możliwości techniczne jego zaplecza sprzętowego nie sprawdzą się w dalszej części podróży. Po pięknej autoprezentacji ruszył szaleńczym pędem po stromej ścianie w dół, aby z tamtej perspektywy podziwiać nasz bardziej profesjonalny zjazd;]


Większa Rozdzielczość

Natomiast nasz trójka ruszyła w stronę wymarzonego szczytu..

Ścieżka była na prawdę stroma i zdradliwa..


..aczkolwiek po drodze można było raczyć się pięknymi rzeźbami natury..



W końcu, po kilkudzięsięciu minutach cel Dnia 3 został osiągniety..

Nawet ja nie skrywałem pełnej radości..

Podstawowe czynności pordróżnika, zdobywcy szczytów..


Panoramen


Większa Rozdzielczość

Po kilku refleksyjnych momentach rozpoczeliśmy długo oczekiwany zjazd..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Dojeżdzając do jeziora stwierdziliśmy, iż warto było by się bliżej przyjrzeć konstrukcji betonowej która była wjazdem do tunelu prowadzącego do drugiej doliny, o którym wspominałem wcześniej. Z całą pewnością miała ona potencjał..


Większa Rozdzielczość



Spot wykorzystaliśmy na kilka sposobów..


Większa Rozdzielczość

Maciek..


Zwierzak zaprezentował jak ciasno czuje się korek w butelce wina..

Zbliżając się do jeziora nasze podniebienia zaczeło nękać pragienie..

Kiedy zostało zaspokojone ruszyliśmy do koszarów..


Większa Rozdzielczość

Szybka szama w postaci gulaszu z niedźwiedzia..

Spojrzenie w kierunku zachodzącego słońca..

Tutaj wracamy do momentu kiedy rumuńska młodzieżowka pojechała w dolinę. Około godziny 21wszej, kiedy już smacznie sobie spaliśmy, zbudziły nas dziwne odgłosy. Zaciekawiło nas kto może tak bezmyślnie wracać o tej, ciemnej już totalnie, porze nocy?!?
Heh..zgadliście. Gupota tych ludzi wprawiła nas w totalne osłupienie, większe niż w południe. Od naszgo obozu do dolnej stacji gondolki było 7 km. Trasa wiodła serpentynami, ale tam momentami było tak stromo i niebezpiecznie, że szok. A skąd wiedzieliśmy, iż byli to oni..oczywiście znajome zygzaki na śniegu. Doszliśmy, iż były to ostatnie, na długo, ślady tego wytrawnego narciarza, postawione w tak wysokich górach. Proponujemy również zweryfkiowanie listy znajomych..

Dzień nr 4

Poranek tego dnia był bardzo pochmurny i co wiązało się z tym jezdnoznacznie, troszkę zimniejszy niż wcześniejsze. Standardowa pobudka między 7mą, a 8smą rano. Po wyjściu z „przestronnego” apartamentu rozpoczynaliśmy od użyźnianie lokalnego trawnika za pomocą żółtego kwasu..i tutaj chyba wypadało by napisać, iż następnym krokiem było szczotkowanie uzębienia, ale ja osobiście umyłem moje gniazdo próchnicy zaledwie jeden raz podczas tej wyprawy. Reszta „kadry” chyba też zbyt często nie sięgała po szczoty, przynajmniej nikogo nie nakryłem. Życie na odludziu wypiera i grzebie na wieczne zapomnienia wszystkie te cywilizacyjne zwyczaje:]
Czy Twój denstysta ma świadomość, iż zaniedbujesz szczotkowanie podczas urlopu..? (niech każdy zada sobie to pytanie;)
Czwartek na starcie nie wprowadził nas w dobry nastrój, tak więc postanowiliśmy sami sobie go „ugotować”. Do śniadania zaprosiliśmy makaron oraz gigantyczną konserwę mięsną którą, w sposób heroiczny, przyniósł Zwierzak..a trochę sobie taka pucha waży.
Zaraz po pożarciu wielkiej bomby kalorycznej przystąpiliśmy do przygotowań przed kolejnym atakiem. Namiot i inne pierdoły poleciały za rzekę..

..”biegacze” wystrzelili z bloków startowych (szkoda, że nie widziałem tej piany na twarzy podczas finishu przy schronisku:p)

..a reszta, jak zwykle poszła piechotą

Wędróka przerywana była co jakiś czas, aby uzupełnić płyny..respekt za odwagę!

..i w końcu udało mi się odbić kadr w tych cudownych lustrach..japa!

Na wysokości górnej stacji poziom samozadowolenia rósł wprost proporcjonalnie do poziomu marzenia o zimnym Ćieciu..które można było zreazlizować do 10 minut od minięcia tej budwoli..

Po obiedzie nasza misja startowała w drugim etapie wspinaczki. Tą linię cechował jeszcze większy kont natarcia i jednocześnie spadek. Lodowe schodki mnożyły się niczym ilość łusek po serii z M-16. Po drodze można było się natknąć na bardzo optymalne tereny do budowy chopek..

Te akurat nie spełniały PZNowskich norm, jednak teren posiadał, bez wątpienia, spory potencjał..

null

Tutaj również nie było lekko, podstawa była niezwykle twarda, wiał wicher, ale jak zwykle daliśmy radę..

Jednak ja miałem jeszcze inną satysfakcję, gdyż w końcu, po wielu nie udanych próbach, udało mi se wyprzedzić tego typka na pierwszym planie..HaHaHe..

Oj tak..grymas na twarzy świadzczył o dotkliwej przegranej..

Tak! Tomasz Dębiec posiada nową, cyfrową lustrzankę. To nie były plotki..!

W końcu udało nam się wydarpać na samą górę. Respekt dla tego kolegi, gdyż jak się dowiedzieliśmy posiada on swego rodzaju lęki, które nie pomagają mu ogarnąć się na takich wysokościach oraz podczas podchodzenia pod brutalnie nachylone stromizmy. Dlatego zaraz jak zobaczył, że jest na szczycie to dla poprawy bezpieczeństwa zakotwiczył się o moje nogi..pussy!

Czy „psychiczne wycieńczenie” jest widoczne na tej twarzy? Ta twarz jest kwintesencją tego typu zmęczenia..

..minutka kontemplacji na łonie natury..chyba jeszcze nie wierzył w to czego dokonał?!?

W jego umyśle obraz falował..


W tym miejscu spędziliśmy trochę więcej czasu niż poprzedniego dnia w podobnych okolicznościach.

Czego się k.. gapisz?! :]

Ktoś zostawił ziemniaki na palniku..

Jednak w jaki sposób można było nasycić się takim nadzwyczajnym krajobrazem..?

Nadszedł moment zjazdu. Maciek pojechał na przetarcie szlaku, drugi w kolejności byłem ja, następnie Zwierz i na samym końcu Tomasz..każdy własną ścieżką..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Po drodze do schroniska zaliczyłem jeszcze drop’a z okolicznego kamienia którego wypatrzyłem podchodząc. Nie był to zbyt stylowy skok, trochę źle przygotowałem miejsce wybicia, ale było mineło, nauka została pobrana.


Większa Rozdzielczość

Dzień zakończył się niezwykle słonecznie, dlatego też musieliśmy uczcić ten fakt wypijając po jednym Ćieciu. Później, jak łatwo się domyślić, zjechaliśmy nową linią do naszego obozu. Jazda poprzez serpentyny była za każdym razem bardzo emocjonująca, możliwości manewru było mnóstwo.

Tak, w całej okazałości, prezentowała się dolina w której kimaliśmy..

Większa Rozdzielczość

Czwartek z pewnością był jednym z lepszych dni spędzonych pod rumuńskim niebem..

Czas kolacji okazał się niezwykle ekscytujący. Daniem dnia był makaron z owocami morza, czyli pięć konserw z różnymi ściśniętymi rybkami,a na desrekaszka + czekolada i suszone owoce. Zapamiętajcie sobie dokładnie te składniki i nigdy, pod żadnym pozorem ich nie miksujcie, powtarzam, nigdy!!!
Najpierw poszedł ten makaron, później kaszka..a co działo się trochę później..chyba nie jesteście sobie w stanie wyobraźić tych obrazków..mimo, iż każdy z was widział w swoim życiu sporo podobnych abstrakcji?!
Zaczęło się od mojego, lekkiego bólu brzucha. Później okazało się, iż Maciek spędził większość nocy na obowiązkowych ćwiczeniach BHP, wpadając przy okazji do zimnego strumyka..
Pasta Frutti Di Mare była bardzo pyszna, ale za ten przywilej zapłaciliśmy bardzo wysoką cenę..

Na razie jeszcze z uśmiechami na twarzy i pełnym zapasem papieru do d..

Każdy miał jakieś obowiązki..

Mniam..a później sram..

Czekoladowy deser na dobicie jelit..

Dzień nr 5

Koniec kolejnej, ciężkiej, nocy zwiastował początek kolejnego „monotonnego” dnia..”iść dzisiaj do „roboty”, czy wziąść lewe L4..? Codziennie zadawaliśmy sobie te, lub podobne pytania np „czemu Zwierzak musi zachowywać się jak Twoja Stara?”.
Herbata zapierd.. na palniku, przejeźdżający wagonik posyła nam swój wrogi cień, płynna pozostałośc po pasta Frutti Di Mare chce się jak najszybciej wydostać na wolność, majty gryzą niemiłosiernie, wyziew ustny woła o pomste do Najwyższych Zwierzchników Kościoła, ale trzeba rąbać do końca, norma musi zostać wyrobiona z nawiązką!

Jednak najpierw trzeba się porządnie wygrzać..

Ten Partyjny Kolega jest tego świadom..

Tego dnia atakowaliśmy zachodnią ścianę. Była ona niemiłosiernie pozastawiana metalaowymi zaporami przeciwlawinowymi. Niektóre z nich poczuły „subtelną’ moc tego niebezpiecznego zjawiska. Powyginane, wyrwane z fundamentów, zardzewiałe ze wstydu. Obszar ten wyglądał jak plaża podczas zdobywania Normandii w czasie drugiej wojny światowej, przynajmniej tak mi się skojarzył..tym razem żadnych strat w ludziach.


Pierwszy odpoczynek miał miejsce właśnie pod tymi płotakami..

Predator stanął na czatach..

Redaktor rozwinął sreberko..

„Szanuj „Sponsora” Swojego Jak Siebie Samego”

Strach się bać..

Po tym jak zaspokoiliśmy wszystkie pilne potrzeby gastro-fizjologiczne trzeba było ruszyć dalej. Idąc przez te „pole minowe” cały czas nękała mnie świadomość, iż te zapory są tu z jakiegoś powodu. Mimo, że chyba wszystkie lawiny które powinny zejść w tej okolicy, już dawno to uczyniły. Jakoś nie mogłem się powstrzymać od wyobrażenia, iż za moment jakaś kolejna porwie naszą, wspaniałą, czwórkę.

Nic takiego się nie stało i w rezultacie dotarliśmy prawie na samą górę. Można byó wyjść wyżej, aczkolwiek zjazd z tej górnej części byłby tylko dyskomfortową chwilą. Dlatego zdecydowaliśmy, iż uderzamy z tej wysokości.

Ach, jak słodko..

Wpierw poleciał Maciek, póżniej ja odpaliłem swoje turbiny..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Następnie wyszczeliła Zaczarowana Kredka..


Większa Rozdzielczość

Śnieg w tym rejonie był optymalny, niżej robiło się już znacznie miętko, a dzień był nad wyraz upalny, wręcz letni.

Tymczasem Demokratyczne Bombowce szturmowały Afganistan..

Fighter..

Większa Rozdzielczość

Po drodze z tego wzgórza można było zachaczyć o betonowe fundamenty zapór..gdzie podziały się zapory..”?” Były one dosyć małe, aczkolwiek niezwykle przyjemnym bonusem. Jednak prawdziwą wisieńką na torcie był drop z jednej ze ścian serpentyniady, drugi co do wysokości w okolicy. Lądowanie i odjazd były czyste, aczkolwiek z całą pewnością nie leżał tam styczniowy powder. Postanowiłem sprawdzić czy moje biedne, wysłużone, kolana podołają tej „przeszkodzie”. Najpierw z trochę niższa (jakieś 6,7, może 8m), skok, lot,odjechane, pełna satysfakcja.
Chopaki również poczuły klimat na dropy, tak więc spędziliśmy trochę czasu na uskoku położonym nieco niżej..

A jeśli przy lądowaniu połknę kijek..hmm?

Whatever..

Większa Rozdzielczość

Brudny, samotny, znudzony..

Indy..

Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Wykonując te średnio udane zdjęcia cały czas spoglądałem na zaatakowany wczesniej drop. Istniało tam miejsce, które na oko dawało 10-12 m lotu. Nie byłem pewien swojego szczęścia, ale postanowiłem spróbować..
Pierwsza próba niesutana, wyszczeliło nartę..
Druga próba prawie na plecy..
Trzecia bardzo elokwentnie odjechana..yeah!
Tutaj juz nie było, że boli, liczyło się tylko idealne trafienie w kąt..tym bardziej podjar i adrenalinka:]


Większa Rozdzielczość

To był dzień totalnego majsterkowania. Co „krok” znajdowaliśmy jakieś ciekawe miejsca..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Kierowaliśmy się w stronę restauracji, aby..Ciuć. Pogogda była z tych bardziej wykwintnych, słońce zamieniało okoliczny śnieg w H2O, niektóre osobniki budziły się ze snu zimowego..



Gdy kończyliśmy po drugiej butelce piwka nastała już, konkretna, popołudniowa godzina. Tygodniowe zmęczenie spotęgowało moc złocistego płynu, a jeszcze trzeba było zjechać do bazy..na moje nieszczęście..

Kevin Sam W Domu..

Troszkę się tam zasiedzieliśmy i niestety nie pojechaliśmy na kamień, szkoda, ale może innym razem będzie okazja.
Zjeżdżając postanowiliśmy wypróbować nową ścieżkę..hehe..niestety zakończyło się to koniecznością skakania ze stromej skarpy, gdyż nie dało się tam zjechać w żadne sposób, a na pewno nie na nartach. Podjeliśmy decyzję, iż ten dzień będzie naszym ostatnim dniem spędzonym w górach. Została nam jeszcze sobota, którą chieliśmy wykorzystać na zwiedzanie Brasova.

Drogę powrotna została wytyczona i odnaleziona na mapie. Na tym etapie psioczyliśmy, iż nie poszliśmy do góry tą trasą, bo przecież była przynajmniej 5 razy krótsza itp.
Jej początek znajdował się za słupem który widzieliście np. na fotce obrazującej zachód słońca.

Ścieżka znajdowałą się po prawej stronie. Pod nami wodospad, a po lewej są widoczne serpentyny, które pokonaliśmy na samym początku..jak widać bardziej na około się nie dało, ale..

Ostatnie strzały..

Zdjęcie wykonane po pijaku..

..zawsze jest jakieś „ale”!
Ponoć mieliśmy zjechać większą część, używając nart. Rzeczywistość okazał się tragiczna. JNa deskachh pokonaliśmy jakieś 200 m. Później na piechotę, przez chyba sześć! lawinisk jakieś 60-80 min!!! (lub więcej, nie pamiętam, lekka faza:) Stromą ścieżką która kończyła się rwącym strumieniem, w lesie milion zakrętów, dwa miliony powalonych drzew, dwie pozostałości po lawinach które poleciały tym właśnie lasem. Uwierzcie mi na słowo, lepiej się nie dostać w macki takiego demona..obrazek dawał do myślenia! Niby ta godzinka to krótko, ale gdybyśmy mieli iśc pod górę to pewnie by się wydłużyła pięciokrotnie. Dziękowaliśmy wszystkim znanym Bogom, Mahometom i Szatanom, iż przeoczyliśmy tę trasę na mapie..uff!

Furę pakowaliśmy jak już praktycznie nic nie było widać. Nocleg w samochodzie, gdyż rumuński pensjon oferował prawie nic za prawie wszystkie nasze pieniądze..Zzzz..

Dzień nr 6

Dzień piąty został rozpoczety bardzo wcześnie. Fotele samochodowe gwarantowały tylko i wyłącznie ból całego ciała, nic poza tym. GryPlan był banalny, najpierw jedziemy do Brasova (Braszów), później leciemy odwiedzić miejsowość w której urodził się i żył Książe Drakula..a na koniec, nieunikniona, podróż w kierunku Poldonu.

Aleale..najpierw ostatnie, pożegnalne, spojrzenie w kierunku gór..


Po tym jak nasz łzy zostały osuszone przez pędzący wiatr, który wdzierał się do naszej fury poprzez nowoczesną klimatyzację, obraliśmy kierunek na Brasov. Po drodze natrafiliśmy na niezwykle zielone miejsce. Na fotkach niestety tego nie widać, ale wchodząc do tego lasu można było sobie wyobrazić, iż stąpa się we wnętrzu zielonej bryły..

Po latach poszukiwań w końcu znalazł swój dom..

Na którym drzewie mieszkasz..?
Na tym drewnianym..

Braszów (Brasov)

Założony w 1211 roku przez Krzyżaków, w średniowieczu centrum wymiany między Półwyspem Bałkańskim a Mołdawią i Wołoszczyzną. W 1849 r. oblegany przez wojska węgierskie Józefa Bema; do 1918 r. w składzie Węgier, potem w Rumunii. W latach 1951-1961 miasto nazywało się Oraşul Stalin, ‚Miasto Stalina’. 15 listopada 1987 r. w mieście doszło do protestów przeciwko komunistycznym władzom Rumunii. Prostest został jeszcze tego samego dnia stłumiony przez Securitate. (żrodło: wikipedia.org)

Z tego co udało mi się chwile temu wygrzebać w internecie to wielu ważnych miejsc w Brasovie nie odwiedziliśmy. Spacerowaliśmy kilka godzin po starym mieście. Wąskie, ciasne uliczki oraz zabytkowe kamienice skrywały zapewne wiele ciekawych historii..


Najbardziej intrygowały mnie te śmieszne żarówki..

Po udanym przestępstwe grupa 3 osób oddaliła się nie zauważona przez nikogo..


Nastepnym etapem edukacyjnej części wyprawy było miasto Sighisoary, miejsce narodzin Księcia Drakuli czyli Wlad’a Palownik.

Sighisoara dzieli się na Górne Miasto otoczone murami, czyli Cytadelę, i Dolne
Miasto, u stóp Cytadeli. Dolne Miasto.B ardzo malownicze, a Cytadela z dołu wygląda imponująco. Na Dolnym Mieście znajduje się dom Hermanna Obertha, jednego z wynalazców napędu rakietowego. Cały plac obok nazwano jego imieniem.

W tym mieśce spędziliśmy trochę mniej czasu..chociaż nie, przecież czekaliśmy jakieś 40 min na obiad:)



Tutaj nasze ciekawskie zwiedzanie zostało zakończone, czas wrócić do domu. Powrót trwał bardzo długo, aczkolwiek w czasie jazdy przypomnieliśmy sobie całą historię naszego dzieciństwa na podstawie seriali, kreskówek i programów edkucyjnych..nie pomijając Diabła Piszczałki..skurwysynka który straszył nasze sny drewnianym widelcem:D


Koniec..mam nadzieję, iż ta historia którą przedstawiłem, jest chociaż trochę podobna do tego co wydarzyło się w tych dniach, w tamtym miejscu. Rumunia jest z całą pewnoscią krajem wielu kontrastów. Gliniane wioski mieszają się z luksusowymi domostwami, aczkolwiek sąsiedzi są w pewien sposób społecznie spokrewnieni, mianowicie każdy posiada talerz satelitarny min. jeden:)
Góry jak można zauwarzyć są bardzo piękne, aczkolwiek zimą jest tam pewnie niesamowicie niebezpiecznie. Ciężko sobie wyobrazić z jaką częstotliwością, z tych stromizm, schodzą sobie lawiny..zapewne częściej niż często.
Mieliśmy dużo szczęścia, trafiliśmy na piękną pogodę, bardzo fajne wiosenne warunki oraz zimnego Ćiecia. Kilka osób nie mogło zaszczycić tej wyprawy swoją obecnością, miejmy nadziję, iż to się już nigdy nie powtórzy. Ci którzy „przeżyli” wszystkie emocje związane z tą wycieczką, wieczorny chłód, wodę w butach, brudne majty, rumuńskie zupy, tymczasowe żółte zęby i przede wszystkim wspaniałe zjazdy będą pewnie pamiętać tę wyprawę do końca swoich dni. Dla mnie, wycieczka, była niezwykle odświeżającym przeżyciem, zupełnie inna od wyprawy na Ukrainę (w sensie, iż „inne” nie jest zue:)
Jeżeli miałbym okreslić jej format, to chyba był to „totalny chillout w pełnym słońcu”..jasne, że zdarzyły się momenty zwątpienia, ale w życiu nie ma niczego za darmo!
Z tego meijsca chcę podziękować Tomkowi, Maćkow i Zwierzakowi, za przygodę, towarzystwo i motywację do „walki”. Bogu za Ćiecia. Grupie mailingowej za przesunięcie terminu. Rodzicom Zwierzaka za gościnność, oraz własnej rodzinie za to, iż poprzez ich (bezcenne) wsparcie mogłem postawić swoje deski, w wieku 25 lat, na tym spalonym rumuńskim słońcem, śniegu..dzięki!

Gdzie za rok..?

W relacji wykorzystałem fotki Tomasza Dębca oraz własne pnk.ownlog.com


1 komentarz

Pilsko – Pierwsza wyrypa sezonu – Listopad 2013

Puchu za oknem jak na lekarstwo, więc można przysiąść i nadrobić zaległości pisemno-multimedialne. Dzisiaj na warsztacie pierwsza tegoroczna wyrypa, którą uskuteczniliśmy 27 listopada w składzie ja, Kamil i Piotr. Celem naszej destynacji stało się Pilsko. Wiedzieliśmy, że pogoda tego dnia będzie ładna, specjalnie z tego powodu opóźniliśmy wyjazd, ale to, co zastaliśmy na miejscu przerosło nasze najśmielsze oczekiwania…

Mała zajawka

Pełne wideo

Natomiast na zdjęciach wyglądało to następująco. Śniegu w tamtejszych zbyt mało w tym okresie. Poza tym wszędobylskie, gigantyczne kosówki uniemożłiwiały jakąkolwiek śmielszą zabawę, ale „lampa” i widok na Tatry oraz Babią zrekompensowały wszystkie bóle i upokorzenia spowodowane brakiem głębinowej eksploracji śniegu. Łojek Foto 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 Piotr Śnigóski Foto ABM_1518 ABM_1523 ABM_1544 ABM_1547 ABM_1555 ABM_1557 ABM_1562 ABM_1567 ABM_1573 ABM_1577 ABM_1583 ABM_1590 ABM_1597 Moje Foto DSC_0060_Aladin DSC_0061_Aladin DSC_0062_Aladin DSC_0063_Aladin DSC_0064_Aladin DSC_0065_Aladin DSC_0066_Aladin DSC_0067_Aladin DSC_0068_Aladin DSC_0069_Aladin DSC_0072_Aladin DSC_0073_Aladin DSC_0074_Aladin DSC_0075_Aladin DSC_0076_Aladin IMG_20131127_095419_Aladin


1 komentarz

Nowy Pajak Extreme!

Pamiętacie jak wam wspominałem o projekcie, w którym biorę udział?

Otóż prace finalne dobiegają końca i już można zerknąć na pierwsze efekty, czyli nowy plecak marki Pajak o nazwie Extreme, a wsumie nową wersję już istniejącego modelu o nazwie Extreme.

Testujemy, poprawiamy i będzie można kupić to cacko niebawem!

plecak pajak promodel


Dodaj komentarz

Zachód słońca na Malinowskiej Skale | 04.12.2013

Wczoraj wyskoczyłem na szybką, popołudniową turę z Białgo Krzyża na Malinowską Skałę i Małe Skrzyczne. Myślałem, że pójdzie mi szybciutko, ale dopadł mnie taki zachód żółtej kulki, że mimo wiatru, którego siła dochodziła do 200 km/h na godzinę zatrzymywałem się co 5 sekund i trzaskałem foty smartfonem. Swoją drogą musiałem restartować ten markotny telefon chyba, ze 30 razy.

Zjazd przy romantycznym świetle czołówki trasą z Małego Skrzycznego + przepinka na Bieńkule. Na „Górniczych” jak zwykle Święta. Mimo sprzyjającej temperatury nic nie śnieżą. Skansen Szczyrk jeździ tylko na naturalnym!

Tylko paczcie.

.DSC_0010 DSC_0011 DSC_0012 DSC_0013 DSC_0016 DSC_0019 DSC_0021 DSC_0023 DSC_0026


Dodaj komentarz

Szturm Na Rysiankę | 01.12.2013

Moja kolejna poważna produkcja. Pech chciał, że nie chciało mi się wynosić kasku na Rysiankę, a tam miałem jedyne mocowania do kamery. Pożyczyłem od Zwierza tą gumę do majtek GoPro, którą zakłąda się na głowę. Gówno straszne. Nie polecam. Okropny parkinson. Nagrałem tylko ostatni odcinek zjazdu. Have fun!

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 2 431 obserwujących.