Pumping Derby in Japan | The Movie | Luty | 2015

Po wielu nocach, godzinach spędzonych nad żmudnym procesem produkcji w końcu jest! Film z Japonii we własnej postaci. Nie ma się czym ekscytować, gdyż wszystkie ujęcia z kamery pokładowej i nie za bardzo się przyłożyłem podczas filmowania, ale pamiątka to pamiątka.

Polecam także słowo pisane i zdjęcia!

Życzę miłej projekcji!

Pumping Derby in Japan | Część #3 | Luty | 2015

W poprzednich dwóch odcinkach mieliście okazję poznać jeden resort w granicach Hakuby oraz omówiliśmy sobie jak wygląda życie typowego narciarza w snowboardowej ojczyźnie Japonii, miejscu o nazwie Madarao. Jeśli ktoś nie miał przyjemności zakosztować tejże lektury to zapraszam do nadrobienia zaległości:

A tymczasem lecimy z kolejną częścią miłych wspomnień. Po kolejnym efektywnym i bogatym w puch dniu ruszyliśmy w kierunku Myoko. Miejsce określane w mediach freeride’owych, jako lokalizacja, do której nikt nie zagląda i tym bardziej nikt o niej nie wie. Jak okazało się na miejscu legenda ta jest już od bardzo dawna przeterminowana. Jednak za nim tam dotarliśmy nasza uwagę przykuł ośrodek leżący pod drugiej stronie góry Madarao . Było już dosyć ciemno, aczkolwiek nawet przy takiej widoczności i z takiej odległości można było wyczuć, iż posiada on duży potencjał. A poza tym musieliśmy sobie zrobić galerię zdjęć z największym grzybem śnieżnym, jaki osiadł na ludzkiej infrastrukturze i jakiego udało nam się odkryć podczas naszej wycieczki..

Do Myoko dotarliśmy już po zmroku. Okazało się, że w czasie podróży musieliśmy wykonać kilka niezaplanowanych manewrów drogowych i jak możecie zauważyć na zdjęciu były one dosyć karkołomne. Koperta w najbardziej zaludnionym, włoskim mieście to przy tym na prawdę malutkie piwko. Kolejna fotka zdradza tajemnicę tytułu odnośnie tej serii. Niestety nie udało nam się wziąć udziału w tym festynie sportu, a ponoć rywalizacja o tego typu charakterze jest niesamowicie popularną rozrywką po tej stronie globu. Zostać mistrzem Pumping Derby to zapewne wielkie wyróżnienie i zasłużony, dożywotni respekt wśród znawców tematu. Cóż, możemy sobie tylko wyobrazić ten splendor.

Miasto przywitało nas bez większego entuzjazmu. Przyjechaliśmy w momencie, kiedy jeszcze nic specjalnego nie działo się w chmurach, a okoliczne bary zaczęły się leniwie zapełniać spragnionymi „Brytyjczykami” różnej maści. Jako wzorowa drużyna sportowa, która świeci przykładem tak samo za dnia jak i po zmroku postanowiliśmy nie rzucać się w oczy. Dlatego też wykonaliśmy krótki zwiad w centrum – spacer, zakupy i lekka konsumpcja. Choć przypominam sonie, że Maćka trochę ciągnęło do jednej speluny. Zniósł to dzielnie idąc grzecznie spać.

Przed wybiciem północy w powietrzu można już było wyczuć to „coś”. Lekkie, przyjemne świerzbienie nosa zwiastujące rychłe zmiany w pogodzie. Chyba nie myślicie, że przyjechaliśmy do najbardziej sławnej z tajnych japońskich miejscówek na zwykły puder? Oj nie, my przyjechaliśmy po ten puder, który sięga po same pachy, a nawet wyżej! Chrapiąc spokojnie na przydrożnym parkingu nie spodziewaliśmy się tego, co czeka nas po otwarciu drzwi..

Słyszeliśmy odgłosy potężnych maszyn do odśnieżania, aczkolwiek trudno było nam sobie wyobrazić, że w 5-6h sypnie nam prawie po sam materac..

Powiem szczerze, że dało nam to ostro do myślenia. Każdą następną noc przed prognozowanym opadem parkowaliśmy nasz mobilny dom na ulicach o znacznym spadku tak, aby bez zamoty wyjechać ze śnieżnej otuliny i przypadkiem nie przeszkadzać lub o zgrozo nie być zmiażdżonym przez ciężki sprzęt do odśnieżania. Białe auto, biały puder w dużej ilości i ogromny buldożer, scenariusz czarnej komedii jak na zamówienie. Straszono nas również śmiercią prze uduszenie poprzez zasypanie. Śmieszyły nas trochę takie przestrogi, ale wierzymy, że tego typu sytuacje miały miejsce. W końcu Japonia to takie miejsce, gdzie wszelkiego typu abstrakcyjne scenariusze mogą się wydarzyć. Jeśli nie tutaj to nigdzie!

20150210_072453

Poza tym musicie przyznać, że wschody słońca w Myoko są bardzo romantyczne. Osobiście byłem o krok od oświadczyn. Niestety Maćkowi nie podobał się pierścionek, który dla niego wybrałem. Ponoć zbyt mały kamień..?!

Długo się nie zastanawiając wszamaliśmy szybkie śniadanie. Następnie Maciek pobiegł wyposażyć się kolejną „Zumę” do lokalnej wypożyczalni i za nim zdążyliśmy się zorientować siedzieliśmy w najmniejszej gondolce świata. Przytulna atmosfera i widoki za oknem nastrajały bardzo pozytywnie.

DCIM100GOPROG0090529.

Nie wzięliśmy pod uwagę tylko jednego, mianowicie okazało się, że nie tylko my sprawdziliśmy prognozę. Mit rzadko obleganej miejscówki prysł już w pierwszej kolejce do krzesła. Tak głodnych puchu homo sapiens nie widziałem nawet na Pilsku. Wystarczyło 1,5h by teren znajdujący się w pobliżu krzeseł, a nie było go mało zamienił się w ściernisko. Nadgorliwi Australijczycy potrafili je ubijać przez cały dzień. Wszak kto bogatemu zabroni?

Nieodwracalnie przyszedł czas na założenie foki i zgłębienie rejonu znajdującego się powyżej lasu. Pierwszą rzeczą, jaka przykuła moją uwagę były wielkie kule śnieżne, które do tej pory znałem wyłącznie ze zdjęć. Mieszkają one prawie na każdym drzewie. Natomiast drugą anomalią był ślad po fokach sięgający ponad kolana. Pierwsze w ogóle niespotykane, drugie rzadko spotykane w Europie. Ponadto pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się wymienić, podczas dnia deski z węższych na szersze. Niestety 109 mm pod butem topiły się niczym żelbetonowe kalosze. Trzeba było wyciągnąć coś większego kalibru, czyli 124 mm. Tego dnia dały sobie radę.

Rozkosz, jaką dawała jazda w tak głębokim puchu ciężko zamienić na słowa. Śniegu były takie ilości, że strach paraliżował i nie pozwalał pójść jeszcze wyżej. Tutaj mamy do czynienia z kolejną różnicą pomiędzy europejską zimą. U nas nie spotkamy takich ogromnych mas śniegu. Ilości które bez problemu potrafią zakryć drogi, domy i drzewa. Tutaj nikogo to nie dziwi i dla narciarza działa hiper intensywnie na wyobraźnię. Nawet nie ma potrzeby przechodzenia jakiegokolwiek kursu lawinowego (to tylko przenośnia!) przed przyjazdem, gdyż tysiące ton sześciennych gwiazdek komunikuje w prostym, widocznym gołym okiem języku, gdzie znajduje się granica rozsądku, a gdzie rozpoczyna strefa realnej głupoty, znanej również pod prostszą nazwą – pewna lawina.

Mimo ogólnej ekscytacji tego dnia poczuliśmy również pierwsze zmęczenie materiału. Na szczęście okazji do odpoczynku nie brakowało. Przede wszystkim nazajutrz miał dołączyć do nas znany polski telemarker, Tomasz Durkacz. Poza tym szła lekka odwilż, która jednocześnie zwiastowała kolejne opady. Po trzecie i chyba najważniejsze dla Maćka, musieliśmy znaleźć sklep, który posiada w ofercie splitboard’y. Spożyliśmy lekki obiad i obraliśmy azymut na Hakubę, gdzie mogliśmy odhaczyć wszystkie powyższe punkty programu.

20150206_140427

Mimo, że Myoko nie jest już „tajne” zdecydowanie warto je odwiedzić, gdyż jest jednym z bardziej wszechstronnych ośrodków narciarskich, a z całą pewnością jest jednym z większych w całej Japonii. Samo miasto również posiada swój niepowtarzalny urok.

Powrót do Hakuby odbył się bez większych przygód. Te same, długie i zakręcone serpentyny doprowadziły nas do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą eksplorację Japońskich Alp. Był późny, senny piątkowy wieczór. Nie kombinowaliśmy za bardzo. Od razu ustawiliśmy pojazd na znajomym parkingu, który jak się okazało wypełnił się weekend’owymi podróżniko-narciarzo-snowboardzistami. Lekkie suszenie betów w toalecie, szczotkowanie zębów, ciepły napój z automatu i mogliśmy spokojnie udać się na spoczynek. Nazajutrz czekał nas leniwy dzień, kilkanaście godzin snu przeobrażonego w drzemki, relaks w onsen i znakomita szamka. Wszak puchu nie zabraknie tutaj dla nikogo. Prognozowany, świeży opad miał nastać równo za dwa dni. Mieliśmy sporo czasu na regenerację sił i komfortową medytację na temat tego, co się wydarzyło, a wydarzyć miało..

Przy okazji poddaliśmy testom nasze nowe plecaki lawinowe i jak się okazało działały bez zarzutu. Polecamy Jetforce’a wszystkim tym, którzy lubią dużo i długo podróżować, szczególnie, jeśli korzystają z usług linii lotniczych. Na żadnym lotnisku nie musieliśmy nawet tłumaczyć, do czego służy ta cała machineria schowana w jego wnętrzu. Komfort, oszczędność i wygoda.

Tomasz przyjechał autobusem wprost z Tokio, wcześniej pokonując niebywałą odległość powietrzną pomiędzy Warszawą z małym przystankiem w Moskwie.

10509542_10202314231257405_3297774298017764720_n

Za raz po powrocie skonstruował ten ruchomy obrazek. Miło się ogląda!

Jako, że człowiek ten mierzy nieco ponad 2 metry nie mógł on technicznie nocować w naszym skromnym Nissanie. Dlatego też korzystał z gościnności pensjonatu i tym samym poznał wielu ciekawych ludzi oraz, co niemniej ważne miał dostęp do japońskiej telwizji! My natomiast wybierając zameldowanie w samochodzie skazaliśmy się na specyficzną samotność bez telewizora, a musicie wiedzieć, że Japońska telewizja to wielka i mistyczna przygoda. Owszem patrzono na nas z podziwem, aczkolwiek dotknięcie nas palcem nie wchodziło już w rachubę. Czasami ogarniał nas wielki smutek z tego powodu. Nikt się nie chiał z nami kolegować!

DCIM100GOPROG0070462.

Niemniej jednak czas odpoczynku dobiegł końca. Ktoś w końcu musiał przetrzebić nietknięty puch! Słowo ciałem się stało i następnego dnia zameldowaliśmy w ośrodku Tangram Ski Circus.

Tangram jest bliźniaczym ośrodkiem w stosunku do Madarao, aczkolwiek mocno lansowane są tutaj klimaty rodzinne. Z tego prostego powodu w odróżnieniu od ośrodka znajdującego się po drugiej strony góry nie spotkamy tutaj hordy snowboardzistów. W zamian możemy natknąć się na szkolne, zorganizowane oddziały narciarskie, które z niesamowitym zapałem ćwiczą jazdę synchroniczną. Koniecznie trzeba to zobaczyć.

20150208_161555

Połączenie obu ośrodków gwarantuje niebywałe możliwości eksploracji i szybkiego przemieszczania się po tym terenie. Rezultatem tych manewrów było znalezienie pięknej ściany zwieńczonej komfortowym trawersem powrotnym, czyli tego, co Polaczki lubią najbardziej. Uroku dodawał fakt, że miejscówka ta i jej możliwości były znane nam i może trzem lokalnym snowboardzistom. Prywatna ściana na Japońskim padole, bezcenna zdobycz!

Niektórym zamarzyła się sesja niczym z Wielkiego Żurnala..

Mając jeden, papierowy karnet na dwa resorty mieliśmy okazję odwiedzić ciągle śpiących przyjaciół w naszej ulubionej restauracji o typowo japońskiej nazwie – Heidi.

20150209_132210

Podziwialiśmy również specyficzne wynalazki tutejszej motoryzacji..

20150209_085737

Korzystaliśmy także z Taśmy Śmierci Psychicznej i wyobraźcie sobie, że nie można tam było stanąć z nartami na nogach, ale ze snowboardem już tak..Madarao?!

20150208_123149

W międzyczasie testowaliśmy także nowe umiejętności narciarskie. Po kilkudziesięciu dniach spędzonych wyłącznie w samochodzie człowiek zaczyna lewitować. Potwierdzone!

Natężenie sygnału wi-fi sprawdzaliśmy regularnie. Wcale bym się nie obraził gdyby jej – wifi – tam nie było. Kiedy była „On” czułem się jakbym był w Japonii trochę mniej..

20150208_162639

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić testu skuteczność kompresorów do czyszczenia sprzętu ze śniegu. Super prosty i skuteczny patent. Da się? Proszę również zauważyć, iż Maciej nosi na swoim lewym ramieniu standardowe wyposażenie wymagane do identyfikacji istnienia i ważności karnetu. Wszyscy tam takie noszą i nikt się nie wstydzi.

20150208_162050

Tymczasem niebiosa otworzyły swoje podwoje i zaczęło sypać, ale z taką intensywnością, jakiej jeszcze moje oczy nie widziały..

20150208_162802

Dobrze, że parasolki znajdowały się w tzw. „standardzie” naszego Nissana..

20150208_163401

W nocy trochę dosypało, dlatego zostaliśmy na jeszcze jeden dzień. Niestety toaleta w Madarao nie jest taka spoko, gdyż ma ustawiony termostat na kaloryferach. Jednak wszystko poza tym jest cacy. Podgrzewane deski klozetowe sprawowały się bez zarzutu. Wnętrznie w drewsnie, chyba sosna, kojący zapach. Śnieżne służby systematycznie dbały by każdego ranka poziom nowego śniegu nie przekroczył górnej granicy cholewki naszych butów. Chwała im za to!

Kolejnego dnia żarty się skończyły!

10945280_10152887308603241_7476174411930572870_n

Widząc, co zapowiadają prognozy teleportowaliśmy się do Myoko. Jak okazało się na miejscu staropolska ludowa maksyma „Klęska urodzaju” ma oparcie w rzeczywistości. Radości było, co nie miara!

Miejscami śniegu było tak dużo, że do Ch*ja Wacława nie dało się tego przepchać do przodu. Tego dnia żałowałem, że moje narty nie mają przynajmniej 140 mm pod butem i wagi 0,5 kg, obie. Myślicie, że to zabawne? Wyobraźcie sobie, że spadło tyle śnieżnobiałego puchu. Nigdy nie widzieliście w swoim życiu więcej. Lekkiego, sypkiego i rozpływającego się w ustach. Niestety jazda w nim nie sprawia takiej frajdy jak się spodziewaliście, bo..jest go po prostu ciut za wiele?!

Jest to chyba jedyne poważne zmartwienie japońskich freerider’ów. Zbyt duża ilość śniegu. Chcielibyśmy mieć takie problemy w Polsce. Żądamy takich komplikacji w pogodzie! Abstrachując od tej „olbrzymiej tragedii” jaka nas dotknęła humory nam dopisywały. Stwierdziliśmy, że podejmiemy wyzwanie. Przeypychaliśmy puder cały Boży dzień i ten następny także!

DCIM100GOPROG0110548.

Część czwarta, prawdopodobnie ostatnia już niebawem. Zapraszam już teraz! A na zachęte jeszcze jeden rzut oka na Myoko. Czas na trochę lokalnej kuchni i deser. Wiedzieliście, że lubią tam pakować słodycze do zamkniętych opakowań bez zdjęć i grafik na froncie opakowań? Proszę nie panikować, gdyż zawsze można zrobić odlew z tworzywa sztusznego i postawić obok. Co kraj, to obyczaj!

Zdjęcia: Maciek Leszczyński (Pure Powder), Tomasz Durkacz oraz moje własne.

Pumping Derby in Japan | Część #2 | Luty | 2015

Po dwóch, rozgrzewkowych dniach spędzonych w Hakubie – Pumping Derby in Japan | Część #1 –  postanowiliśmy rozszerzyć nasze horyzonty o kolejne miejscówki. Jednak przed wyjazdem musieliśmy uskutecznić pewną ekscytującą sesję fotograficzną. Maszyny do odśnieżania są na prawdę ogromne. Taki potwór bez problemu łyknąłby naszego Nissana na śniadanie i nawet by się nie zaksztusił tanią tapicerką. Teraz już wiecie jak powstają wysokie na kilka metrów tunele drogowe. Na bogato i z rozmachem.

Sprawdź także!

Docelowo zmierzaliśmy do Myoko Kogen, aczkolwiek po drodze nasz cygański tabor zacumował w ośrodku narciarskim o nazwie Madarao Kogen i jak się później okazało było to miejsce, w którym zrobiliśmy najwięcej zjazdów podczas całego pobytu w Japonii. Madarao jest oddalone od Hakuby niecałe 80 km, lecz bezpłatna droga wiedzie stromymi serpentynami przez góry i wąskie wsie, czyli zamiast 1h jazdy autostradą tłukliśmy się (kilka razy) 2,5 h. Jednak dla oszczędności i samej przygody było to rozwiązanie wręcz idealne. W rejonie tym zrozumieliśmy również, co to znaczy prawdziwa japońska zima. Powiedzieć, że jest to inna skala w każdej kategorii, to nic nie powiedzieć.

Ta naklejka po prawej mówi innym użytkownikom dróg, że nie umiemy jeździć lewą stroną drogi. Nie kłamała.

20150205_101428

Na parking dotarliśmy na godzinę przed odpaleniem krzesełek. Mieliśmy trochę czasu na ogar, a nie było łatwo, bo musieliśmy wstać o 5 rano. Najpierw rzut oka na trasy i górski pejzaż. No właśnie, trasy. Takich szerokich nie ma nawet w Kotelnicy Białczańskiej, a sam sztruks jest perfekcyjny do tego stopnia, że aż żal po nim jeździć. Serio!

Tradycyjny rozruch gastronomiczny oraz przygotowanie mandżuru do kolejnego dnia pełnego puchu. W zasadzie nie musieliśmy się przebierać, gdyż strój bojowy był noszony przez 24h. Osobiście już drugiej nocy stwierdziłem, że odzieżowy powrót do cywila to abstrakcyjny wymysł zachodniej cywilizacji. Warto również dodać, że sklepy spożywcze (7-Eleven) serwują gotowane jajka na wynos. Zaskakujący jest fakt, że zawsze są na miękko. Pytam, jakim cudem?

Karneciki, oczywiście papierowe już w naszym posiadaniu. Bramek magnetycznych brak. Wszyscy Japończycy noszą karnety w specjalnych, przeźroczystych opaskach przypinanych na ramieniu. Kontrolę sprawują wyciągowi. Zero zamoty, kolejka idzie szybko. Czas skorzystać z materaca dla geriatryków i można cisnąć na szczyt. Po drodze pierwsze wyzwanie. Mianowicie pojedyncze krzesełko bez zapięcia. Nawet nie macie pojęcia, jakie jest ono wygodne i bezpieczne, rozkosz w czystej formie. Nie trzeba ściągać plecaka i gnieść się w dwójkę niczym na starożytnym krześle prowadzącym na Skrzyczne.

Uprzejmości nigdy zbyt wiele!

20150204_115722

Jeśli komuś się wydaje, że tam na wprost jest fura białego, nietkniętego puchu, w którym można się utopić z przyjemności ten jest w grubym błędzie. Wszystko, ale to wszystko zostało rozpizgane do cna przed naszym przyjazdem. Pozostało grzanie z buta po grzbiecie, ale jak się później okazało bardzo odkrywcze i przyszłościowe posunięcie.

20150204_091935

Każdy z nas wie jak to jest na nowe miejscówce, bez porządnej (czytelnej!) mapy i kogoś, kto już był i wie, gdzie znaleźć ciekawe miejsca do jazdy. W takiej sytuacji marnuje się czas na ich szukanie, a w tym samym czasie „Typowy Janusz” rozjeżdża „wasz” puch. Przykra prawda o freeride’owych miejscówkach leżących przy resortach.

Kto umie czytać „krzaki”?

20150204_105213

Na szczęście po wysiadce z pojedynczego krzesełka zlokalizowaliśmy pewną grupę Australijczyków, która była prowadzona – jak sam się określił – przez tzw. „Almost Guide’a”. Niestety jego kompetencje były na prawdę „almost”, co skończyło się źle dla trzech jego podopiecznych, którzy odrąbali (dosłownie) łopatami nawis wielkości Małego Fiata i polecieli z nim w las.

20150204_104406

Obyło się bez ofiar, aczkolwiek wystarczyłoby „Alomst Guide” stał 3 minuty dłużej pod tym nawisem wraz z trzema innymi podopiecznymi i/lub pod odpaleniu Mały Fiat przygniótłby jednego z trzech jego pogromców o drzewo. Jedne typek z tej „osławionej” trójki zrezygnował kompletnie z jazdy tego dnia i w zasadzie nigdy go już później nie spotkaliśmy. Prawdopodobnie sprzedał narciarski dobytek i przerzucił się na sporty letnie. Abstrahując od tego zdarzenia spotkanie z linią tej wielkości nawisów na całej długości grzbietu i to na zupełnie zalesionym było dla nas niezwykle szokujące i wcześniej niespotykane. Ogólnie był rozpi*rdol z tym śniegiem, delikatnie rzecz ujmując. W tym samym czasie budził radość i respekt.

Tego dnia było pochmurno, ale następnego lampion, a sam las taki jak mówili. Stromy i rzadki, jednym słowem seksowny. Widoczki z samego szczytu za 1 milion jenów!

Madarao ujeżdżaliśmy również dwa dni. Nie będę opisywał dzikiej rozkoszy, jaką doświadczyliśmy podczas oddawania płynnych i niezwykle spokojnych zjazdów. Wszystko zobaczycie na filmie w ostatnim odcinku tej opowieści. Jednak wszystko, co przyjemne zazwyczaj znajduje się z dala od komfortowych opcji turystycznych. Dlatego po każdym zjeździe trzeba było butować drogą. Po kilku dniach staliśmy się sprinterami na tym odcinku. Niestety codziennie łapaliśmy ogon, a ten ogon łapał następny ogon etc. Australijskie ogony liczą nawet do 12 uczestników. Strach się bać!

Na sam koniec trzy zabawne spostrzeżenia i jedna tragiczna historia pewnej deski. Mianowicie Maciek rzucił sobie taką gigantyczną firanę przed siebie, że jego deska zwariowała i uderzyła w drzewo. Efekty na zdjęciu..

20150204_112410

Na szczęście podjął odważną decyzję i skorzystał z usług wypożyczalni, których w japońskich resortach nie brakuje. W sumie jak się okazało, ciężej znaleźć sklep, gdzie można kupić nowy splitboard niż wypożyczyć wełniane majtki czechosłowackiej produkcji. Nie przesadzamy! Japonia to światowe centrum rentalu. Rzecz jasna Maciek od razu zażyczył sobie sesję zdjęciową ze swoją tymczasową torpedą – Zuma 160 cm (Made in China)

A teraz spostrzeżenia:

Japończycy uwielbij kręcone, włoskie lody. Ustawiają się po nie w kilometrowych kolejkach. Sam spróbowałem, rzeczywiście niezłe.

20150205_120327

Lubią także ucinać sobie drzemki. W naszych polskich realiach zapewne już by wszyscy krzywo patrzyli, bo pewnie pijany, naćpany lub in vitro?! U nich to jest normalka. Śpią tam, gdzie uznają to za stosowne i nikt im w tym nie przeszkadza. W tle kolejny gejzer z kręconymi „Włochami” o smaku waniliowym.

20150205_120640

Na jadalni zdarzały się całe stoliki takich śpiochów. My oczywiście grzecznie spożywaliśmy posiłek i denerwowaliśmy was wrzucając obłędne zdjęcia pudru przez darmowy internet. Na naszym miejscu robilibyście dokładnie tak samo! Taka ludzka natura.

DCIM100GOPROGOPR0501.

99% użytkowników stoków w Madarao jeździ na snowboardzie. W ogóle „jedna narta” jest tam bardzo kultowym środkiem transportu. Na początku nie zwróciłem na to uwagi, ale pierwszego popołudnia zacząłem się już poważnie obawiać o własne życie.

Codzienne wizyty w sklepie spożywczym to codzienna dawka pozytywnych emocji, witamin i wartości odżywczych.


Te cukierki w foliowym papierku to..? Oczywiście, że wołowina. Poza tym na mieście można było złapać w kadr kilka ciekawych kolorków i wzorów architektonicznych..

Dzień kończyliśmy zawsze w tej samej jadłodalni. Tam, gdzie trzeba było zakładać pantofle (pierwszy raz w życiu!;), podziwiać załądunek i rozłądunek młodzieży w wieku szkolnym oraz korzystać z jedynej w Japonii zimnej deski klozetowej izolowanej pluszem. Policzek dla naszych ud!

Widzimy się w kolejnym odcinku!

Zdjęcia: moje własne oraz Maciek Leszczyński (Pure Powder)