Rumunia | Góry Fogarskie (Munţii Făgăra) | 2009

-=Rumunia-Góry Fogarskie (Munţii Făgăra)=-

Wstęp
Kolejna włóczęga przygodowa, kolejna porcja „orientalnych” multimediów okraszona komentarzem. Pomysł, aby owdiedzić Rumunię powstał już dwa lata temu. Kiedy już wszystko zostało dopięte na, prawie, ostatni guzik okazało się, iż rozkminiłem sobie rozpoczęcie sezonu rolkowego. Nie pamietam dokładnie, ale chyba jakieś max dwa tygodnie przed terminem zero. Niestety tego dnia słońce nie świeciło dla mnie, po 2h zabawy skręciłem sobie lewy staw skokowy. Oczywiście na początku wydawało mi się, iż po prostu jest to jakaś lekka kontuzja, wprawdzie opuchlizna była dobrze widoczna, towarzyszył subtelny ból, ale czego się nie robi, aby oszukać własną psychikę, szczególnie w takich momentach. Realia okazały się nieco bardziej bolesne, przez moją głupotę i brak wyobraźni cała wycieczka pozstała w kraju, a marzenia o zamku Drakuli tylko i wyłącznie w głowach niedoszłych uczestników.
Rok później poszedłem ponownie odświeżyć swoją zajawkę wrotkową, tym razem stłukłem dosyć poważnie nadgarstek pływając w pool’u. Gupota do kwadratu? Otóż tym razem nie! Korzystając z nabytego wcześniej doświadzenia założyłem rolki dopiero po powrocie z Rumunii.. (jednak pojechałem, z dosyć poważnie „pęknietym chlebem” – spełnione fantazje snowboardowe)
Wyjazd wydawał się na początku, jakoś mało realny. Ciężko było o jakiś konkret informacyjny, wiele ciekawych zagadnień pozostawało bez rozwiązania, ale to chyba po prostu była streskupa:p
Pojechaliśmy w 4 osoby: Tomasz Dębiec, Maciek Leszczyński, Szymon „Zwierzak” Brzozowski i ja. Mimo, iż jeszcze w grudniu zdeklarowało się jakieś 12 osób?! Mówiąc szczerze nie wyobrażełem sobie i nadal nie wyobrażam tylu osób jeśli chodzi o taką formę wyprawy, gorzej niż w Zakopcu podczas majówki. Szkoda, że Monia się poturbowała i szkoda, że Kubę zatrzymała edukacja, a Pawła kontuzja, nie wspominając o Marku który nie wiem o czym sobie myślał odmawiając sobie tej przyjemności. Na szczęście życie nie kończy się na kwietniu 2009..w przyszłym roku nie ma, że boli!

Dzień nr 1

Dzień pierwszy charakteryzował się tylko i wyłącznie przeglądaniem dostępnych czasopism, nadrabianiem zaległości literackich oraz obserwacją przewijającego się, za oknem samochodu, krajobrazu..
Rejon naszej eksploracji to Góry Fogarskie. Stanowią one najwyższe pasmo górskie odgraniczające Transylwanię od południa Karpat Południowych, a zarazem są najwyższymi górami Rumunii. Kilka szczytów przekracza wysokość 2500 m, a większość pozostałych 2400-2450 m n.p.m.

Jak można się łątwo domyślić wszystko zaczęło się na ojczystym gruncie..

Nielegalne oprogramowanie logistyczne zostało uzbrojone..

Ruszyliśmy w pełnym składzie z Krakowa. Później zerwał mi się film, nie pamiętam kiedy przejechaliśmy przez Słowację, ale ponoć bez szału jeśli chodzi o to państewko.
Świadomość powróciłą dopiero po zawitaniu na Węgry..

Pierwsze tankowanie, pierwsze kadry..

Pierwszy gulasz oraz nieodparte wrażenie, iż ten język jest bardzo intrygujący..

Po przestudiowaniu karty obiadowej wszyscy przyjęli „ładna minę do złej gry”..

..i, aby ukryć zażenowanie z powodu braków lingwistycznych większośc skierowała swoje zainteresowanie w obszary które są jej znane nieco bardziej..

Restauracja wydawała się bardzo elegancka. Jednak jak się okazało tylko na okładce..

Tak czy inaczej gulasz był na pełnym wypasie, napoje i narkotyki również..

I tak sobie jechaliśmy, wertując, czytając i piejąc nad wyższością naszej, pięknej polskiej rzeczywistości w porównaniu z rzeczywistością krajów które mijamy..

Ostatnia chwila by dowiedzieć się czegoś więcej na temat celu wyprawy..

Tak minął cały Boży dzień, aż w końcu dotarliśmy do długo oczekiwanej Rumunii.
Typek ze straży granicznej był zniesmaczony wiadomością, iż przyjechaliśmy, aby pospacerować sobie po górach. Zasugerował, aby skoncentrować się na lokalnych kobietach..może następnym razem..

Dzień nr 2

Ostatnia fota „Dnia nr 1” przedstawia pokaźny market w którym można było się zaopatrzyć w rodzimye soki Tymbarka, oraz np. alkohol etylowy na którego etykiecie dumnie widniała cyfra 94%..do herbatki jak znalazł:]
Po wykonaniu niezbędnych zakupów spożywczych ruszyliśmy w dalszą drogę. Jeśli kogoś interesuje cennik, to wygląda on podobnie jak w poldonie, czasami jest nawet nieco wyższy..witamy w unii:/
Po kilkunastu kilometrach oraz odrzuceniu kilku ekskluzywnych restauracji drogowych dotarliśmy do tej która wyglądała na najbezpieczniejszą..i otwartą.
Po wejściu zostaliśmy dokładnie i bez żadnych skrupółów przeanalizowani przez lokalną gangsterkę. kelner przypominał cyrkowego wodzireaja, ale posiadał swój unikalny, fachowy styl. Ponoć zupka była pyszna, jak ona się nazywała..?
Tutaj znowu urywa się mój film, prowadziłem furgon przez prawie całą madziarską krainę. Opuszczając polski krajobraz żeganliśmy się na moment z widokiem między-sezonowym, mówiąc prościej, brudna zima przeistaczała się w niewinną wiosnę. Na węgrzech wiosna była już pełnoletnia, w Rumunii wręcz przechodziła menopauze. Nie była to moja pierwsza wizyta na węgrzech, aczkolwiek tym razem stwierdziłem, iż posiadanie obywatelstwa tego kraju oraz, jednocześnie, zajawki na śnieg może być przyczyną poważnej depresji..wszędzie jest płasko, nie przepadam.
Ponoć całą noc podróżowaliśmy poprzez rumuńskie miasta, wioski i wsie. Obudziłem się tylko raz, w momencie kiedy zaistniało ryzyko, że uderzymy w bok czarnej Łady która nie raczyła nas powiadomić o momencie zmiany kierunku jazdy.
Później już tylko migawki..pokonywanie 1000 km nie jest moim hobby i nigdy nim nie będzie.
W koncu dotarliśmy na miejsce, miejsce garażowe naszego pojazdu. Niestety trochę przesadziliśmy z prędkością i okazało się, iż o tej porze, możemy co najwyżej kontynuować nasz sen, co też uczyniliśmy.
Wstałem jak tylko pierwszy słoneczny promień przebił się przez zasieki skonstruowane z chmur i mgły. Cała reszta śniła jeszcze o swoich pierwszych dziewczynach..

Tak na prawdę nie miałem pojęcia gdzie jesteśmy i co to za zabudowania. Wykonałem mały rekonesans i okazało się, iż jest to jakiś hotel i jakaś kolej gondolowa. Chmury satcjonowały bardzo nisko tak więc niewiele było do podziwiania.

Po wykonaniu niezbędnych czynności BHP spotkałem się z resztą załogi, która pokazała mi bardzo ciekawy przykład na praktyczne wykorzystanie otaczającego krajobrazu..

Jak widać polska edycja „Gwiazdy Tańczą Na Łajnie” zyskała ogromną popularność również w krajach południowej Europy..

Później pojechaliśmy sprawdzić czy serpentyny drogi TransFogarskiej są przejezdne. Po 300m okazało się, iż nie ma na to szans..



To też wróciliśmy do poprzedniego punktu i zaczeliśmy pakunek naszych plecaków „małolitrażowych”. Trochę nam to zajeło, ale efekty przerosły, jak zwykle, najśmielsze tezy radzieckich inżynierów.

Czy warunki techniczne Dziennika Ustaw o Turystyce Wysokogórskiej dopuszczają taki brak wyobraźni..?

Z całą pewnością zakazują takich o to ekscentrycznych zachowań..

(..swoją drogą ciekawe gdzie zostało to „znalezione”..pedofil!?:)

Do pokonania mieliśmy według mapy i słupków informacyjnych jakieś 14 km. Biorąc pod uwagę fakt, iż każdy z nas niósł na plecach cieżar porównywalny do masy własnej statystycznej teściowej, nie było nam do śmiechu.
Już po kilkuset metrach mieliśmy serdecznie dość tego bagażu. Zawsze tak jest na początku, wszystkie te paski, sprzączki i inne pierdoły wkurw. oporowo. Później wiadoma sprawa, człowiek jest tak zmęczony, ze ma wyjeb. na wszystko. Tomek na dodatek dostał plecak w prezencie..hehe..darowanemu koniu nie patrzy sie w uzębienie, nieprawdaż?:>

Na tym początkowym etapie podjra zgasł. Z czasem było gorzej niż lepiej..a i tak gówno było widać?!

Wlekąc się zakrętami co rusz natykaliśmy się na jakieś dziwne ślady dużych łap które z pewnością nie zostały pozostawione przez okoliczne zajączki. Czasami można było napotkać jakąś niedojedzoną, ciężką do identyfikacji, padlinę. Droga na prawdę była sroga. Ciągneły się te serpentyny jakby prowadziły wprost do piekła. Co kilkaset metrów były poprzecinane śnieżnymi, tudzież kamiennymi lawinami.

Ten lokal nie nadawał się nawet na latrynę publiczną..

Twoja Stara jest Easy Go..!

W końcu, dotarliśmy do miejsca które mówiło, iż już można założyć foki. Tak więc Tomek i Zwierzak sobie założyli, natomiast Maciek i Piotrek „założyli”, iż bedą mieli teraz lekki brak przewagi. Jak wiadomo nie od dziś, jesteśmy bez motywacji, jeśli widzimy, że ktoś wyprzedza nas o kilkadziesiąt (set) metrów świetlnych..i to nie tyczy się tylko wycieczek!?!

Popatrzcie sobie uważnie na urządzenie które trzyma Tomasz. Nazywa się to Alpine Trekker, działa w pupę i mozna kupić to tutaj-> [Hiver.pl] ..przed sezonem na bank sobie takie sprawię!

Ha..okazało się, że teoria którą przedstawiłem powyżej nie sprawdza się zawsze. Ruszyliśmy wraz Maćkiem i naszą determinacją ostro do przodu. Do słupka który mówił nam, iż do góry jeszcze 7km tyrania, dotarlismy jako drużyna zwycięska..sukces był słodki jak golonka z bitą śmietaną!

Później okazało się, iż ta piękna okolica..



..będzie naszym nowym domem, toaletą i ogrodem przez najbliższe kilka dni. Po wytypowaniu ustronnego miejsca, przystąpiliśmy do obiadu.

Osobiście w tym momencie zniesmaczył mnie jeden, ewentualnie dwa, fakty. Mianowicie zastanawiałem się dlaczego w takim wspaniałym miejscu ktoś wybudował tę, nikomu niepotrzebną, krętą drogę oraz postawił te eleganckie słupy energetyczne..?

Zapewne na ten pomysł wpadł Wielki Komunistyczny Wódz na literę „Czał”, aczkolwiek trochę sobie skorzystaliśmy z jego zwariowanych budowli, ale to w kolejnych dniach tej fascynującej historii.

Po obiadku godzina była jeszcze bardzo młoda, a my nabraliśmy sił witalnych które trzeba było w jakiś sposób zamordować, gdyż ciężko na rześkości zasnąc w tych warunkach. Szybko narodził się plan zjazdu z pobliskiego zbocza.

Chmury i mgła nadal spowijały wszystko co znajdowało się nad nami, przed nami i za naszymi plecami. Po wdrapaniu się na zbocze próbowała nas chyba udusić..


Ciągle coś nam bzyczało nad głowami, nie mieliśmy za bardzo pojęcia co może wydawać takie dźwięki. Znaczy domyślaliśmy się, żeby nie wyjśc tutaj na całkowitych gupków, ale przez tą ścianę mgły ciężko było się ogarnąć. Mgła na chwilę ustąpiła, a obieky nad naszymi głowami pojawiły się tak niespodziewanie jak „Bolek” na zjeździe Libertasu..

Naszym śmiałką nie wystarczya jednokrotna próba. Mimo, iż warunki były dosyć mizerne na tej wysokości, Oni poszli zakosztować tej słodyczy raz jeszcze..

„Słuchaj Maniek, weź zasupełkuj te dziwne warkocze, zabierz w łapę te swoje śmieszne kredki i napinamy do góry!”

Następca Człowieka Żarówy w akcji…

Nagle mgła ustąpiła, a naszym oczą pokazał się piekny górzysty, energetyczny i serpentynowy krajobraz..

Emocjonalny terror..

Ciemność zbliżała się wielkim krokami, czas pakować się w kokony..

Ostatnia herbata tego dnia..

Dzień nr 3

Według mojego termometru biologicznego ta pierwsza noc spędzona pod „gołym niebem” była najzimniejsza, choć na Ukrainie przeżyliśmy większe hardkory, nie wspominając w jakich temperaturach „pracowała” ekipa która wybrała się pojeździć w okolice Borżawy. Tym razem mieliśmy dużego farta jeśli chodzi o ten aspekt.
Poranek powitał nas w sposób niezwykle gościnny, trochę czasu mineło, aby słońce zajrzało do naszej doliny, ale lepiej później niż wcale.

W końcu mogliśmy się przypatrzyć oldchoolowej gondolce. Wyjeżdżała tylko i wyłącznie wtedy kiedy zebrało się 10 śmiałków. Początkowo rozkminialiśmy jakieś dziwne manewry typu zejść do dolnej stacji (tam gdzie fura pozsotała) i wyjechać sobie, ale całe szczęście, iż nasz kolektyw działał według zasad strikte demokratycznych:]


Każdy poranek rozpoczynał się tradycyjnym parzeniem herbaty, później uroczysta szama, beznamietne mycie naczyń, pakowanie softwear’u, składanie i kitranie hardwear’u. Jeśli te wszytskie, dobre uczynki zostały odchaczone to mogliśmy ruszać w górę.

Jednym ze „sponsorów” tej wyprawy miał przyjemnośc zostać producent kaszek dla niemowląt. Generalnie bardzo smaczne i pożywne, aczkolwiek nie należy ich mieszać z suszonymi owocami, zaraz po zjedzeniu makaronu frutti di mare..ale otym później..hyhy:)

Zapomnaiłem dodać, iż uczestniczy tworzyli również swoje indywidualne tradycje. na przykład Człowiek Meduza vel Predator miał w zwyczaju znikać na kilka chwil wraz ze swoją komercyjną reklamówką. Twierdził, iż spaceruje ze względów sanitarnych, aczkolwiek kogo chciał zwieść tą tanią historią. Dobrze weidzieliśmy, iż ten synek koloportuje bibułę..!

Aby skitrać namiot i „teściowe” trzeba było przejść przez płytki, ale przerażająco zimny, rwący potok. Podczas całego wyjazdu prawie nikomu nie udało się wpaść..


Ostatnie spojrzenie na wycięte, dzień wcześniej, kreski..

Wspinaczka na ostatnią „półkę” doliny trwała jakieś 2h. Biegacze zazwyczaj docierali do celu nieco szybciej..


..jednak prawdziwi turyści pozostali wierni konserwtywnym sposobom teleportacji..

Po drodze można było podziwiać pieknie wypiętrzone, w sposób naturalny, „przeszkody”..

..oraz te które wypiętrzyły się nienaturalnie..

Na „szczycie” znajduje się jezioro Bâlea Lac, które mimo własnej woli, musiało połączyć się symbiotycznym związkiem z górną częścią kolejki, schroniskiem Bâlea Cascadă, hotelem, reastauracją i niestety usługą skuterową. W okolicy znajdował się również kilometrowy tunel, do którego prowadzi pierwsza częśc Trasy Transfogarskiej przecinającej masyw północy i południowy. Droga ta zimą jest totalnie zasypana, nikt nie dba o jej odśnieżanie, ponoć jest przejezdna dopiero w „okolicach” czerwca.
„Plotka” mówi również, iż gdzieś w okolicy jeziora swoją rezydencję, jedną z wielu, posiadał sam dyktator „Czau”.

Kiedy nasza skromna wprawa, w całości, docierałe w pobliże jeziora, zazwyczaj napotykała na zdziwione spojrzenia „turystów” którzy podziwiali naszą „wspinaczkę” z lotu ptaka, czyli z gondolki. Prawie każdego dnia zasiadaliśmy na tarasie, zamawialiśmy pyszne zupy, a Redaktor Dębiec, jako najstarszy stopniem, kupował złocistego Ciucia, którego przemianowaliśmy na Ćwoka. Jak nie trudno można się domyślić, Ćwok został jednym z głownych motywatorów pierwszej części wspinaczki na poszczególne szczyty:]
Okąd zaksoztowaliśmy tego złocistego likieru nasza przygoda nabrała zupełnie innej barwy, barwy szczęścia..

Lunch Time na wysokości 2030 m n.p.m…

Redaktor Dębiec wypatruje najśmielszej z linii..

..wzruszenie na twarzy spowodowane tęsknotą za ojcowizną..

Prócz wszystkich opcji gastronomicznych suszyliśmy w tym czasie garderobę, szczególnie jeśli ktoś zapomniał, iż w okresie od 1-3 maja nie zakupi w swoim ojczystym kraju żadnych butów o specyfice typowo górskiej..

Bacznie obserwowaliśmy ewolucje freestylowe..

..i co najważniejsze korzystaliśmy z humanitarnej toalety (za wyjątkiem Człowieka Meduzy, który załatwiał szambo podczas koloporterowania).
Jak już się napełniliśmy nasze żołądki i wybraliśmy koncepcję zjazdu następowała druga część programu, czyli wspinaczka na jeden z dostępnych szczytów. Tutaj nie było już przelewek, robiło się coraz stromiej, a pokrywa śnieżna z super miętkiej przeistaczała się super twardą skorupę..dobrze, że towarzyszyła nam przynajmniej, żółta lampka na nieboskłonie.
Tego dnia dogoniliśmy ekipę rumuńskiej młodzieży. Wśród tej grupy zapalonych poszukiwaczy przygód znajdowało się kilku chłopców i jedna dziewczynka. Za wyjątkiem jednej osoby wszyscy jakoś sobie tam radzili z praktycznym posługiwaniem się sprzętem narciarsko-snowboardowym. Po krótkiej sesji foto wyruszyli oni w sąsiadującą dolinę. Zjazd który zajął części lepie jeżdzącej jakieś 6 min, osobie która na nasze oko miała narty może 2gi raz w życiu na nogach, zajął ten dystans niebagatelne 30-40 min. Takiej skomplikwoanej linii zygzaków nie widzieliśmy od lat, kreatywność oraz skręty „przechodzone” wprawiły nas w nie małe osłupienie. Oczywiście jego „koledzy” byli zaabsorbowani wyłącznie sobą. Początkowo myśleliśmy, że wyjadą sobie z tej doliny jakimś szlakiem który prowadzi w dół, jak się później okazało nie było tam żadnego szlaku, ale o tym później..

Made it yeah!

Że so..?

Już z tej wysokości widoczki były zacne..


Większa Rozdzielczość


Na tym etapie jeden z uczestników stwierdził, iż możliwości techniczne jego zaplecza sprzętowego nie sprawdzą się w dalszej części podróży. Po pięknej autoprezentacji ruszył szaleńczym pędem po stromej ścianie w dół, aby z tamtej perspektywy podziwiać nasz bardziej profesjonalny zjazd;]


Większa Rozdzielczość

Natomiast nasz trójka ruszyła w stronę wymarzonego szczytu..

Ścieżka była na prawdę stroma i zdradliwa..


..aczkolwiek po drodze można było raczyć się pięknymi rzeźbami natury..



W końcu, po kilkudzięsięciu minutach cel Dnia 3 został osiągniety..

Nawet ja nie skrywałem pełnej radości..

Podstawowe czynności pordróżnika, zdobywcy szczytów..


Panoramen


Większa Rozdzielczość

Po kilku refleksyjnych momentach rozpoczeliśmy długo oczekiwany zjazd..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Dojeżdzając do jeziora stwierdziliśmy, iż warto było by się bliżej przyjrzeć konstrukcji betonowej która była wjazdem do tunelu prowadzącego do drugiej doliny, o którym wspominałem wcześniej. Z całą pewnością miała ona potencjał..


Większa Rozdzielczość



Spot wykorzystaliśmy na kilka sposobów..


Większa Rozdzielczość

Maciek..


Zwierzak zaprezentował jak ciasno czuje się korek w butelce wina..

Zbliżając się do jeziora nasze podniebienia zaczeło nękać pragienie..

Kiedy zostało zaspokojone ruszyliśmy do koszarów..


Większa Rozdzielczość

Szybka szama w postaci gulaszu z niedźwiedzia..

Spojrzenie w kierunku zachodzącego słońca..

Tutaj wracamy do momentu kiedy rumuńska młodzieżowka pojechała w dolinę. Około godziny 21wszej, kiedy już smacznie sobie spaliśmy, zbudziły nas dziwne odgłosy. Zaciekawiło nas kto może tak bezmyślnie wracać o tej, ciemnej już totalnie, porze nocy?!?
Heh..zgadliście. Gupota tych ludzi wprawiła nas w totalne osłupienie, większe niż w południe. Od naszgo obozu do dolnej stacji gondolki było 7 km. Trasa wiodła serpentynami, ale tam momentami było tak stromo i niebezpiecznie, że szok. A skąd wiedzieliśmy, iż byli to oni..oczywiście znajome zygzaki na śniegu. Doszliśmy, iż były to ostatnie, na długo, ślady tego wytrawnego narciarza, postawione w tak wysokich górach. Proponujemy również zweryfkiowanie listy znajomych..

Dzień nr 4

Poranek tego dnia był bardzo pochmurny i co wiązało się z tym jezdnoznacznie, troszkę zimniejszy niż wcześniejsze. Standardowa pobudka między 7mą, a 8smą rano. Po wyjściu z „przestronnego” apartamentu rozpoczynaliśmy od użyźnianie lokalnego trawnika za pomocą żółtego kwasu..i tutaj chyba wypadało by napisać, iż następnym krokiem było szczotkowanie uzębienia, ale ja osobiście umyłem moje gniazdo próchnicy zaledwie jeden raz podczas tej wyprawy. Reszta „kadry” chyba też zbyt często nie sięgała po szczoty, przynajmniej nikogo nie nakryłem. Życie na odludziu wypiera i grzebie na wieczne zapomnienia wszystkie te cywilizacyjne zwyczaje:]
Czy Twój denstysta ma świadomość, iż zaniedbujesz szczotkowanie podczas urlopu..? (niech każdy zada sobie to pytanie;)
Czwartek na starcie nie wprowadził nas w dobry nastrój, tak więc postanowiliśmy sami sobie go „ugotować”. Do śniadania zaprosiliśmy makaron oraz gigantyczną konserwę mięsną którą, w sposób heroiczny, przyniósł Zwierzak..a trochę sobie taka pucha waży.
Zaraz po pożarciu wielkiej bomby kalorycznej przystąpiliśmy do przygotowań przed kolejnym atakiem. Namiot i inne pierdoły poleciały za rzekę..

..”biegacze” wystrzelili z bloków startowych (szkoda, że nie widziałem tej piany na twarzy podczas finishu przy schronisku:p)

..a reszta, jak zwykle poszła piechotą

Wędróka przerywana była co jakiś czas, aby uzupełnić płyny..respekt za odwagę!

..i w końcu udało mi się odbić kadr w tych cudownych lustrach..japa!

Na wysokości górnej stacji poziom samozadowolenia rósł wprost proporcjonalnie do poziomu marzenia o zimnym Ćieciu..które można było zreazlizować do 10 minut od minięcia tej budwoli..

Po obiedzie nasza misja startowała w drugim etapie wspinaczki. Tą linię cechował jeszcze większy kont natarcia i jednocześnie spadek. Lodowe schodki mnożyły się niczym ilość łusek po serii z M-16. Po drodze można było się natknąć na bardzo optymalne tereny do budowy chopek..

Te akurat nie spełniały PZNowskich norm, jednak teren posiadał, bez wątpienia, spory potencjał..

null

Tutaj również nie było lekko, podstawa była niezwykle twarda, wiał wicher, ale jak zwykle daliśmy radę..

Jednak ja miałem jeszcze inną satysfakcję, gdyż w końcu, po wielu nie udanych próbach, udało mi se wyprzedzić tego typka na pierwszym planie..HaHaHe..

Oj tak..grymas na twarzy świadzczył o dotkliwej przegranej..

Tak! Tomasz Dębiec posiada nową, cyfrową lustrzankę. To nie były plotki..!

W końcu udało nam się wydarpać na samą górę. Respekt dla tego kolegi, gdyż jak się dowiedzieliśmy posiada on swego rodzaju lęki, które nie pomagają mu ogarnąć się na takich wysokościach oraz podczas podchodzenia pod brutalnie nachylone stromizmy. Dlatego zaraz jak zobaczył, że jest na szczycie to dla poprawy bezpieczeństwa zakotwiczył się o moje nogi..pussy!

Czy „psychiczne wycieńczenie” jest widoczne na tej twarzy? Ta twarz jest kwintesencją tego typu zmęczenia..

..minutka kontemplacji na łonie natury..chyba jeszcze nie wierzył w to czego dokonał?!?

W jego umyśle obraz falował..


W tym miejscu spędziliśmy trochę więcej czasu niż poprzedniego dnia w podobnych okolicznościach.

Czego się k.. gapisz?! :]

Ktoś zostawił ziemniaki na palniku..

Jednak w jaki sposób można było nasycić się takim nadzwyczajnym krajobrazem..?

Nadszedł moment zjazdu. Maciek pojechał na przetarcie szlaku, drugi w kolejności byłem ja, następnie Zwierz i na samym końcu Tomasz..każdy własną ścieżką..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Po drodze do schroniska zaliczyłem jeszcze drop’a z okolicznego kamienia którego wypatrzyłem podchodząc. Nie był to zbyt stylowy skok, trochę źle przygotowałem miejsce wybicia, ale było mineło, nauka została pobrana.


Większa Rozdzielczość

Dzień zakończył się niezwykle słonecznie, dlatego też musieliśmy uczcić ten fakt wypijając po jednym Ćieciu. Później, jak łatwo się domyślić, zjechaliśmy nową linią do naszego obozu. Jazda poprzez serpentyny była za każdym razem bardzo emocjonująca, możliwości manewru było mnóstwo.

Tak, w całej okazałości, prezentowała się dolina w której kimaliśmy..

Większa Rozdzielczość

Czwartek z pewnością był jednym z lepszych dni spędzonych pod rumuńskim niebem..

Czas kolacji okazał się niezwykle ekscytujący. Daniem dnia był makaron z owocami morza, czyli pięć konserw z różnymi ściśniętymi rybkami,a na desrekaszka + czekolada i suszone owoce. Zapamiętajcie sobie dokładnie te składniki i nigdy, pod żadnym pozorem ich nie miksujcie, powtarzam, nigdy!!!
Najpierw poszedł ten makaron, później kaszka..a co działo się trochę później..chyba nie jesteście sobie w stanie wyobraźić tych obrazków..mimo, iż każdy z was widział w swoim życiu sporo podobnych abstrakcji?!
Zaczęło się od mojego, lekkiego bólu brzucha. Później okazało się, iż Maciek spędził większość nocy na obowiązkowych ćwiczeniach BHP, wpadając przy okazji do zimnego strumyka..
Pasta Frutti Di Mare była bardzo pyszna, ale za ten przywilej zapłaciliśmy bardzo wysoką cenę..

Na razie jeszcze z uśmiechami na twarzy i pełnym zapasem papieru do d..

Każdy miał jakieś obowiązki..

Mniam..a później sram..

Czekoladowy deser na dobicie jelit..

Dzień nr 5

Koniec kolejnej, ciężkiej, nocy zwiastował początek kolejnego „monotonnego” dnia..”iść dzisiaj do „roboty”, czy wziąść lewe L4..? Codziennie zadawaliśmy sobie te, lub podobne pytania np „czemu Zwierzak musi zachowywać się jak Twoja Stara?”.
Herbata zapierd.. na palniku, przejeźdżający wagonik posyła nam swój wrogi cień, płynna pozostałośc po pasta Frutti Di Mare chce się jak najszybciej wydostać na wolność, majty gryzą niemiłosiernie, wyziew ustny woła o pomste do Najwyższych Zwierzchników Kościoła, ale trzeba rąbać do końca, norma musi zostać wyrobiona z nawiązką!

Jednak najpierw trzeba się porządnie wygrzać..

Ten Partyjny Kolega jest tego świadom..

Tego dnia atakowaliśmy zachodnią ścianę. Była ona niemiłosiernie pozastawiana metalaowymi zaporami przeciwlawinowymi. Niektóre z nich poczuły „subtelną’ moc tego niebezpiecznego zjawiska. Powyginane, wyrwane z fundamentów, zardzewiałe ze wstydu. Obszar ten wyglądał jak plaża podczas zdobywania Normandii w czasie drugiej wojny światowej, przynajmniej tak mi się skojarzył..tym razem żadnych strat w ludziach.


Pierwszy odpoczynek miał miejsce właśnie pod tymi płotakami..

Predator stanął na czatach..

Redaktor rozwinął sreberko..

„Szanuj „Sponsora” Swojego Jak Siebie Samego”

Strach się bać..

Po tym jak zaspokoiliśmy wszystkie pilne potrzeby gastro-fizjologiczne trzeba było ruszyć dalej. Idąc przez te „pole minowe” cały czas nękała mnie świadomość, iż te zapory są tu z jakiegoś powodu. Mimo, że chyba wszystkie lawiny które powinny zejść w tej okolicy, już dawno to uczyniły. Jakoś nie mogłem się powstrzymać od wyobrażenia, iż za moment jakaś kolejna porwie naszą, wspaniałą, czwórkę.

Nic takiego się nie stało i w rezultacie dotarliśmy prawie na samą górę. Można byó wyjść wyżej, aczkolwiek zjazd z tej górnej części byłby tylko dyskomfortową chwilą. Dlatego zdecydowaliśmy, iż uderzamy z tej wysokości.

Ach, jak słodko..

Wpierw poleciał Maciek, póżniej ja odpaliłem swoje turbiny..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Następnie wyszczeliła Zaczarowana Kredka..


Większa Rozdzielczość

Śnieg w tym rejonie był optymalny, niżej robiło się już znacznie miętko, a dzień był nad wyraz upalny, wręcz letni.

Tymczasem Demokratyczne Bombowce szturmowały Afganistan..

Fighter..

Większa Rozdzielczość

Po drodze z tego wzgórza można było zachaczyć o betonowe fundamenty zapór..gdzie podziały się zapory..”?” Były one dosyć małe, aczkolwiek niezwykle przyjemnym bonusem. Jednak prawdziwą wisieńką na torcie był drop z jednej ze ścian serpentyniady, drugi co do wysokości w okolicy. Lądowanie i odjazd były czyste, aczkolwiek z całą pewnością nie leżał tam styczniowy powder. Postanowiłem sprawdzić czy moje biedne, wysłużone, kolana podołają tej „przeszkodzie”. Najpierw z trochę niższa (jakieś 6,7, może 8m), skok, lot,odjechane, pełna satysfakcja.
Chopaki również poczuły klimat na dropy, tak więc spędziliśmy trochę czasu na uskoku położonym nieco niżej..

A jeśli przy lądowaniu połknę kijek..hmm?

Whatever..

Większa Rozdzielczość

Brudny, samotny, znudzony..

Indy..

Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Wykonując te średnio udane zdjęcia cały czas spoglądałem na zaatakowany wczesniej drop. Istniało tam miejsce, które na oko dawało 10-12 m lotu. Nie byłem pewien swojego szczęścia, ale postanowiłem spróbować..
Pierwsza próba niesutana, wyszczeliło nartę..
Druga próba prawie na plecy..
Trzecia bardzo elokwentnie odjechana..yeah!
Tutaj juz nie było, że boli, liczyło się tylko idealne trafienie w kąt..tym bardziej podjar i adrenalinka:]


Większa Rozdzielczość

To był dzień totalnego majsterkowania. Co „krok” znajdowaliśmy jakieś ciekawe miejsca..


Większa Rozdzielczość


Większa Rozdzielczość

Kierowaliśmy się w stronę restauracji, aby..Ciuć. Pogogda była z tych bardziej wykwintnych, słońce zamieniało okoliczny śnieg w H2O, niektóre osobniki budziły się ze snu zimowego..



Gdy kończyliśmy po drugiej butelce piwka nastała już, konkretna, popołudniowa godzina. Tygodniowe zmęczenie spotęgowało moc złocistego płynu, a jeszcze trzeba było zjechać do bazy..na moje nieszczęście..

Kevin Sam W Domu..

Troszkę się tam zasiedzieliśmy i niestety nie pojechaliśmy na kamień, szkoda, ale może innym razem będzie okazja.
Zjeżdżając postanowiliśmy wypróbować nową ścieżkę..hehe..niestety zakończyło się to koniecznością skakania ze stromej skarpy, gdyż nie dało się tam zjechać w żadne sposób, a na pewno nie na nartach. Podjeliśmy decyzję, iż ten dzień będzie naszym ostatnim dniem spędzonym w górach. Została nam jeszcze sobota, którą chieliśmy wykorzystać na zwiedzanie Brasova.

Drogę powrotna została wytyczona i odnaleziona na mapie. Na tym etapie psioczyliśmy, iż nie poszliśmy do góry tą trasą, bo przecież była przynajmniej 5 razy krótsza itp.
Jej początek znajdował się za słupem który widzieliście np. na fotce obrazującej zachód słońca.

Ścieżka znajdowałą się po prawej stronie. Pod nami wodospad, a po lewej są widoczne serpentyny, które pokonaliśmy na samym początku..jak widać bardziej na około się nie dało, ale..

Ostatnie strzały..

Zdjęcie wykonane po pijaku..

..zawsze jest jakieś „ale”!
Ponoć mieliśmy zjechać większą część, używając nart. Rzeczywistość okazał się tragiczna. JNa deskachh pokonaliśmy jakieś 200 m. Później na piechotę, przez chyba sześć! lawinisk jakieś 60-80 min!!! (lub więcej, nie pamiętam, lekka faza:) Stromą ścieżką która kończyła się rwącym strumieniem, w lesie milion zakrętów, dwa miliony powalonych drzew, dwie pozostałości po lawinach które poleciały tym właśnie lasem. Uwierzcie mi na słowo, lepiej się nie dostać w macki takiego demona..obrazek dawał do myślenia! Niby ta godzinka to krótko, ale gdybyśmy mieli iśc pod górę to pewnie by się wydłużyła pięciokrotnie. Dziękowaliśmy wszystkim znanym Bogom, Mahometom i Szatanom, iż przeoczyliśmy tę trasę na mapie..uff!

Furę pakowaliśmy jak już praktycznie nic nie było widać. Nocleg w samochodzie, gdyż rumuński pensjon oferował prawie nic za prawie wszystkie nasze pieniądze..Zzzz..

Dzień nr 6

Dzień piąty został rozpoczety bardzo wcześnie. Fotele samochodowe gwarantowały tylko i wyłącznie ból całego ciała, nic poza tym. GryPlan był banalny, najpierw jedziemy do Brasova (Braszów), później leciemy odwiedzić miejsowość w której urodził się i żył Książe Drakula..a na koniec, nieunikniona, podróż w kierunku Poldonu.

Aleale..najpierw ostatnie, pożegnalne, spojrzenie w kierunku gór..


Po tym jak nasz łzy zostały osuszone przez pędzący wiatr, który wdzierał się do naszej fury poprzez nowoczesną klimatyzację, obraliśmy kierunek na Brasov. Po drodze natrafiliśmy na niezwykle zielone miejsce. Na fotkach niestety tego nie widać, ale wchodząc do tego lasu można było sobie wyobrazić, iż stąpa się we wnętrzu zielonej bryły..

Po latach poszukiwań w końcu znalazł swój dom..

Na którym drzewie mieszkasz..?
Na tym drewnianym..

Braszów (Brasov)

Założony w 1211 roku przez Krzyżaków, w średniowieczu centrum wymiany między Półwyspem Bałkańskim a Mołdawią i Wołoszczyzną. W 1849 r. oblegany przez wojska węgierskie Józefa Bema; do 1918 r. w składzie Węgier, potem w Rumunii. W latach 1951-1961 miasto nazywało się Oraşul Stalin, ‚Miasto Stalina’. 15 listopada 1987 r. w mieście doszło do protestów przeciwko komunistycznym władzom Rumunii. Prostest został jeszcze tego samego dnia stłumiony przez Securitate. (żrodło: wikipedia.org)

Z tego co udało mi się chwile temu wygrzebać w internecie to wielu ważnych miejsc w Brasovie nie odwiedziliśmy. Spacerowaliśmy kilka godzin po starym mieście. Wąskie, ciasne uliczki oraz zabytkowe kamienice skrywały zapewne wiele ciekawych historii..


Najbardziej intrygowały mnie te śmieszne żarówki..

Po udanym przestępstwe grupa 3 osób oddaliła się nie zauważona przez nikogo..


Nastepnym etapem edukacyjnej części wyprawy było miasto Sighisoary, miejsce narodzin Księcia Drakuli czyli Wlad’a Palownik.

Sighisoara dzieli się na Górne Miasto otoczone murami, czyli Cytadelę, i Dolne
Miasto, u stóp Cytadeli. Dolne Miasto.B ardzo malownicze, a Cytadela z dołu wygląda imponująco. Na Dolnym Mieście znajduje się dom Hermanna Obertha, jednego z wynalazców napędu rakietowego. Cały plac obok nazwano jego imieniem.

W tym mieśce spędziliśmy trochę mniej czasu..chociaż nie, przecież czekaliśmy jakieś 40 min na obiad:)



Tutaj nasze ciekawskie zwiedzanie zostało zakończone, czas wrócić do domu. Powrót trwał bardzo długo, aczkolwiek w czasie jazdy przypomnieliśmy sobie całą historię naszego dzieciństwa na podstawie seriali, kreskówek i programów edkucyjnych..nie pomijając Diabła Piszczałki..skurwysynka który straszył nasze sny drewnianym widelcem:D


Koniec..mam nadzieję, iż ta historia którą przedstawiłem, jest chociaż trochę podobna do tego co wydarzyło się w tych dniach, w tamtym miejscu. Rumunia jest z całą pewnoscią krajem wielu kontrastów. Gliniane wioski mieszają się z luksusowymi domostwami, aczkolwiek sąsiedzi są w pewien sposób społecznie spokrewnieni, mianowicie każdy posiada talerz satelitarny min. jeden:)
Góry jak można zauwarzyć są bardzo piękne, aczkolwiek zimą jest tam pewnie niesamowicie niebezpiecznie. Ciężko sobie wyobrazić z jaką częstotliwością, z tych stromizm, schodzą sobie lawiny..zapewne częściej niż często.
Mieliśmy dużo szczęścia, trafiliśmy na piękną pogodę, bardzo fajne wiosenne warunki oraz zimnego Ćiecia. Kilka osób nie mogło zaszczycić tej wyprawy swoją obecnością, miejmy nadziję, iż to się już nigdy nie powtórzy. Ci którzy „przeżyli” wszystkie emocje związane z tą wycieczką, wieczorny chłód, wodę w butach, brudne majty, rumuńskie zupy, tymczasowe żółte zęby i przede wszystkim wspaniałe zjazdy będą pewnie pamiętać tę wyprawę do końca swoich dni. Dla mnie, wycieczka, była niezwykle odświeżającym przeżyciem, zupełnie inna od wyprawy na Ukrainę (w sensie, iż „inne” nie jest zue:)
Jeżeli miałbym okreslić jej format, to chyba był to „totalny chillout w pełnym słońcu”..jasne, że zdarzyły się momenty zwątpienia, ale w życiu nie ma niczego za darmo!
Z tego meijsca chcę podziękować Tomkowi, Maćkow i Zwierzakowi, za przygodę, towarzystwo i motywację do „walki”. Bogu za Ćiecia. Grupie mailingowej za przesunięcie terminu. Rodzicom Zwierzaka za gościnność, oraz własnej rodzinie za to, iż poprzez ich (bezcenne) wsparcie mogłem postawić swoje deski, w wieku 25 lat, na tym spalonym rumuńskim słońcem, śniegu..dzięki!

Gdzie za rok..?

W relacji wykorzystałem fotki Tomasza Dębca oraz własne pnk.ownlog.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s