Krótki raport z Rysianki – 17.01.2016

A właściwie z Hali Bieguńskiej, gdyż Mirek miał awarię foki i nie byliśmy w stanie desantować Hali Lipowskiej, gdzie znajduje się fajny spot do zjazdu. Mimo to oddaliśmy dwie frywolne linie pełne finezyjnych skrętów.

12507179_10207452874953562_3012764492445636200_n

Raportujemy, iż:

Zasięg śniegu

  • Można już foczyć spod kościoła w Ujsołach.

Hale

  • Rześki puch miejscami do wysokości kolana.
  • Podkład wystarczający.
  • Mimo słońca poziom wypizgu z kosmosu.
  • Śpieszcie się, bo Janusze na skuterach nie próżnują.

Las

  • Z pozoru wydaje się, że już można kąsać, ale niestety to tylko złudzenie. Nawet w najwyższych partiach od razu cioramy o gałęzie i pniaki. Spotkanie z kamieniem czy innym głazem jest tylko i wyłącznie kwestią osobistego szczęścia.

Reasumując potrzebny jeszcze jeden solidny opad, gdyż aktualnie w rachubę wchodzi miły spacer plus ewentualna kaskaderka leśna. Byle do puchu!

Poniżej kilka fotek z telefonu Mirka.

 

Pumping Derby in Japan | Część #1 | Luty |2015

Jesteście ciekawi, jak miewa się zima w Japonii. Ja też byłem i w końcu w lutym 2015 udało mi się zaspokoić tą ciekawość. Niezupełnie do końca, gdyż kraj długi i szeroki, aczkolwiek wiem już sporo i przy pierwszej lepszej okazji wracam dowiedzieć się więcej. Tymczasem zapraszam na mały cykl reportaży o nazwie Pumping Derby in Japan, czyli pompowanie puchu w kraju kwitnącej wiśni. A uwierzcie nam, było co pompować!

20150201_105632

Sprawdź także!

Podróż każdego z nas trwała zaledwie kilkanaście godzin. Osobiście leciałem przez Helsinki i jedno, co mnie od razu uderzyło, to fakt, że w samolotach Finnair jest strasznie zimno. W ogóle Finowie to strasznie zimni ludzie. Tacy Austriacy ze Skandynawii. Po dotarciu do Tokio musiałem jeszcze tylko zaczekać na Maćka, który atakował z Monachium przez ZSRR.

Następnym krokiem był odbiór zaliczkowanej fury, która została podstawiona na parking przy samym lotnisku. Kimmy, sympatyczny pracownik wypożyczalni starał się wytłumaczyć wszystkie zawiłości, jakie czekają nas na japońskiej infrastrukturze drogowej. Zrozumieliśmy tylko tyle, że mamy tankować paliwo oznaczone czerwonym kolorem i za każdym razem zatrzymywać się na przejazdach kolejowych. Dodatkowo powtórzył przynajmniej tysiąc razy zwrot „Be careful!”. Jego niezwykle niepewny wzrok, kiedy odjeżdżaliśmy z parkingu – bezcenny!

To nie nasza fura, ale to mój pierwszy oryginalny, azjatycki posiłek. Ciekawostką i błogosławieństwem jest fakt, że nawigacja samochodowa (Garmin) posiada opcję wpisywania nr telefonu miejscowości i w ten łatwy sposób takie proste turysty jak my mogą dotrzeć do celu podróży bez konieczności nauki japońskiej, krzaczkowej pisowni.

Dotarcie do Hakuby zajęło nam jakieś 4h (350 km) i dostarczyło wielu pozytywnych emocji. Lewostronny ruch jazdy, niepewność co do przekraczania ustalonych progów prędkości oraz chroniczny brak stacji benzynowych przy autostradzie. W praktyce wygląda to następująco:

  • Pierwszego dnia mielibyśmy 3 stłuczki, wszystkie przez nieuwagę przy włączaniu się do ruchu. Na początku za każdym razem uruchamiałem wycieraczki zamiast kierunkowskazu.
  • Japończycy nie respektują ograniczeń prędkości na swoich drogach. Jest 50 jadą 100, jest 80 jadą 160. Aczkolwiek porządeczek na drodze jest. Nie spotkasz Typowego Janusza, który trąbi i świeci długimi, bo śpieszy się do schorowanej babci leżącej w szpitalu.
  • By zatankować trzeba zjechać a autostrady, lub być po prostu cierpliwym. W końcu stacja się pojawi. Tak więc lepiej mieć zatankowane pod sam korek.

Nocleg był małym wyzwaniem logistycznym. Jednak im więcej mijałoy nocy tym ogar tego elementu stawał się w pełni zautomatyzowany: szama, przerzut torb i pokrowców do kabiny, sikanie i kima. Oczywiście webasto działało tylko w naszej wyobraźni. Gdyby nie puchowe śpiworki od Pajaka i japońska pierzyna małżeńska od Kimmy’iego to pewnie czulibyśmy się jak kostki lodu w zamrażarce.

Na miejscu, praktycznie w każdej miejscowości turystycznej czeka na was parking wyposażony w łazienkę, toaletę z podgrzewaną deską klozetową (mrau!), kaloryfer i rząd automatów, które oferują napoje zimne, ciepłe a nawet zupy! Opcjonalnie będzie również świątynia, a także przeróżne rzeźby ze śniegu, bardzo popularne w Japonii.

Pierwszym ośrodkiem narciarskim, na jaki skierowaliśmy nasz azymut był Tsugaikekogen leżący w bliskiej okolicy Hakuby. Miejscówkę polecił nam Dave, Kanadyjczyk (już prawie Japończyk), lokalny przewodnik i właściciel Evergreen Outdoor Center. Jak na start był to strzał w dziesiątkę.

Tak wygląda..karnet:)

20150202_102027

Mimo, że było już kilka dni po opadzie, to udało nam się znaleźć kilka nieruszonych połaci puchu w granicach ośrodka. A musicie wiedzieć, że w tych granicach puch leży nietknięty po opadzie od 30 minut od maksymalnie 1h. Głodna szarańca Skandynawów, Australijczyków i samych Japończyków żądna świeżego pudru zjada wszystko szybko i intensywnie, nawet w bardzo małych, oddalonych i tajnych resortach.

W zasadzie rozpizgaliśmy wszystko, co nam pozostawili. Następnego dnia musieliśmy uruchomić foczki i tym samym znaleźć jeden z dłuższych i przyjemniejszych zjazdów, jakie udało nam się oddać w Azji.


Po dwóch dniach jazdy i trzech bez prysznica wbiliśmy do tzw. „onsen”, czyli tradycyjnej japońskiej łaźni publicznej (gorące źródła). Efekt był powalający. Podobno śpię na tym zdjęciu..?!

20150202_181316

Nie można również zapomnieć o pysznym jedzeniu przyrządzanym i jedzonym na różne sposoby..

Później już tylko kima. Z braku sił i braku laku nasze wieczorne rozrywki kończyły się na niesamowicie przyjemnej wizycie w toalecie, gdzie czekała na nas – nagrzewając się przez cały boży dzień – ciepła deska klozetowa. Jak się później okazało spaliśmy średnio po 10h, czasami nawet 11. Sportowcy-podróżnicy tak już mają. Do zobaczenia w następnym odcinku!

Zdjęcia: moje własne oraz Maciek Leszczyński (Pure Powder)

Hyrca – Brenna – Całodzienna kontrola warunków na stoku

W środę wybraliśmy zakosztować czegoś zupełnie nowego. Trochę sypnęło, więc byliśmy podwójnie zmotywowani. Nie wspominając o wielkim polskim głodzie w odniesieniu do lekkiego puchu.

Na cel obraliśmy pewien nieczynny wyciąg w Brennej. Kiedyś dawno temu, kiedy ludzie jeździli na nartach 202 cm, karnety były papierowe, a wszystkie wyciągi narciarskie były w zarządzie spółek węglowych istniał ośrodek narciarski, który ulokowano na szczycie góry Hyrca. Aktualnie resort podupada i jest to bardzo delikatne stwierdzenie.

Dokładnie nie wiem odkąd jest nieczynny, ale chyba od  bardzo dawna. Pamiętam jak za dzieciaka tam śmigałem. Całkiem przyjemna i stroma trasa. Niestety szybko zarasta aktualnie samosiejką iglastą i liściastą tak, więc śpieszcie się! Za niedługo na Hyrce będzie się można się wybrać wyłącznie by zbierać szyszki.

20150128_121836

Oddaliśmy trzy bardzo przyjemne zjazdy. Puchu jak na lekarstwo. Wydawało nam się, że będzie ciut więcej, ale za to można było rozwinąć prędkość i poczuć TEN wiatr we włosach. Piękna sprawa.

Jak zwykle proponuję krótkie i treściwe wideo. Jednocześnie polecam subskrybować mój kanał na Youtube

Galeria jeszcze cieplutka!