-=Ukraina-Czarnohora=-
16-21.04.2007
PROLOG
Sam nie wiem kto wpadl na pomysl aby udac sie w ten niedaleki rejon naszego zasmieconego globu.Podejrzewam,iz Tomek,ewentualnie Pawel,Marka nie podejrzewam ale to wlasnie Bush przedstawil mojej skromnej osobie plan operacyjny calej wycieczki.Na poczatku oczywiscie podszedlem do tego pomyslu bardzo sceptycznie,no bo po jaka cholere bede sie teleportowal na jakies poradzieckie odludzie o nazwie Ukraina?!
Nieco pozniej stwierdzilem,ze moze byc bardzo zabawnie.Cala zime spedzilem zamkniety w pewnym pomieszczeniu w Szczyrku wiec w sumie,czemu nie. Na poczatku ciezko bylo wyciagnc od organizatorow jakies konkretne info,wiadomo,w tej kwesti na Ziemi nic sie nie zmienilo.Z czasem gdy dni do wyjazdu sie zblizaly,a snieg jakims”cudem”znikal z powierzchni polski,do mojego ucha zaczely naplywac konkretne informacje.
Informacja nr 1.Data: 16-21
Info nr.2 Kto jedzie: Pawel Lachowski,Tomek Debiec,Bushman Lachowski i Piotr Pinkas <-czyli ja
Info nr.3 Kupno ubezpieczenia zdrowotnego nie ma najmniejszego sensu
Zakupy jednak zaczelismy od wynalzaku ktory zrewolucjonizowal swiatowa turystyske..prawdopodobnie..a mianowicie na pierwszy ogien poszly tzw.”matki”.Jest to urzadzenie dmuchane za pomoca sily wlasnych pluc,przypomina materac ale nie da sie na nim plywac,bzykac tez pewnie ciezko bedzie(za mala wypornosc) ale mimo to zapewnia niespotykany komfort podczas snu.Pamietajcie:”Tego co da ci matka nigdy nie zaoferuje ci karimatka!”
No to jedziemy-poniedzialek godzina 18-kierunek Duszniki Zdroj-po przejechaniu 20km powrot,zapomnielismy wziasc matki-napedzamy sie z powrotem-mamy matki-w koncu kompletni uderzamy w kierunku docelowym.W drodze zatrzymalismy sie aby zgarnac Tomka,prosze nie pytajcie jak nazywala sie okolica w ktorej mieszka,chyba nie ma jej w atlasie,aczkolwiek miejsce bardzo urokliwe.W kazdym razie Tomek jest osoba dla ktorej gory sa drugim lub nawet pierwszym domem,zna sie chlopak na rzeczy.Pawel rowniez kumal turystyke gorska,Marek i Piotrek znali tylko gorlaskie opowiesci.Gdy Tomasz przeszedl boarding w furgonetce udalismy sie aby przekimac ta noc u Henryka ktory bardzo kulturalnie Nas ugoscil a rano wlasnorecznie przygotowal bardzo smaczne kanapki z turbo pomidorami.
Dzien NR 1
Wtorkowy ranek rozpoczol sie bardzo sennie,chyba dlatego ze byla 5 rano a my od trzech godzin snilismy o wielkich fortunach,cycatych blondynach i Ojcu Dyrektorze Rydzyku.Soczyste pocalunki,dziekowka za kime i moment pozniej bylismy na granicy w Kroscienku.Nie obylo sie bez problemow,gadka-szmatka z ukrainskimi celnikami,zle wypelniona jakas dziwna ankieta..blebleble..i juz jestesmy poza granicami Szatanskiego Impreium Orla.
Harmonogram tego dnia wydawal sie banalnie prosty,mianowicie podejscie pod granice sniegu,rozbicie obozu,siusiu i kima.Niestety nic co banalne zazwyczaj takie nie jest wiec kiedy pokonalismy wszystkie dziury na niesamowicie zniszczonych drogach okazalo sie,ze Pan Straznik Parku Narodowego nie ma ochoty wpuscic nas na jego teren-bo za pozno,bo na nartach zjezdzac nie wolno,bo nie mamy przewodnika i takie tam.Szybka zmiana koncepcji,jedno spojrzenie na mape i juz bylismy swiadomi,ze nie zaatakujemy dzisiaj wzniesienia Howerla 2058 m.n.p.m (korona Ukrainy) tylko nieco mniejsza o imieniu Rebra 2001 m.n.p.m
Nastpnym krokiem bylo przejechanie wawozu,mostu po ktorym jezdza autobusy a ja balbym sie przejechac na rowerze i innych infrastruktur,oraz kilku bardzo surealistycznych wiosek.Kiedy dotarlismy do takiego momentu drogi w ktorym przeswit naszej limuzyny wydawal sie o 1,5 metra za maly poprosilismy bardzo przyjaznycch tubylcow o przechowanie samochodu.Dzieki urokowi osobistemu Busha oraz umiejetnosciom lingwistycznym Pawla wszytko poszlo jak z platka i godzine pozniej w pelni spakowani rozpoczelismy atak!
Jego przebieg mozecie obejrzec na fotkach.Osobiscie myslalem,ze wyrzuce swoj ekwipunek na pierwszym zakrecie,Bush przed zakretem,ale mimo wszystko dalismy rade.
DZIEN NR 2
Nie kojarze nawet kiedy zasnolem,wydaje mi sie,ze nikt nie kojarzy,tacy bylismy padnieci.Nazajutrz powital Nas piekny sloneczny,dotkliwie mrozny,srodowy poranek.Spalismy w opakowaniach,majac na stopach po kilka par skarpet.Mimo,iz Nasze wyposazenie posiadalo najnowoczesniejsze bajerki techniczne takie jak np”gotuje sie tylko 6min”lub”nasz welna produkowana jest z rasowych baranow”,moje stopy byly koloru sniezno bialego a na duzym palcu mogla zawisnac karteczka okreslajaca date zgonu,warunki totalnie prosektoryjne.
Kiedy wynuzylem sie z namiotu nie moglem sie nadziwic obrazowi ktory ujrzalem,wielka piatka dla ukrainy za zapierajace dech w piersiach krajobrazy!Pawel odpalil gaz,zmontowal szybka szamke,nastepnie jeszcze szybsze pakowanko oraz spontaniczny warsztat,mianowicie dopasowanie rozstawu wiazan za pomoca lyzki stolowej.Dobrze zorganizowana wyprawa odznacza sie wyoka kreatywnoscia..nastepnym razem na bank wezmiemy srubokret..jakos po godzinie udalo sie ustawic porzadane parametry,prawie dokladne.
Rzeczy skitralismy w lesie,choc pewnie pozostawienie rozlozonego namiotu nie wiazalo by sie z zadnymi przykrymi konsekwencjami.Na tej wysokosci spotkanie turystow graniczylo z cudem a przeciez bylismy tylko na 1200 m.Nigdy nie mialem przyjemnosci pojawic sie po polskiej stronie karpat ale z opowiesci slyszalem,ze sa niezwykle popularnie zatlaczane przez roznego rodzaju pielgrzymki.Ukrainska strona byla pozbawiona tego typu”atrakcji”.Lokalne niedzwiedzie sa pewnie zawiedzione faktem,ze zaden turysta z centralnej polski nie dokarmia ich batonem(co tlumaczy dalekie migracje tych zwierzat) ale kazdy medal ma dwie strony,mianowicie ciezko bylo rowniez spotkac osobniki z czlonem “gasienica”w nazwisku i bloczkiem mandatowym w reku..rowniez migrowaly w poszukiwaniu kakaowych batonow.
Sprzet mocno dopiety do plecakow,48 paskow sciska moja klatke piersiowa,wspomnienie wspinaczki dnia poprzedniego kosekwetnie zabija moj wrodzony”usmiech”ale nie ma ze boli,kije w dlon i w droge.Dojscie do bialego podloza zajelo nam 15minut i od razu natrafilismy na bardzo”optymistyczny”fragment wycieczki,byl nim krzyz,solidnie wykrzywiony poprzez mala lawinke,miejsce smierci lub spoczynku ukrainskiego strzelca wyborowego…chwila kontemplacji myslowej,pamiatkowa fotka i wspinamy sie dalej.Po przejsciu przecinki lesnej znajdujacej sie nad sporym wawozem na ktorego dnie plynol rzeski potok,znaleslizmy sie na polanie z ktorej mozna bylo juz dostrzec cel dnia aktualnego,mianowicie gore Rebra 2001 m n.p.m.
Snieg wygladal jakby sie juz zmeczyl tym lezeniem na glebie,aczkolwek na pierwszej powaznej sciance smakowal juz profesjonalnie.Kiedy znalezlismy sie na szczycie tej prawie pionowej sciany Naszym oczom ukazalo sie rozlegle wyplaszczenie ktore znajdowalo sie centralnie pod szczytem.Na miejsce obiadu oraz siesty wybralismy zaglebienie pod kilku metrowym nawisem.Razem z Bushem bylismy nieco spoznieni w stosunku do Pawla i Tomka wiec przy”stole”zameldowalismy sie jakies 30 min pozniej.Na tym etapie wydawalo mi sie,iz jest to kres moich sil.Jednoczesnie nie spodziewalem sie,ze uda mi sie dotrzec do tego punktu a w obrebie kilku km nie dostrzeglem zadnego orczyka..???
Na pierwsze danie zjedlismy dziecieca kaszke o smaku brzoskwiniowym z dodatkiem czekolady energetycznej,na drugie danie rowniez kaszke,deser wygladal podobnie.W sumie byla tylko kaszka i wspomnienie schabowego z buraczkami.
Slonce palilo w jape wiec trzeba bylo podniesc dupe i zasuwac dalej.Jako,ze podejscie zasniezna strona Rebry zajelo by kilka godzin wybralismy strone nieco stromsza,jednak szybsza za sprawa pokrywajacej ja trawy dlugowlosej ktora wygladal bardziej stabilnie.
W polowie drogi slonce znudzilo sie Nasza obecnoscia i leniwie zakrywalo sie chmurami.Kiedy juz dotarlismy na szczyt jedyna rzecza jak mozna bylo zobaczyc to wlasne buty,mgla i chmury przykryly cala okolice na tej wysokosci.Nic nie szkodzi,adrenalina oraz satysfakcja sprawialy ciezka do opisania ekstaze.Zadna zla aura nie mogla zepsuc nam humorow.
Na poczatku mozna bylo dostrzec gore na ktorej przed wojna POLSKA wybudowala obserwatorium ktore dzialalo zaledwie kilka lat.Pozniej najechal nas Adolf i obserwatorium oraz te tereny przepadly,chyba na zawsze.Na szczycie Rebry znajdowaly sie jeszcze slupki graniczne ktore informowaly,ze kiedys byla to Nasza ojczyzna.
Wlozylismy platikowe sofixy,cyknelismy kilka fotek dla sponsorow i w koncu po 6 godzinach marszu stanelismy na krawedzi Rebry.Caly zjazd trwal jakies 30 min ale byly to najbardziej soczyste minuty mojego zycia..naprawde bylo warto!
Na dole dopadl nas deszcz wiec kiedy dotarlismy do pola biwakowego nie mielismy ani jednej suchej nitki na sobie..najblizszy kaloryfer znajdowal sie w rumunii,ciezka rozkmina.Znajdowalismy sie w bardzo niekomfortowej sytuacji,mimo zapewnien producentow wszelkiego typu gadzetow,poczawszy od ubran az po namiot,osobiscie nie dawalem wiary,iz ow rzeczy odporne sa na wode a w konsekwencji zimno,tym bardziej,ze nieuchronnie zblizala sie noc,bardzo zimna noc.Moze brzmi to jak biadolenie rozpuszczonego bananowego chlopca ale w tamtym momencie nikomu nie bylo do smiechu.
Kiedy znalezlismy sie na miejscu pochowania naszego namiotu zapadla decyzja,ze ta noc przekimamy w znajdujacym sie nieopodal szalasie pasterskim.Po 10 minutach spaceru przywitalismy sie z progami naszego hostelu.Warunki wewnatrz byly surowe ale przynajmniej zaden deszcz nie kapal nam na czapki ktore w sumie zamienily sie w czepki kapielowe.Po zrzuceniu mokrych betow rozlozylismy sie na drewnianych pryczach i zrobilismy wypas jedzonko,ktore centralnie smakowalo jak kolacja w palacu prezydenckim IV RP,ale po takim wysilku nawet splesniala podeszwa rybackiego gumiaka smakowala by jak truskawki z bita smietana.Pozniej pamietam,ze przez chwile rozmawialismy,byla godzina 18-19,nastepnie znlazlem sie po tamtej stronie rzeczywistosci.Nawet nie spodziewalem sie jak bardzo zmienia sie Nasza aktualne realia nastepnego poranka..
DZIEN NR 3
Cala noc brutalnie dmuchalo przez szczeliny szalasu,prycze byly akurat umiejscowione przy scianach w tzw. epicentrum zlych warunkow atmo.Wedlug mnie byla to najgorsza noc jaka tam spedzilismy,nie jestem w stanie obliczyc ile razy w ciagu tych kilku godzin sie przebudzilem.Przed nadejsciem brzasku Tomek postanowil rozpalic ogien w pobliskim szalasie technicznym ktory posiadal ogromna dziure w dachu a pod nia fachowe miejsce na palenisko.Nastal poranek i wtedy nie moglem sie nadziwic wlasnym oczom,przecieralem je i nie wierzylem.Noca spadlo jakies 20 cm swiezego,bialego sniegu..nowka nie smigana.Czesc zabrala sie za montaz sniadania,inna czesc za osuszanie,a przede wszystkim pilnowanie aby garderoba pozostwaione przy ogniu nie splonela..lupem swietlistego plomienia padly dwie pary rekawiczek:]
Jak zwykle”bardzo szybko”sie zebralismy,wedzone rekawiczki na dlonie i marsz w gore.Zaczelismy sie wspinac zaraz obok szalasu,wydawalo sie,ze czeka Nas bardzo piekny dzien ale niestety piec minut pozniej bylismy zmuszeni zmienic zdanie.Pogoda diametralnie sie zmienila,czarne chmury zblizaly sie jak zdeterminowany komornik po rente zadluzonej emerytki.Plan dnia obejmowal wejscie na szczyt gory,wlasnie,jaka gore?!Nie pamietam nazwy ani ile mierzyla ale po dwoch godzinach wspinaczki stwierdzilismy,ze nie ma to chyba zadnego sensu,gdyz warunki nie pozwalaja na osiagniecie maksymalnej satysfakcji wizualnej jaka napewno dala by piekna sloneczna pogoda.W tamtym momencie zapomnielismy jak blyskawicznie moze zmienic sie pejzarz w gorach,jednak w sumie dobrze,ze nie zaryzykowalismy poniewaz aura wcale nie musiala sie zmienic i wtedy moglibysmy zostac w d..
Mimo,to bylismy juz dosyc wysoko i zjazd wydawal sie bardzo przyjemny.Zauwazylismy rowniez bardzo fajny przesmyk lesny ktory az prosil sie o ladna linie.Dlugo sie nie zastanawialismy,klikklik i swiezy puch wydobywal sie spod ogonow naszych strzal.Byl to chyba najzabawniejszy zjazd ,a zarazem najbardziej skomplikowany.Wszedzie lezaly powalone drzewa,galezie i rozne inne elementy ktore chcialy powalic Nas na glebe.Ja zaliczylem dwa drzewa,Tomek i Pawel chyba po jednym ale Bush zadnej,urodzil sie w dzikim buszu wiec wiedzial jak poruszac sie w tym terenie.
Pozniej bylo juz tylko smieszniej.Dojechalismy do strumyka i tam rozlozylismy Nasz piknik w celu skonsumowania kolejnej kaszki.Gdy konwersowalismy podczas gotowania,zupelnie jak stare ceszki przy klepaniu knedli,stalo sie cos czego w zaden sposob nie da sie racjonalnie wytlumaczyc.Mianowicie Tomasz Debiec trzymajac w reku kubek kawy nagle,jakby za sprawa jakiejs nadprzyrodzonej sily,wylal ja na siebie i plecak swojej Lubej.W przeciagu 0,03 sekundy spokoj w tym bardzo spokojnym i cichym zakatku swiata zaklocil smiech trzech osob ktory trwal nieco ponad 20 min,szydercze docinki padaly z kazdej strony przez nastepne 58 godzin.Tomasz skrupulatnie zacieral slady na plecaku..heh..do teraz pojawia sie banan na mojej twarzy jak sobie przypomne sposob w jakim to zrobil,zupelnie jakby jakis zbuntowany miesien jego reki chcial zrobic mu psikusa:)
Pozniej musielismy jakos przeskoczyc ten strumien i nie zamoczyc sie za bardzo.Wszytskim jakos sie udalo,smiejac sie i co krok przypominajac Tomkowi o swiezym incydencie kofeinowym ruszylismy w gore.W miare jak wychodzilismy z wawozu pogoda zaczynala sie klarowac,wylaniajac sie z lasu ujrzelismy po raz drugi tego dnia cieple slonce. Bylo naprawde miszcz,czarne frachtowce zostaly wyparte przez biale owce,mgla wyparowala w nieznane.Dzien wczesniej,idac ta sciezka snieg siegal nam ledwo po kostki,dzisiaj znajdowal sie na wysokosci Naszych kolan.Podejscie bylo bardzo strome,konkretnie dawalo w kosc ale wyobraznia caly czas emitowala relacje zjazdu ktory mial odbyc sie po zdobyciu tego wzniesienia a byla nim gora Szpyci 1864 m.n.p.m.Po 50 min wspinaczki zostalismy sowicie wynagrodzeni,za 1wsze miejsc byl bombowy widok,2gie msc bakalie zatopione w czekoladzie,msc 3cie 0.25 l zimnej wody ze strumyczka..i wszytko wygralismy egzekwo.
Zjazd byl niesamowity,po tej stronie pasma bylo chyba najwiecej sniegu.Znlazl sie rowniez nie lichy drop ktory prawie wszyscy zaliczyli,oprocz mnie,poniewaz sobie nie trafilem ale i tak kozacko sie zjezdzalo,az zal bylo opuszczac to miejsce.
Wrocilismy do szalasu aby sie posilic i spakowac rzeczy.Snieg przy kompleksie domkow wsiaknol w ziemie,zostalo po nim tylko wspomnienie.W sumie jakis czas zajelo nNam dotarcie do srebrnej limuzyny.Wczesniej musielismy poszukac nowej kladki poniewaz stan wody w rzece podniosl sie dwukrotnie.Na miejscu pozostawienia samochodu czekala juz starsza Pani ktora grzecznie oznajmila,ze trzeba uiscic oplate parkingowa.Po jej zaplaceniu udalismy sie w poszukiwaniu pensjonatu.W drodze minlismy sie 0,5 mm z przechodniem ktory wylonil sie nie wiadomo skad.Na cale szczescie mial szczescie.
Kwaterka ktora nam polecono przy lokalnym sklepie monopolowym byal calkiem przytulna.Wewnatrz oczywiscie spotkalismy ziomka ktory kiedys dawno temu mial jakis epizod zyciowy w polsc a oprocz teg epizod alkoholowy przy barze i jak sie rozgadal to ciezko bylo go powstrzymac.
Zjedlismy wysmienita kolacje,skaldajaca sie z miejscowych przysmakow do tego naturalnie piwko i udalismy sie na spoczynek.Aha..wczesniej rzecz jasna prysznic,mysleliscie,ze zapomnielismy o prysznicu,ze lubimy zapach przepoconej pachy?!To byl prysznic zycia,po trzech dniach transformacji w lep na muchy w koncu nadeszlo orzezwienie.Wlaczylismy a pozniej wylaczylismy smiertlenie niebezpieczne farelke i zasnelismy w objeciach(kimalem z Bushem).Natomiast rankiem planowalismy targnac sie na Howerle 2058 m.n.p.m-Korone Ukrainy..
DZIEN NR 4
Naprawde blogo spalo sie w miekkim,wygodnym,turbo-komfortowym lozku.Niestety wszystko co dobre szybko sie konczy.Pozbieralismy bagaze,uregulowalismy rachuneki za czynsz ktory okazal sie oczywiscie nieco wyzszy niz przypuszczalismy i opuscilismy cieple gniazdko.Po zapakowaniu furacza trzeba bylo zmasakrowac jakies sniadanie.Tomasz wpadl na swietny pomysl aby zakupic ukrainskie pierogi,podczas wczesniejszych eskapad w te rejony zakosztowal tego smakolyku i pragnol abysmy rowniez poczuli ten niepowtarzalny smak. Podjechalismy do centrum gdzie zaparkowalismy pod wielkim bilbordem przedstawiajacym naczelnego gajowego ukrainy ktory znajdowal sie na 98,8% tablicach reklamowych w tym kraju.Pierogi byly sprzedawane na targowisku ktore z lekka przypominalo konkretny slums,wszedzie bloto,a wkolo same drewniane budki,kazda posklejana z miliona plyt roznego rodzaju oraz koloru.Tomek wiedziony swoim niezawodnym instyktem podrozniczym przypomnial sobie gdzie mozna bylo zakupic szame,a dokladniej ktora budka oferuje wersje lux.Po krotkiej konwersacji z mila pania i zakontraktowaniu reklamowki pierowgow,ktore swoja wielkoscia przypominaly drozdzowki a nie to do czego przyzwyczaily Nas babcie,mamy i panie przedszkolanki,udalismy sie w celu konsumpcji na parking i pod czujnym okiem gajowego oraz jego dziewczyny rozpoczelismy uczte.Hitem w tym sasiednim panstwie sa firmowe reklamowki,mianowicie jezeli spacerujesz w reku ze zwykla przezroczysta reklamowa z auchan lub innego lidla to jestes w oczach tubylcow lamusem roku.Tam liczy sie wylacznie mocna marka,najlepiej ze zlotym nadrukiem.Nam dostal sie Hugo Boss,czarny ze zlotymi inicjalami,niepowtarzalny design oraz mocna raczka sprawily,iz od razu zyskalismy duzy szacunek mieskzancow i repsekt oficerow mundurowych.
Te pierogi byly tak tluste,ze prawie mozna bylo przez nie ogladac swiat z drugiej strony,aczkolwiek fakt ten decydowal o ich znakomitym smaku.Dwie sztuki wystarczyly aby danego dnia nie myslec juz o zadnym innym posilku.Syci,z bananami na facjatach wyruszylismy na spotkanie ze srogim straznikiem parku narodowego.Liczylismy na to,ze pan ktory nie wpuscil Nas pierwszego dnia troche zmieknie i pozwoli Nam przejechac ale sie przeliczylismy.Koleszka mial chyba po raz kolejny okres i strasznie zaczol marudzic tak wiec narta ziomus!Bylismy w kropce i musielismy przedyskutowac co dalej.Opcje byly dwie,atak na inna gorke lub powrot do kraju?Mimo,ze nogi mocno przypominaly Nam o odpoczynku postanowilismy finalnie,ze sie tak latwo nie poddamy.Odnalezlismy na mapie drugi strzezony wjazd do tego parku i tam tez sie udalismy.Popoludniu dotarlismy na miejsce,okazalo sie,ze pan nr 2 jest niesamowicie wyluzowany i w sumie mu wisialo czy tam jedziemy czy nie.Zakupilismy”nieobowiazkowe”pamiatkowe bilety,szlaban w gore i jedziemy..100m dalej koniec podrozy,fura nie da rady,droga okazal sie ekstra wymagajaca,znow potrzebny byl duzy przeswit.Na poczatku sie wachalismy ale jednak zdrowy rozsadek wygral..i co dalej,non top jakies klody pod nogi?
Nagle zza zakretu wylonil sie smieszny grubasek w swoim pomaranczowym samochodziku marki Uaz.Do celu,czyli ostatnich domostw,w srod ktorych mial znajdowac sie dom turysty,brakowalo Nam 6km.Na nogach nie da rady,tak wiec poprosilismy grubaska aby Nas podrzucil,zgodzil sie,naturalnie odplatnie.Gdy dotarlismy do potencjalnego domu turysty gdzie zaczynala sie wspinaczka okazalo sie,iz znowu doszlo do nieporozumienia,nieporozuminiea liczbowo-przelicznikowego.Grubas dostal ostatnie Nasze pieniadze ktore posiadalismy,glupkowato sie usmiechnal i odjechal..
Kilka chwil pozniej okazalo sie rowniez,ze Bush nie da rady juz smignac na szczyt poniewaz zaczol go atakowac jakis chytry wirus grypy.Dom turysty okazal sie fikcja wiec Marek musial z buta pociagnac do fury.Wysoka piatka,pocalunki i poszlismy,kazdy w swoja strone.Podejscie bylo morderczo strome i wypompowalo ze mnie resztki sil.Po raz kolejny dotarlismy do granicy sniegu i tam rozbilismy oboz.Wczesniej znalezlismy kompleks szalasow ale w wiekszosci znajdowal sie rozrzucony gnoj a w jednym ukrywal sie prawdopodobnie jakis recydywista uciekajacy przed wojskiem ale to bylo tylko przypuszczenia,rownie dobrze mogl byc to zabojca Johna F. Kennediego lub Yeti ewentualnie E.T.
Nasz ogromny namiot zostal postawiony,na pagorku z ktorego roztaczal sie widoka na piekna doline,ulozylismy sie w kokonach i obudzilismy rano..
DZIEN NR 5
Sobotni poranek okazal sie dla mnie najwieksza trauma jaka przyzylem podczas calego pobytu w dzikiej ukrainskiej puszczy.Mialem tak zmarzniete stopy,iz musialem biegac jakies 20 min wokol obozowiska aby wszystkie palce mogly poczuc sie jak na plazy w Debkach.Po tej wymuszonej rozgrzewce oraz zjedzeniu sniadania i schowaniu rzeczy Nam zbednych,ruszylismy w strone szczytu.Z perspektywy w ktorej sie znajdowalismy nie moglismy jeszcze dostrzec celu eskapady,mianowicie korony tej czesci karpat-> Howerla 2058 m.n.p.m.
Pogoda tego dnia byla poprostu jak z bajki.Niebo praktycznie nie posiadalo chmur,sloneczko przypiekalo policzki a mroz sprawial,ze Nasze oddechy przypominaly wyziewy typow z reklam gumy odswiezajacje jame ustna i co tam jeszcze.Po 40 min wyszlismy po raz kolejny z lasu i wtedy Naszym oczom ukazal sie pierwszy zarys duzej gory.Wygladala niebanalnie,z tamtego punktu bylismy w stanie zobaczyc caly”chodnik”jaki prowadzil na sam szczyt.Droga zapowiadal sie zupelnie subtelnie ale jak sie pozniej okazalo byla o wiele dluzsza i trudniejsza.Wdrapywalismy sie krok po kroku co chwila przystajac i spogladajac ile za nami,a ile jeszcze przed.W polowie wspinaczki znajdowal sie bardzo eleancki zleb ktorym postanowilismy zjechac w drodze powrotnej.Po dwoch godzinach hardkorowego spaceru osiagnelismy wysokosc 2058 metrow.Nie jestem w stanie opisac jakimi widokami moglismy sie raczyc stojac na dachu ukrainy.Widzielismy Rosje,Rumunie oraz Polske..a przynajmniej tak Nam sie wydawalo.Temperatura rowniez byla odpowiednio ostra wiec po strzeleniu kilkunastu fot szybko wpielismy sie w narty i pognalismy w dol.Snieg zaraz ponizej szczytu byl bardzo twardy i mieszal sie z lodem,jazda byla srednio przyjemna aczkolwiek kiedy dotarlismy do wczesniej wspomnianego zlebu warunki zmienily sie diametralnie,oczywiscie na plus.Puch byl taki jaki powinien byc zawsze,taki jaki powinni sprzedawac w kazdym supermarkecie,poprostu ideal.Zjazd byl przekozacki,mimo,iz zajol Nam tylko jakies 20 min.Bylo juz troche po 12 kiedy wjechalismy do doliny,kilkadziesita min lekkiego trawersu i znalezismy sie w miejscu wczorajszego biwaku.Uraczylismy sie ciepla herbatka ktora musielismy przefiltrowac kilka razy przez gaze poniewaz znajdowala sie w niej tona igliwia oraz 0,5 tony innego syfu.Wode czerpalismy za pomoca roztopienia sniegu,dlatego byla ona niesamowicie energetyczna i smakowala jak szyszka. Obejrzelismy fotki,kilka zartow,pozegnalne spojrzenie i ruszylismy w strone samochodu.Do przejscia mielismy jakies 10km,z czego jakies 4 km z gorki ale pozniej,na moje nieszczescie,6 km po prostym,wiec mowie sobie relax,wyobrazam droge krzyzowa.Pierwsz czesc pokonalem w trzewikach narciarskich,pozniej znalazlem buty ktore zostawilem zahibernowane w krzakach.Szlo sie naprawde dyskomfortowo a bylismy zmuszeni do tego makabrycznego spaceru za sprawa grubaska od uaza ktory Nas oskubal z ostatnich miedziakow.Przez cala droge wymyslalem najbardzie wysublimowane tortury ktorym poddal bym grubasa..jeczal bys i piszczal!
Po dotarciu do gabloty,padlem trupem.Dopiero po”kilku”minutach zaczolem sie ogarniac.Po spakowaniu gratow cyknelismy ostatnie pamiatkowe zdjecie i skerowalismy sie w srone domu.Naturalnie powrot nie mogl obejsc sie bez zasadzki.Problemem byla zamknieta granica wiec skierowano Nas na druga ktora wygladal bardzo kameralnie.Po 6 godzinach w kolejce,obejrzeniu 1 miliona ludzi mrowek,sprzeczce z ukrainska sluzba celna w koncu udalo Nam sie postawic noge po polskiej stronie.
Byla juz niedziela,bardzo pozna noc,ewentualnie bardzo wczesny poranek.Eliminujac wszystkie ograniczenia predkosci oraz zasady zdrowego rozsadku mknelismy do rodzinnych posiadlosci.Po drodze musielismy jeszcze podrzucic ukrainski keczup Henrykowi.Biedak musial wstac o 5 rano zeby go odebrac ale mimo to jak zawsze na jego twarzy pojawil sie szeroki banan.
Godziny mijaly a my zblizalismy sie coraz bardziej do szarej rzeczywsitosci.Odstawilismy Busha w grodzie Kraka,rzecz jasna,w kompletnym moro oraz kamizelca taktycznej,w ktorej udal sie szturmowac dworzec glowny.Nastepny przystanek w domu Tomka gdzie zostalismy ugoszczeni pysznym zurkiem i jeszcze pyszniejszym ciastem..za co dziekujemy tesciowej oraz malzonce Tomasza!
Kiedy juz znalezlismy sie w bielsku,prawie u celu,okazalo sie,ze musimy jeszcze poczekac 30 min na skrzyzowaniu poniewaz ktos zapragnol zorganizowac rodzinny rajd rowerowy..rowniez”dziekujemy!”
EPILOG
Mysle,ze juz wszytsko co mialem do powiedzenia juz powiedzialem.Podsumowując cala akcje: jeszcze nigdy nie przezylem czegos tak fascynujacego i kreatywnego.W gorach bez kitu mozna przejsc samego siebie,wzniesc sie na wyzyny swoich mozliwosci,zarowno fizycznych jak i psychicznych a przy tym porozkminiac zyciowe rozterki na lonie przepieknej natury i swietnie sie przy tym bawic.Ukraina jest niezwykle kontrastowym krajem,polecam jej odwiedzenie.
Z tego miejsca chcialbym podziekowac Markowi,Tomkowi i Pawlowi za to,ze mnie wciagneli w ta przygode oraz calej rodzinie ktora byla niesamowicie”zachwycona”pomyslem wypadu na ukraine ale wiem,ze mnie wspierali:]
Dziekuje rowniez G. za to,ze trzymala kciuki!!!
Podziekowania dla sponsorow z to,ze wydali troche zielonych aby zrealizowac Nasze kaprysy i zachcianki.
W glowach nowe wyzwania wiec jesli bedziecie grzeczni caly rok to w nastepnym lipcu o tej samej porze przedstawie relacje z kolejnej wyprawy..wysoka 5 dla wszystkich ktorzy postawnowili strawic ten artykul!
Text: Piotr Pinkas
Foto: Tomasz Debiec oraz Piotr Pinkas
Sponsorzy wycieczki: HUMANNATION UVEX VIKING DYNASTAR LANGE LOOK ATOMIC-NEWSCHOOL-TEAM FREESTYLE.PL TROTYL.PL









































































































jest jebnięcie z tą wyprawą!!!
ja sie jaram, taki wyjazd to mistrz sprawa
odpięliście się równo resp!
hi5 za wyprawe. szacun!
o tej wyprawie krązyly mity legendy i baśnie rodem z trzeciego swiata… milo poczytać o tak przesrogiej odpinie!
Gruba odpinka. Nie ma co.
PS Pisze sie humor.
zazdroszcze… ehh
ej kurcze nie mam pytan.
jak dla mnie mega turbo grooba odpina.
MISTRZ!!!!!!!!!!!!!1
WOW
Już zapisałem w kajeciku żeby w planach wycieczkowych uwzględnić Ukrainę…
BRAWO ZA EKSPEDYCJĘ
spoko zdjecia
fajny trip
nie czytam tekstu ale fotki przesliczne
u mnie tam cos wrzucilem z thc z jamu nartkosnowdeskowego 
kurde nie wiedziałem ze jezdziliscie w takich mistrz warunkach, myslałem ze to było zsuwanie po resztkach sniegu - mistrz wyprawa!!
powoli sie uzalezniam od tego ukrainskiego serialu
czekam na kolejny, nowy, ekscytujacy odcinek.
miszcz!
..kolejny bedzie ostatnim niestety:[ Lub na szczescie poniewaz troche zdrowia kosztuje mnie pisanei tej recenzji,szczegolnie kiedy nastepuje moment,wstawiani fotek..ble,meczace i monotonne w ch..
pozamiatane..
;]
klasa
Kozak sprawa!!! Super SZACUN i duze ELO dla ekipy!!!
zajebista wyprawa hi5
pod dużym warzeniem…