Pumping Derby in Japan | Część #4 | Luty | 2015

Część czwarta cyklu opowiadającego o przygodach zarejestrowanych w Kraju Kwitnącej Wiśni właśnie wyświetla się waszym spragnionym atrakcji umysłom. Mimo, iż historia nie jest wcale skomplikowana to nie jest łatwo jej opisać. Pracy z tym wiele i nie wiem czy podjąłbym się tego wyzwania wiedząc ile godzin mozolnej harówki zajmie przygotowanie materiałów pod tą właśnie publikację. Jednak powiedziało się „A”, a liter w alfabecie nieskończenie wiele, a każdy alfabet musi mieć swój początek i swoje zakończenie. Podążając tym rymowanym tropem zapraszam na przedostatnią część Pumping Derby in Japan!

Już teraz mogę zdradzić, że jest to zasadniczo ostatnia część typowo narciarska. Finalna będzie wspomnieniem z Tokio. Tymczasem rozsiądźcie się wygodnie, herbata już zaparzona!

20150211_171344

Po armagedonie śnieżnym, który mieliśmy okazję przeżyć w Myoko byliśmy głodni nowej lokalizacji. Do wyboru było kilka możliwości. Po krótkiej burzy mózgów obraliśmy kierunek na ośrodek o nazwie Seki Onsen. Miejscówka leży nieopodal Myoko, aczkolwiek prowadząca do niej droga górska prawdopodobnie jest zimą niedostępna. Przynajmniej taka nieogarnięte, czy też wręcz nieodgarnięta ze śniegu była tego dnia. Droga okrężna, jak sama nazwa wskazuje nie jest krótka, ale żeby nie było nudno wiodła najwyższymi tunelami śnieżnymi, jakie udało nam się przejechać w Japonii.  Myoko opuściliśmy wczesnym rankiem..

Jak okazało się na miejscu pojęcie „wczesny ranek” w Seki Onsen oznacza zupełnie coś innego. Na odpalenie infrastruktury musieliśmy trochę zaczekać, aczkolwiek to pozwoliło nam na rozeznanie okolicy. Bonusem była możliwość przyglądania się rozruchowi jaki prowadziła japońska armia. Był to wstęp do solidnych ćwiczeń narciarskich. Jeśli widzieliście kiedykolwiek naszych poborowych podczas tego typu manewrów to potwierdzamy, że na tej długości i szerokości geograficznej kabaret jest równie dobrej jakości. Oczywiście najgłośniej śmiali się sami żołnierze. Rzecz jasna ci potrafiący zjechać pługiem z samej góry na sam dół z tych, którzy dotknęli nart pierwszy raz w życiu. Jednak tym gorzej jeżdżącym trzeba przyznać, że ich wywiad się nie popisał i jak na sam początek wybrał dla nich trasy o kolorze czarnym, które były usiane muldami niczym pola minowe w Afganistanie podczas wojny z ZSRR..

Kolejną ciekawostką jest fakt, z którym spotkałem się pierwszy raz w życiu, Mianowicie system odśnieżania pochyłych parkingów. Na każdym zainstalowane są zraszacze z gorącą wodą, które działają przez 24h. Śnieg i lód nie mają szans. Zapomniałem wspomnieć, że ten rejon to epicentrum gorących źródeł. W ten niezwykle efektywny sposób odśnieżają również całe ulice. Jest tylko jeden warunek, muszą być pod nieznacznym kątem..

Niektórym może syę wydawać, że jest to marnowanie zasobów naturalnych. Jednak z drugiej strony trzeba przyznać, że jeśli chodzi o odśnieżanie to nie mają lekko..

W internetach o Seki Onsen mowią „Japan’s best powder snow skiing” i nie są to słowa rzucone na wiatr. Miejscówka ma ogromny potencjał. Niestety nie mogliśmy go wykorzystać tego dnia, gdyż zapanowała lekka odwilż, która zamieniła puch w miękką kupę. Tak czy inaczej, jeśli ktoś szuka tzw. „pillows’ów” to tutaj znajdzie ich pod dostatkiem. W tym resorcie widziałem największego, jakiego spotkaliśmy w Japonii, aczkolwiek nie odważyłem się zaatakować. Sumienie dało nam niezłego, mentalnego klapsa. Widząc teren i nakładając na niego puszystość i ilość pudru dnia poprzedniego mogliśmy tylko i wyłącznie zacisnąć płaty mózgowe ze złości i żalu. Nic poza tym nie dało się już zrobić, życie.

20150211_090629

Tak w ogóle tego dnia, a był to już chyba 10-ty z rzędu pod względem intensywnej jazdy miałem pierwszy poważny kryzys. Po godzinie badania terenu stwierdziłem, że jedyną opcją na kontynuowanie dnia jest krótka drzemka..

Generalnie wszyscy byli jacyś rozstrojeni. W sumie po tylu dniach rąbania w puchu te kilka godzin opalania nam się należało jak nic!

Po dwóch godzinach odpoczynku siły wróciły i mogłem dalej atakować. Niestety najbardziej interesujące, pojedyncze krzesło prowadzące na sam szczyt wzniesienia uruchamiane było bardzo spontanicznie. Nie potrafiliśmy rozgryźć tej zagadki, dlatego postanowiliśmy uruchomić foki.

20150211_145828

Oczywiście krzesło ruszyło na moment przed pierwszym krokiem, kiedy już zestawy chodzące były założone. Ściągać czy olać? Stwierdziliśmy, że nie chce nam się sprzątać „skitouring’u” i rozpoczęliśmy pierwszą poważną, azjatycką turę. To był pierwszy błąd, gdyż w.w. krzesło zaczęło hulać na całego. Drugim okazał się brak mapy, ale jak już wspominałem jest ona towarem bardzo deficytowym i nieczytelnym, chyba, że ktoś biegle włada japońskim..

Reasumując wycieczka trwała bardzo krótko, aczkolwiek nawet te z pozoru beznadziejne momenty generują jakieś plusy. Naszym był taki, że zobaczyliśmy z góry kolejną dolinę, a ona oferowała bardzo zacny teren do jazdy. Nie udało nam się tam dotrzeć, gdyż już po prostu nie starczyło czasu, ale obiecujemy, że wrócimy..

20150211_110657

Do południa nie udało nam się obczaić żadnej konkretnej linii. Z każdą minutą śnieg robił się coraz cięższy, humory również. Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy odwiedziliśmy inną wystawę góry. Już na samym początku dnia o niej myśleliśmy, ale było tam tak stromo, że nie było widać dna. Nie było również żadnych starych śladów i stwierdziliśmy, iż nie jest zbyt dostępna. Nic bardziej mylnego!

Dzień dobiegał końca, śnieg zaczynał zlewać się z kolorem nieba, a my łapiąc drugi oddech cisneliśmy ile wlezie, zupełnie nie bacząc na upływający czas. Tutaj należy wspomnieć, że zjeżdżaliśmy do sąsiedniej doliny a butowanie z powrotem trwało przynajmniej 20 minut. To musiała być czysta zajawa..

Aż w końcu wyłączyli wyciągi i trzeba było udać się do domu na czterech kółkach marki Nissan..

Jednak nie bylibyśmy sobą, gdyby nie nasza ciekawość. Podczas naszej komicznej skitury widzieliśmy również tajemnicze miasteczko. Należało sprawdzić dla jakich ideałów istnieje? A, że nie było daleko..

Jak się okazało jest to mikro mieścina górska, ale taka na prawdę położona niezwykle ekstremalnie, czyli coś w stylu naszego Poronina a.k.a. „Tam gdzie diabeł mówi dobranoc..”. Zjawiskowe miejsce, trzeba zobaczyć na własne oczy żeby uwierzyć.

20150211_171549

Następnym krokiem było znalezienie szamy. O tej porze, a było już bardzo ciemno wcale nie było to takie proste. Poza tym byliśmy już mega zmęczeni. Stwierdziliśmy jednak, że szukamy czegoś maksymalnie lokalnego. Udało nam się, ale okazało się, że jest to kolejna pułapka, gdyż menu wisiało na ścianie i nie posiadało żadnej wersji tłumaczonej nawet na Esperanto. Zamówiliśmy najprostsze danie, jakie przyrządza się w tym kraju, zupę miso. Nie wiadomo czy była w kracie. Jedząc przysłuchiwaliśmy się prywatnej sesji karaoke, która odbywała się w pokoju obok. Niestety nie otrzymaliśmy zaproszeń na tą prywatkę..

Pozostał nam wyłącznie sen..

20150212_194547

Tak zakończył się nasz przedostatni dzień w górach. Stanęliśmy przed bardzo poważnym dylematem. Jak spędzić ostatni dzień..w raju? Postawiliśmy na sprawdzone miejscówki Tangram-Myoko, a właściwie ich kombo. Był to chyba strzał w dziesiątkę, gdyż wypróbowaliśmy ciekawy wariant, który pozwolił nam na jazdę po czystym terenie 3-4 dni po ostatnim opadzie, co uwierzcie nie jest w Japonii takie proste, ale gdzie jest..? (za wyjątkiem Alaski)

W trzeciej części wspominałem o szkolnych, zorganizowanych oddziałach narciarskich, które z niesamowitym zapałem ćwiczą jazdę synchroniczną. Tak to działa w realu..

20150212_101455

Na zakończenie dnia postanowiliśmy zaopatrzyć się w jedne z pierwszych prezentów. Wszak jakoś było trzeba wydać nadmiar jenów. Same tego nie zrobią!

Smutna część tej wycieczki, pierwsze poważne pakowanie..

20150213_112807

Japońskim górom składamy dziękczynne pokłony. Ugościły nas niezwykle miło i sympatycznie. Nie szczędziły sutych opadów pudru, dopuściły wyłącznie do jednej odwilży i pozwoliły bezpiecznie wrócić do domu. Pozdrawiamy Hakubę i okolice. Na pewno kiedyś wrócimy!

20150212_085421

Zdjęcia: Maciek Leszczyński (Pure Powder), Tomasz Durkacz oraz moje własne.

Idealnie trafiony puder w tatrzańskim reglu dolnym | Marzec | 2015 | Część 1

Ostatni tydzień był dość intensywny, jeśli chodzi o jazdę. Szczególnie same weekendy i dni do nich przylegające. Musicie przyznać, że marzec jest wyjątkowo hojny, chyba zawsze taki był. Zebrałem trochę materiału i rozpocznę opowiadanie od samego końca, czyli ostatniej soboty (14.03).

W zasadzie nie mieliśmy zielonego pojęcia, co z nią zrobić. Piątek spędziliśmy na Pilsku i nieźle nas tam wytrzepało ze względu na beton leżący pod małą warstwą puszku. Z racji tego faktu, byliśmy lekko rozmemłani psychicznie. Lecz jeździć trzeba, kiedy za oknem w końcu zima!

coverdrop1920

Szybki wywiad telefoniczno-internetowy i już wiedzieliśmy, że kierunkiem, jaki powinniśmy obrać są Tatry. Kasprowy i przylegające włości, a także czynnnik ekonomiczny przy kasie kolejki nie za bardzo nam pasowały. Poza tym prognoza głosiła soczyste mleko, dlatego wybraliśmy pewniejszą opcję, czyli tzw. dolny regiel.

Na miejscu okazało się, że waruneczki są niezwykle rozkoszne, a na dodatek ilość podkładu pozwala na wykonanie pewnych akrobacji, które miałem w głowie od przynajmniej dwóch sezonów zimowych. Nie czekając na specjalne zaproszenie postanowiliśmy wykorzystać daną okazję i zdusić ten ogromny kamyk. Osobiście miałam nieźle nasrane w majtach. Wyobraźnia podpowiadała, że kolana zwybiją jedynki, gdyż lądowanie należało do tych bardziej płaskich. Pynkł za pierwszym strzałem. Odhaczony, czas znaleźć jeszcze większy.

Jeśli ktoś preferuję wersję Facebook to serdecznie zapraszam -> ciach!

Materiału wideo jest więcej. Zapewne ścisnę jak zwykle krótki filmik. Na razie dokładam jeszcze foty. Pstryk!

Pilsko śmierdzi skuterami! | Marzec | 2015

W ostatnią sobotę wybrałem się na Pilsko, by w otoczeniu majestatycznej przyrody i śpiewu ptaków oddać kilka przyjemnych zjazdów. Pierwszy raz w tym sezonie. Niestety realia okazały się bezlitosne. Zamiast dźwięku wiatru dostajemy ryk silnika i śmierdzące spaliny w bonusie. Skutery psia jego mać! Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że one tam będą, aczkolwiek liczba maszyn i dzielnych rozpierdalaczy górskiej atmosfery tym razem mnie przeraziła. Są wszędzie i rozjeżdżają wszystko: kopuła szczytowa, las, szlaki, a także na trasach. snowmobile Wiem, że moje biadolenie nic nie zmieni. Wiem, że walka ze zmotoryzowanymi w Beskidach nie jest łatwa, ale nawet nie widać by jakiekolwiek rządowe służby mające chronić przyrodę, chociaż trochę starały się zapanować nad tym problemem. Tym bardziej zastanawiam się, gdzie podziewają się zieloni żołnierze z Pracowni Na Rzecz Wszystkich Istot, którzy z taką wytrwałością chcą zamknąć orczyki za zbyt głośną pracę? Nie widziałem, nie słyszałem by przykuwali się do gąsienic skuterów. A może po prostu zdecydowana reakcja na tą kwestię nie za bardzo im się „opłaca”? A tutaj ciekawostka. Okładka miesięcznika Dzikie Życie i cytat (link). Czym narciarze sobie zasłużyli na tą wieczną pogardę? Nie wiem, ale mam nadzieję, że z takim samym zapałem ekolodzy i urzędnicy wezmą się za walkę ze skuterami. „Miesięcznik Dzikie Życie jest jedynym w Polsce pismem, które odważnie, dociekliwie i bez pardonu opisuje problemy niszczenia i ochrony przyrody. Krytykujemy konformizm urzędników państwowych, chciwość sektora biznesowego, marazm i apatyczność tzw. ruchu ekologicznego, które są przyczynami postępującego niszczenia najcenniejszych miejsc przyrodniczych..” nartobiznes Reasumując, problem istnieje. Nikt nie kwapi się go rozwiązać. Daję głowę, że będzie jak zawsze. Pewnego dnia skuter przewróci się na małe dziecko, zdemoluje grupę turystów na szlaku, lub coś w ten deseń i wtedy ktoś na wysokim szczeblu administracji, a także media zorientują się w końcu, że coś jest nie halo. Osobicie widziałem, jak dwa skutery oniemal rozjechały GOPR’owca podczas jego zjazdu na szlaku (ci to muszą się dopiero nieźle wkurwiać). Smutna prawda pewnego kraju nad Wisłą. musztarda Rozumiem, że to też jest zajawka (choć nieza bardzo kumam, co może być fajnego w jeździe po płaskim i pod górę?!), ale z drugiej strony nie może być tak, że jedna mała grupa zapaleńców hałasuje, smrodzi i brudzi, efektywnie rujnując czas w górach wszystkim pozostałym uczestnikom, abstrahując od faktu realnego niszczenia przyrody i tego, że nie jest to legalne. Fajnie gdyby te maszynki były elektryczne. Ciche i bezwonne niczym kosiarki z kablem. A najlepiej gdyby ten kabel miał maksymalnie 6 metrów długości. Może łosie nam pomogą?

Poza tym widać, że zwykłych ludzi to już mocno irytuje i męczy, gdyż nie mają oporu by okazać swoje emocje w kierunku właścicieli skuterów, na co oni tylko i wyłącznie tępo się uśmiechają szybko ulatniając się z miejsca rażenia nieprzychylnych wzroków. Tym akcentem kończę ten wywód i zapraszam, do obejrzenia kilku przejazdów. Ciężko było znaleźć czystą linię, gdyż wszędzie ślady po gąsienicach, czy też może stonkach?