-=Salomon Polish Tour=-

Przyznam, iż wiadomość o przyjeździe ekipy Salomon’a do naszego zaściankowego kraju przyjmowałem z lekkim niedowierzaniem, tym bardziej uczestnictwo w tym wydarzeniu. Z jednej strony eMDe poinformował oraz zaprosił naszą trójeczkę grzeczną. Jednak z drugiej strony medalu, nigdy tak na prawdę Marka nie było mi/nam poznać lepiej, więc w konsekwencji ta informacja przeleciała przez moją głowę jak zimne, sklinowane piwko po „ciężko przepracowanym” melanżu..no bo jak? Kto,co, niby my, anonimowi chłopcy z południa Poldonu i goście zza oceanu takiego formatu..hmm,nigdy w życiu! Na szczęście jak zwykle się myliłem co do oceny sytuacji. W końcu jednak wszystko potoczyło się elegancko i nadszedł dzień pierwszego spotkania, prezentacji „drużyn” oraz wybór spotów akcji. Generalnie wywiązała się całkiem miła kolacja połączona z żywą konwersacją. Towarzystwo oczywiście niesamowicie otwarte, nawet Radek Cząstek zachowaywał się jakoś inaczej:] Cody,Steve i Shmuck rozgadanii maksymalnie, w sumie przez 70% czasu antenowego tylko się wsłuchiwaliśmy w ich opowieści o amerykańskiej treści. Shmuck w sumie nie mówił tylko wtedy kiedy konsumował, apropo jedzenia..wyśmienity makaron podają w hipnozie..ale kto nie był nawet sobie nie jest w stanie wyobrazić tego smakołyka. Ku naszemu zaskoczeniu Charles okazał się osobą niezwykle spokojną i maksymalnie wyciszoną, jak później zaobserwowaliśmy był również największym fanem PacMan’a.
Początkowy plan został ustawiony i nazajutrz wyruszyliśmy, aby podbić ślunskie rurki.
Przeglądając materiał dostarczony przez Radka modliłem się głęboko w duszy, aby Chareki Kaya nie wybrali rurko-boksa w Będzinie..i zdecydowanie brak mi umiejetności w tej chrześcijańskiej profesji:] Nastepnego ranka sypaliśmy już najazd pod tym cudem górnośląskiej myśli ślusarskiej. Nie było łatwo, gdyż był to okres kiedy zima przypominała mizerną wiosnę. Skrobania było co nie miara, doszło do tego, iż musieliśmy pożyczyć sporą ilośc białego z podwórka lokalnej skarbówki. Po raz kolejny okazało się, iż jestem człowiekiem małej wiary i rozumuję nieco na wyrost..jeździło się po tym czymś całkiem przyjemnie. Niestety w samo południe zostaliśmy wyrzuceni przez lokalną, ale bardzo uprzejmą straż miejską, która poinformowała o pewnych interesujących opcjach pozwalających obejść pewne przepisy. W konsekwencji już wieczorem tego samego dnia nastąpił kolejny atak, tym razem w 100% udany..znaczy tym razem przyjechała chyba milicja obywatelska, ale chodziło tylko o to, abyśmy nie krzyczeli hasła startowego „drop” przed zjazdem zdrop’a, ponieważ zakłócaliśmy w ten sposób błogą ciszę nocną okolicznych blokersów..inne sygnały dzwiękowe jak pierdzenie z agregatu, wyjąca z bólu stal lub białe światła discoteki fotolampiszonów nikomu nie przeszkadzały..zwariowana ta nasza polska wieś?!

Tak więc pozostał tylko i wyłącznie, pracochłonny, aczkolwiek bardzo ważny i niezwykle przyjemny kontakt z polskim FanClubem Charka, odzdział Będzin.

Przegrupowanie przed wieczornym podbojem railowym w pokoju hotelu Qubus..tak ten Qubus! Ten co żaden milicjant w nim nie był..! (za wyjątkiem tych trzech ancymonów co mieli farta kilka dni później)

Jednego z uczestników natchneła wena literacka..

..ale i tak wiemy, iż wpierw nastąpiła solidna drzemka podłogowa

PBP i NS wzieli się od razu ostro do roboty..

..a później jak zwykle służbowe „obowiązki”


To był niesamowicie wyczerpujący wieczór. Łupem padło wiele trików, ale nie będę pisał co i kto, gdyż i tak pewnie to zobaczycie gdzieś w internecie. Wydaje mi się, że zakończyliśmy jakoś po 2.00 rano..zajarani i z pełną satysfakcją w kieszonkach. Kaya i Charles pokazali kawał dobrego stylu zza zachodniej strony żelaznej kurtyny. Kaya, jak sama twierdziła, jeździła pierwszy raz streetową rurkę, cięzko było nam dać wiarę w te słowa i tym bardziej intensywne oklaski!

Sam rurkoboks okazał się bardzo elokwentną przeszkodą, zdarza się:]

Kolejnego dnia powróciliśmy do KatoLandu jakoś koło południa, gdyż naszym następnym obiektem była rurka która kiedyś tam dawno temo została wykorzystana podczas zawodów które ogarniał Marek z pomocą RedBulla, mianowicie „Połamana Rura”.

Takie były kiedyś zimy w stolicy czarnego złota..

Szczerze mówiąc, znowu mi się nie podobał ten spot. Szczerze mówiąc nie wierzyłem, iż można zrobić tą rurkę. Jest długa, jak widać ma kilka łamań (16) i przede wszystkim jest bardzo słabo nachylona, oraz zrobiona z jakiejś dziwnej stali. Dodamy do tego zestawu te niesamowicie motywujące warunki i uzyskamy uśmiech na mojej twarzy i pytajniki na każdej innej twarzy. Natomiast Charek zakochał się w tym obiekcie po same uszy. Tak w ogóle to Charek odczuwał jeszcze kontuzję kolana której nabawił się poprzedniego roku w marcu i dlatego wybierał rurki które posaidały średniej wysokości zejścia. Po przygotowaniu dropa i rozstawieniu zabawek nastąpiła mało motywacyjna zabawa..



Po kilku godzinach zmęczony usiadłem sobie, aby nabrać witamin..Charek nadal zaciekle walczył. Siedzę sobie, a tutaj przychodzi jakiś dziwny typ i zaczyna mnie wypytywać..

Dialog:
– Co tutaj robicie? (wtf?)
– Jeździmy sobie..
– Niszczycie schody!
– Nie, to schody niszczą nasze narty..
– jestem Zarządcą…blebleble.. (burakiem tylko przy okazji). Dzwonię po Straż Miejską!
– Oni już tu byli.. (byli i mieli w dupie co się tutaj dzieje)

[dzwoni..opowiada o problemie przez tel]
[czeka bitą godzinę]
[wkurw. odzchodzi, ale wcześniej,w afekcie i złości, robi wielką cuchnącą kupę:]

Pózniej przyjechała straż wiejska, jeszcze później milicja i jeszcze jakiś kolo przylazł, aby ocenić szkody jakie wyrządziliśmy, jeszcze inny który nie wiem po co przyjechał, ale tego pierwszego buraka już nigdy nie zobaczyliśmy:/


Takiego zamieszania jeszcze nigdy nie widziałem, nieudolność oraz zbyt dużo wolnego czasu funkcjonariuszy porządkowych przełożyła się na świetnie zagraną sytuację komediową która została w sposób idealny zarejestrowana przez kamerę i mikrofon PBP. Mówiąc dokładniej był to konwersacja Charka oraz Pana Strażaka Wiejskiego..z tym, iż Charek mówił po angielsku i francusku, a nasz lokalny Chuck Norris miał w podstawówce tylko rosyjski i prawdopodobnie troszkę polskiego. W przestawieniu biorą udział również dzieci z pobliskiej ośki które mają angielski, ale się nie uczą i są z tego niewiarygodnie dumne! Więcej nie zdradzę, ponieważ z całą pewnością będzie to w nowym filmie PBP oraz bez wątpienia wyciśnie kilka łez szczęścia oraz uruchomi trochę narodowego wstydu, jeśli wam jeszcze jakiś pozostał?!:]

Cały ten burdel trwał jakieś 2h i nic z tego nie wynikło..oprócz tego śmierdzącego kupona. Policja pojechała obejrzeć paszport Charka..i wtedy właśnie dane im było podziwiać piękne korytarze Qubusa..ponoć byli posikani ze szczęścia.

Część grupy pojechała na makarony i piwo o nazwe nie nadającej sie do wymówienia (Ziwec). Później przegrupowanie kolejne, a wieczorem przy światłach jeździliśmy pod reklamą Galusa przy starych kortach. Gwiazdą wieczoru okazała się Kaya która napierała z pełną determinacją i w niesamowity stylu. Tyle o tym stylu, ponieważ on serio istniał, jak można zauwarzyć byliśmy pod dużym wrażeniem:]

Charek niestety popsuł sobie żebra, a ja byłem tego wieczora totalnie bez weny..

Miałem pomysły na triki, aczkolwiek psychicznie zatrzymał mnie krzak znajdujący się na lądowaniu..

Wykonałem kilka prześlizgów i dałem sobie spokój. Rozpędzaliśmy się za pomocą liny podczepionej do służbowego Salomon Saab’a więc robiłem jako podawacz tejże liny. Charek chciał początkowo uderzyć w ten sposób na switch..szalony pomysł!? Gdyby mu się udało to respekt tej części świata..!
Sesja została zakończona kiedy Kay’a uderzyła swoim „klejnotami” o rurkę i przepadła przez krzak..było zimno i nieprzyjemnie, a jedna osoba miała focha i siedziała obrażona w samochodzie..5 zł jeśli ktoś zgadnie o kim mowa?hehe:] Mimo tych dyskomfortowych warunków kilka ujęć z całą pewnością będzie wykorzystanych, a zebrane doświadczenie zostało zebrane, jak zwykle kiedy nie wszystko się udaje:)

Kolejnego dnia Charek był nieco obolały i skończyo się tylko i wyłącznie na wyciecze po Giszowcu..na której nas nie było, ale widzieliśmy fotoreprotaż z tej kariny Ozzzz:]

Tak zakończyła się pierwsza część turnusu po Katowicach. Trawniki się zazieleniły, kwiaty wyszły na wierzch, zwierzęta rozpoczęły swój okres lęgowy..trzeba było uciekać. Ponoć jedynym miejscem które posiadało jakiś zapas białej przyjemności było Zakopane, i tam też się udaliśmy następnego dnia.
Przynajmniej od roku zastanawialiśmy się czy warto wpaść do Zako na jakieś jiby, czy znajduje się tam coś wartego uwagi?!
Niestety rzeczywistośc oraz uprzejmość lokalnej społeczności rozczarowała nas w sposób który ciężko jest opisać. Jeżeli chodzi o spoty, to znikome, słabe i prawie z każdego zostaliśmy wyrzuceni. Natomiast jeśli chodzi o atmosferę w tym miejscu na ziemii oraz sposób zachowania ludności to bez kitu, chyba nikt z tych ludzi których mieliśmy, niewatpliwą, „przyjemność” spotkać nie pójdzie do nieba. Można było by w tym miejscu stworzyć krótką nowelkę na ten temat, ale chyba nie ma sensu się rozpisywać o tych płytkich zachowaniach. Nie twierdzę również, że wszyscy którzy mieszkają pod tymi współrzędnymi GPS są ludźmi tego typu, może po prostu mieliśmy zbyt dużo „szczęśćia”. Z innej strony gdybym miał obcować z taką nieokiełznaną chmarą turystów z najróżniejszych rejonów tego kraju i świata to chyba też bym przyjął taką abstrakcyjną postawę. Na twarzach wszystkich tych osób widać było psychiczne zmęczenie i chęć odpoczynku, ale bilon trzeba trzaskać.
Wracając do tematu..zalogowaliśmy się w pensjonacie Jacka Borgosza, z tego miejsca wielkie dzięki za gościnność!
GryPlan kilku następnych dni wyglądał dosyć podobnie, chociaż każdy nieco inaczej. O poranku, gdzieś w okolicach godziny 11-12 rozpoczynaliśmy śniadanie.





Dla nas (mua,aram i lucek) taka forma rozplanowania czasu była formą dosyć egzotyczną. Zazwyczaj jak tylko mamy wolną chwilę czasu to uderzamy na front, a tutaj, spokojnie, wolniutko, wręcz leniwie..jednak bardzo szybko się przyzwyczailiśmy.
Kolejną częśćią dnia było szukanie miejscówek, niestety prawie zawsze napotykaliśmy grono nieprzychylnych naszym ideą osób.

Wiadomo, nie wszystkim musi się podobać to co robimy, każdy ma swoje demony w głowie. Jednak nawet najmniejszy dialog nie wchodził w grę, nic, nie da rady i basta!
Jedynym fajnym spotem na którym się bawiliśmy był wall przy wiadukcie kolejowym. Oczywiście drożnik był bardzo „zadowolony” z faktu, że sobie jeździmy po ścianie. Nie chciał nawet przyjąć „łapówki” w formie puchy napoju energetycznego i chyba rzucił fochem w naszą stronę. W każdym bądź razie nie przyjechały żadne SOKi czy inne służby interwencyjne. Slizgaliśmy się po wrzucie kilka godzin, jazda była wyborowa, chciałbym kiedyś wrócić i wyjasnić kilka spornych, zaistniałych kwestii z tą ścianą.
Jak łatwo zauważyć ten dzień należał do eMDe. Po prawie tygodniu spędzonym w charakterze hosta w końcu mógł założyć deski i pokazać swoja nadnaturalne umiejętności, co też bez wątpienia uczynił..wysokie 5!




Następnym etapem oraz tradycyją wieczoru był, naturalnie, melo.
Rozpoczynał się, jak nie trudno zgadnąć, na kwadracie..kończył gdziekolwiek. W pamięci zapadł mi (i pewnie nie tylko mnie) szczególnie ten podczas którego został zorganizowany konkurs na „never,ever story”..hehe..oj można było się dowiedzieć wielu ciekawych i kilku cennych, w perspektywie szantażu, osobistych historii typu..i chyba w tym momencie należy zasunąć kurtynę milczenia, ten jeden,jedyny raz raz:]

Niektórzy bawili się na wysokim levelu w naszych krajowych lokalach rozrywkowych..

..oraz na naszej planecie..

Najfajniejsza zabawa zawsze kojarzyła się z toaletą (11 osób i jeden kibel)..

..i tylko jeden nr HIGHmag’a jako przerywnik między 1ką, a 2ką..

..Jacek i Aram oraz polskie, amatorskie porno..


Ciśnienie na jazdę momentami działało destrukcyjnie..

Relax również był w cenie..

Woda mineralna nie zdobyła przychylności gości zza oceanu..

Tak się złożyło, że całą tę paskudną Odwilż przywieźliśmy ze sobą. Na miejscu czekał już jej kochanek, Halny Józef..w konsekwencji śnieg znikał szybciej niż oscypek z okolicznych straganów, ten oryginalny rzecz jasna.

Pewne popołudnie spędziliśmy na Gubałówce, jednak wiatr szalał z prędkością ponad dzwiękową tak więc więcej chillu niż „obowiązków”. Szkoda, że zima musiała pokazać swoje złe oblicze akurat w tym momencie?!






Słów kilka na koniec jeśli chodzi o Zakopane. Było bardzo zabawnie i śmiesznie, momentami „strasznie” (pozdrowienia dla prosiaka i gumbasa z firmy ochroniarskiej), zbyt ciepło i nieuprzejmie na zewnątrz. Aczkolwiek ja osobiście bawiłem się wyśmienicie..czyli jednak złota myśl „..wszytsko zależy od towarzystwa z którym jesteś..” działa i ma się znakomicie.

Po powrocie na śląską glebę zaatakowaliśmy Połamaną Rurę raz jeszcze..

Motywacja była spora, aczkolwiek z minuty na minutę jej wskaźnik leciał ostro w dół..


Był taki moment kiedy wszystkim zaparło dech w piersiach..

Niestety nic z tych rzeczy, trzeba było próbować kolejny raz..


Jednak zawsze z uśmiechem na twarzy..

No może nie wszystkim się ten uśmiech udzielał..






Charek mimo niepowodzeń nie pdodawał się i wkładał całe serce,aby sfinalizować ten przejazd..



Nawet najlepsza Polska sól, najbardziej wykwintne smarowanie tej metalowej, połamanej dziwki nie przybliżyło nas do upragnionego sukcesu..


Tak czy siak czas spędzony w tak doborowym towarzystwie z całą pewnością zaowocuje w przyszłości. Zdobyte doświadczenia, zawarte przyjaźnie oraz przeżyte przygody są tym elementami zajawki których nie da się kupić za żadną cenę, a należy o nie pod każdym względem zabiegać i dbać o te które się już posiada.
Dla mnie te dni były czymś zupełnie niezwykłym, bezcennym i nawet mi się nie śniło, iż kiedyś dostanę od „życia” tak ogromną szansę. Szansę na poznanie i egzystowanie z tymi wspaniałymi personami które zostały wymienione powyżej..wielka piątka dla wszystkich!

Na sam koniec wymieniliśmy kilka typowo narodowych gestów z naszymi goścmi..


W reprotażu wykorzystałem fotki Wojtka Wzorka Wzrr.ownlog.com, Lucka LucekPhoto.com oraz własne Pnk.ownlog.com. (bardzo łatwo domyślić się które są czyje)

Materiał filmowy posklejał Marek Doniec [doniec.net] .

Na zakończenie wielkie pdziękowania dla Salomona za wielkie wsparcie w każdej postaci!

Relacja autorstwa Jeff’a Shmuck na NEWSCHOOLERS.com

1. The Edge Of The Curtain

2. Nuclear City

3. The Gates Of Hell

Reklamy

7 uwag do wpisu “-=Salomon Polish Tour=-

  1. no nie ma co – epickie wydarzenie w historii polskiego freeskiingu 🙂
    nie mogę się doczekać na „everyday is saturday”
    przyjadą jeszcze raz?

  2. przeczytałam całe…. podobywało mi się (:

    a co do zakosranego to wydaję mi się, że te nie był przypadek. ludzie tam są gorsi niż w grodźcu (:

  3. ..a Ty się nie podlizuj!tez jadłem wyśmienity sernik pochodzący z tamtych okolic..ale moje potencjalne dzieci udusiły by mnie poduszką ciemną nocą gdybym zmusił je, aby spędziły tam swoje najlepsze lata młodości..hyhy:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s