Alpy Rodniańskie | Rumunia | Kwiecień | 2013

Zamierzchłe czasy roku 2013. Zima tamtego roku niesłychanie rozczarowała. Prawdopodobnie, dlatego wpadliśmy na pomysł, a raczej mieliśmy ogromne ciśnienie na zwieraczach by wiosną wybrać się w jakąś daleką, zamorską podróż. Padło na Rumunię, mimo, iż nie trzeba było przeprowadzać dywersji żadnego akwenu typu morze, ani jeść koniny w znanych amerykańskich restauracjach..

mcdonalds-drive-through-in-romania-horse-and-a-waggon

Są to tak odległe czasy, że słabo pamiętam, do jakiej doliny trafiliśmy. Dlatego też musiałem posłużyć się najpewniejszym źródłem na tej planecie, czyli wysłać sms’a z zapytaniem do Tomasza Dębca. Tym sposobem mogę się pochwalić, że eksplorowałem przepiękną dolinę o nazwie ValeaVinululi.

Harta Traseul Valea Vinului

Normalnie zmajstrowałbym tutaj relację na przynajmniej na 5 dni czytania, ale moja pamięć nie sięga, aż tak daleko, a poza tym postanowiłem, tam na miejscu zająć się aspektem wideo i z tego względu dużo mi umknęło z obozowego życia.

DSC_3655

Mój plan filmowy został zrealizowany połowicznie. Udało mi się nazbierać materiał, zrobiłem nawet zajawkę, ale na więcej nie starczyło zapału. Może kiedyś w przyszłości chęć na sklejenie tych ujęć wróci. Na razie jakoś nie za bardzo ją czuję..

  • Dzień #1 – Przyjazd

Wjechaliśmy w dolinę, najdalej jak się da i tam podzieliliśmy się na dwie ekipy. Jedna, w której skład wchodziłem wyruszyła aby założyć obóz na granicy śniegu.  A druga postanowiła przekimać w furze i uderzyć następnego ranka na rekonesans i dopiero później się rozbić. Z perspektywy czasu stwierdzam, iż ta drugi zespół szturmowy miał lepszy pomysł lub po prostu więcej szczęścia i przejrzystości w głowach, ale po kolei..

IMG_4954

  • Dzień #2

Po kilku godzinach nieprzyjemnej wspinaczki z na pewno zbyt ciężkim balastem na plecach dotarliśmy do upragnionego śniegu. Było ciemno, zimno i nieprzyjemnie, ale mimo wszystko trzeba było rozbić namiot i udać się w kimę, ponieważ długa podróż z Meksyku Europy do Jeszcze Większego Meksyku Europy i wykańczający marsz wyssał z nas ostatnie krople energii.

Rano okazało się, że niewiele tego śniegu w naszej bazie i z pewnością nie jest to nasz upragniona „granica śniegu”, ale co począć, kiedy nic nie było już widać, gdy tu dotarliśmy. Tak czy inaczej tego ranka panowała taka mgła, że nie za bardzo się tym przejęliśmy..

Po szybkim śniadaniu zapakowaliśmy mandżury i wyruszyliśmy w poszukiwaniu prawdziwych, emocjonujących zjazdów. Niestety kiepska widoczność utrzymywała się do samego południa..

Aż tu nagle bez żadnego uprzedzenia nastała jasność..

A żeby było jeszcze bardziej sympatycznie w połowie drogi na grań spotkaliśmy drugi zespół szturmowy, który jakimś cudem nas wyprzedził..

Po krótkich plotach udaliśmy się w kierunku linii grzbietu by  stamtąd oddać upragnione, dzikie zjazdy narciarskie. Niestety po raz kolejny pogoda spłatała kolejnego figla i zamiast krystalicznej przejrzystości otrzymaliśmy wielką, gęstą i białą kupę chmurw. Chcieliśmy przeczekać, ale nie starczyło nam cierpliwości. Na sekundę po oddanym zjeździe wszystko wróciło do normy w pogodzie, czyli lampa i drinki. Typowe.

Nie pozostało nam nic innego jak wrócić do obozu i oddać się leniuchowaniu. Naturalnie nie obeszło się bez kiełby i tuningowanej herbaty..

  • Dzień #3

Następnego dnia gry plan był podobny, aczkolwiek aura już zupełnie odmienna. Od samego ranka lampion i wysoka temperatura. Chłopaki postanowiły to od razu wykorzystać..

Po tej szalenie seksownej i intensywnej sesji zdjęciowej udaliśmy się w kierunku śniegu. Tego dnia oddaliśmy sporo zjazdów i był to chyba jeden z najlepszych dni podczas tej wycieczki..

Jeszcze tylko rzut oka na obozowisko drugiej ekipy. W zasadzie mieli o wiele lepszy pomysł, by rozbić się wyżej i stamtąd atakować. Wykopali nawet całkiem przytulną jamkę. Pamiętajcie! Granica śniegu to nie płat śniegu i nigdy nim nie będzie!:)

Więcej fotek nie mam, ale mogę jeszcze zaprezentować kilka sztuk artystycznej wizji i kreacji ustrzelonej przez Maćka, który zabrał na wyjazd hipstomat marki Holga..

Te kilka ciepłych dni sprawiło, że czuliśmy się jak w pełni zrelaksowani Niemieccy emeryci po wakacjach w egzotycznym afrykańskim kraju. Z minusów możemy wymienić fakt, iż z całą pewnością przyjechaliśmy ciut za późno – druga połowa kwietnia. Śniegu było już mało, a temperatury w ciągu dnia zbyt wysokie. W konsekwencji jazda była miałka, a na stromych stokach wolne i ciężkie lawiny nie były wcale rzadkością. Tak czy inaczej fajnie było odwiedzić to miejsce. Jednak bilansując aktywności tym razem trochę więcej było leżakowania niż akcji, ale kto by się tym przejmował. Osobiście chętnie tam wrócę.

1

Na deser jeszcze trochę ekstremalnego porno..

P1090415

1 kwietni 2013 na Stożku w Wiśle

Mam jeszcze kilka zaległych tematów, które muszą znaleźć się w archiwum tego szacownego bloga. Jednym z nich jest wiosenny śnieg, jaki nawiedził Beskidy w 2013 roku. Właściwie świetnie się składa, gdyż jutro również ma rzucić białym na podłogę. Zima jest już na prawdę blisko, czujecie ją, prawda?

Tamtego dnia wypad był zupełnie spontaniczny i przerodził się w bardzo przyjemny narciarski dzień. Dużo sypkiego pudru, dużo zabawy i satysfakcji..

Stożek oferuje również wiele atrakcji dla lotników..

A w przerwie warto skoczyć do schroniska i opitolić kilka donic..

To był dobry dzień dla lokalnej sceny freeski. Pamiętam, że żal było kończyć jazdę, ale wszystkie siły zostały włożone i już nie było czym jeździć..

Zdjęcia: Tomek Dębiec i Maciek Leszczyński

Pumping Derby in Japan | Część #5 – Tokio | Luty | 2015

Przyszedł czas na ostatnią część tej wspaniałej azjatyckiej przygody narciarskiej. W czwartej części opuściliśmy Alpy Japońskie i udaliśmy się w długą powrotną drogę, podczas której ostatnim interesującym punktem było Tokio. Metropolia w pełnym znaczeniu tego słowa, a poza tym jak wiadomo stolica Japonii położona nad Oceanem Spokojnym (Zatoka Tokijska) na Honsiu – największej z Wysp Japońskich.

Jednak za nim ujrzeliśmy światła gigantycznego miasta zorganizowaliśmy małą procesję pogrzebową na jednym z przydrożnych parkingów. Z honorami pożegnaliśmy split’a, który walczył bardzo dzielnie, aczkolwiek nie miał szans z solidną japońską brzozą. Gdziekolwiek teraz jesteś na pewno korzystasz z uroków puchu. Pokój z Tobą bracie!

20150213_120930

Podróż do stolicy zajęła nam jakieś pół dnia. Plan był prosty. Oddać samochód, modlić się żeby Kimmy (pracownik wypożyczalni) nie zauważył drobnych usterek, które nam się przytrafiły (np. nie działająca szyba), jeden nocleg w hotelu kapsułkowym i wycieczka na lotnisko. Czas naglił, ale na szczęście mieliśmy nawigację, która z całą pewnością chciała działać na wyraz efektywnie. Dosadnie rzecz ujmując chciała nam pokazać wszystko, dosłownie wszystko..

20150213_135001

Główne ulice w Tokio są dosyć komfortowe, jednak mniejsze, boczne uliczki to już jest wyzwanie dla parkowania. Czuje się poważną duszność w tym temacie. Sądzę, że nawet najbardziej doświadczony włoski taksówkarz nie miałby tutaj lekko. Dlatego duży respekt dla lokalnych przewoźników..

Po zdaniu samochodu – wszystkie usterki przeszły pozytywną weryfikację – i pożegnaniu naszego sympatycznego przyjaciela Kimm’iego udaliśmy się do hostelu..

Hostel to też nie były kanapeczki. Ilość miejsca i rozplanowanie pomieszczeń, szatni, łaźni, schodów itp. zaskoczyło nasze zmysły. Człowiek wchodzi do wieżowca, wyjeżdża windą na wskazane piętro i okazuje się, że przekraczając próg przenosi się do pudełka po zapałkach. A na dodatek my posiadaliśmy 2-metrowe pokrowce i ogromne torby. Nie było łatwo tego upchnąć, ale jakoś się w końcu udało. Czas ruszyć w miasto..

A miasto nie byle jakie. W liczbach przedstawia się to następująco:

  • Powierzchnia miasta wynosi 2187,65 km²
  • Gęstość zaludnienia 6016 os./km²
  • Ponad 13 milionów ludzi mieszka w samej stolicy
  • Prawie 35 milionów mieszka w całej prefekturze otaczającej Tokio

Obowiązkowo musieliśmy wstąpić przynajmniej do jednej świątyni..

Wyjechać na ostatnie piętro (48) jednego z najwyższych wieżowców w stolicy – Tokyo Metropolitian Government Building 1 (243,4m). Wydawać by się mogło, że w tak silnie zagrożonym sejsmicznie miejscu na globie nie powinny powstawać bardzo wysokie budynki tymczasem aktualnie jest z goła inaczej. Mimo, że do 1963 roku obowiązywał przepis, który zabraniał budowy budynków wyższych niż 31 metrów.

Widoczki bardzo pozytywnie działały na wyobraźnię..

Jeśli chodzi o pozostałą zabudowę miasta to również nie ma wstydu..

Narciarz o pustym żołądku nie funkconuje najlepiej, dlatego kolejnym etapem zwiedzania było odszukanie smacznej szamki. Oczywiście nie było to proste, ale podołaliśmy zadaniu. Obiad jak zwykle mega pyszny, zdrowy i niezwykle energetyczny..

Następnym krokiem był solidny odpoczynek w hostelu i już mieliśmy iść spać, gdyż zmęczenie wyprawą dawało się już ostro we znaki, gdy ktoś wpadł na pomysł małych zakupów. Dobrze, że zmusiliśmy się by wyjść, ponieważ prawdziwe życie Tokio zaczyna się po zmroku. Odwiedziliśmy kilka sklepów i kilka miejsc lokalnej rozrywki. Największym zaskoczeniem były kilku piętrowe salony gier wideo oraz salon dziwnej gry. Ten ostatni charakteryzował się tym, iż na pewno grało się na pieniądze, a poza tym maszyna głupiała taką ilością bodźców wizualno-dźwiękowych, że ciężko było się zorientować, o co w tym w ogóle chodzi. Generalnie super hardcore dla wtajemniczonych..

Jednym z punktów programu nocnego wyjścia był zakup śpioszków dla jeszcze wtedy nienarodzonego potomka Tomka Durkacza. Jak okazało się na miejscu Maciek jest jeszcze chyba nie do końca przygotowany do funkcji rodzicielskich..

Światła miasta mieniły się wieloma kolorami, ale my zmuszeni byliśmy do powrotu. Należy żałować, że mieliśmy tak mało czasu by zwiedzić tą arcyciekawą metropolię. Jednak tak już to bywa, kiedy narciarze planują wyjazd. Więcej dni na śniegu, a reszta mniej ważna. Szybka kima w kapsule, gdzie w telewizorze jest tylko jeden kanał i lecą na nim filmy dla dorosłych. Następnie rano bardzo komfortowy pociąg na lotnisko. Oczywiście wsiedliśmy do innego, ale fart, że jechał akurat w tą samą stronę..

Żegnaj Japonio. Dzięki za wszystkie pozytywne doświadczenia i do zobaczenia!

20150214_104959